Aryna Sabalenka w wymarzony sposób rozpoczęła WTA Finals. Rozstawiona z jedynką najlepsza zawodniczka tego sezonu wygrała na inauguracje z Marią Sakkari, oddając jej raptem jednego gema. W drugim starciu z Jessicą Pegulą była zdecydowaną faworytką, ale nie podołała wyzwaniu. Przegrała 4:6, 3:6.
Białorusinka w dwóch setach popełniła aż 29 niewymuszonych błędów przy 17 winnerach. Zdecydowanie korzystniejszy był bilans Amerykanki, która zagrała 14 kończących uderzeń przy 12 błędach. Lepiej wyglądały także jej parametry serwisowe. - Cóż, myślę, że ten kort idealnie dla niej pasuje. Odbicie jest bardzo niskie. Myślę, że czuje się dużo bardziej komfortowo w takich warunkach - powiedziała po meczu Sabalenka, która już po premierowym starciu narzekała na nawierzchnie. Zresztą nie tylko ona.
- Ten kort... jest jak skóra. Nigdy nie wiesz, co się stanie, jeśli wszystkie te odbicia piłki ci pomogą lub będą przeciwko tobie. Chyba dzisiaj był ten dzień, w którym nie wyszło mi to najlepiej. Ale jest dobrze. Mam jeszcze szansę wyjść z grupy. Staram się pozostać silna i zmotywowana - kontynuowała. Aryna Sabalenka nie wygrała jeszcze tej imprezy, mimo że w zeszłym roku dotarła do samego finału. Przegrała w nim z Caroline Garcią.
Liderka rankingu po dwóch meczach grupowych ma bilans: 1:1. Losy jej awansu rozstrzygną się w ostatnim spotkaniu z Eleną Rybakiną. Sytuacja jest bardzo prosta - zwyciężczyni tego pojedynku znajdzie się w półfinale, gdyż Kazaszka jest w identycznej sytuacji, co Sabalenka. W pierwszym starciu przegrała z Jessicą Pegulą, a we wtorek pokonała Marię Sakkari. Amerykanka jest już pewna gry w najlepszej czwórce WTA Finals.