Iga Świątek to wyjątek. Janowicz boleśnie rozlicza się z tenisem

Agnieszka Niedziałek
- Dopiero zaczynam oddychać świeżym powietrzem bez tenisa. Nie powiem, że zakończyłem karierę, bo nie lubię takich deklaracji. Nie potrzebuję atencji, poklasku - mówi Sport.pl Jerzy Janowicz, który ostatnio skupiał się na padlu. Ma też inne oferty, ale to oznaczałoby powrót do sportu, który obecnie kojarzy mu się z męką i bólem. I którego niemal nie ogląda, bo uważa go za niesamowicie nudny. - Ile można się torturować? - pyta z uśmiechem.

Na kontach Jerzego Janowicza w mediach społecznościowych od początku roku dominują zdjęcia z kortu do padla i czteroletniego synka Filipa. Ale 32-latek jest tam wciąż opisany jako tenisista. Choć ostatni oficjalny występ w tej roli zaliczył prawie rok temu, to wciąż jest też sklasyfikowany w światowym rankingu. Obecnie na 671. miejscu, o 657 pozycji niżej niż w szczytowym momencie kariery. Kariery, której - mimo że była naznaczona w ostatnich latach przewlekłymi kłopotami zdrowotnymi - nie chce na razie na oficjalnie zakończyć. Choć czuje, że nie musi niczego komukolwiek udowadniać i ma świadomość, że osiągniętych sukcesów nikt mu nie odbierze. Jak mówi Sport.pl, woli po prostu w ciszy robić to, co przyjdzie mu do głowy. 

Zobacz wideo Iga Świątek rozbawiona pytaniem od dziewczynki trenującej tenis. "Mój Boże, też bym chciała się dowiedzieć"

Agnieszka Niedziałek: Z jednej strony na zamieszczanych przez ciebie w mediach społecznościowych zdjęciach dotyczących padla widać dużo uśmiechów i żartów, ale po odpadnięciu z igrzysk europejskich bardzo długo siedziałeś na krzesełku, analizując ostatni swój mecz w tej imprezie.

Jerzy Janowicz: Wiadomo, że mi zależało - jestem ambitnym człowiekiem. Ale też zdaję sobie sprawę, jakie są na razie moje możliwości. Nie od razu Rzym zbudowano. Bawię się padlem od paru miesięcy. Tak naprawdę dopiero w lipcu zacząłem wykonywać jakieś poważniejsze kroki ku temu, by spróbować tego sportu w wydaniu wyczynowym. Myślę, że występ w igrzyskach europejskich - jak na pierwsze poważne zawody padlowe - wyszedł całkiem fajnie.

 

W lipcu byłeś na turnieju w Alicante. To dopiero początek?

Zobaczymy. Nie wiem jeszcze, co dokładnie będę robił w życiu. Pomysłów mam kilka. Jeden z nich to właśnie spróbować sobie trochę pograć w padla. Ale jak to się finalnie skończy, to nie wiem.

Czego najbardziej z tenisa brakuje ci w padlu?

Singla (uśmiech). Tu rywalizuje się tylko w parze.

A co przeniósłbyś z padla do tenisa, by go uatrakcyjnić?

Takie przeniesienie czegoś nic tu nie da. Na pewno wróciłbym do czasów sprzed 10-15 lat, gdy tenis był bardziej różnorodny i nie był tak monotonny jak obecnie.

Nie zachęca cię on teraz do oglądania?

W ogóle. Jest niesamowicie nudny (uśmiech).

Gdybyśmy się cofnęli proponowane 10 lat, to byłoby świeżo po twoim życiowym sukcesie - półfinale Wimbledonu. Oglądasz chociaż niektóre turnieje ze względu na sentyment?

Nie mam takiej potrzeby, jeśli mam być szczery. Wiadomo, jak siedzę w domu i mam spokój, bo młody jest w przedszkolu, to czasami sobie jakiś odpalę z czystej nudy. Poskaczę po kanałach i jak znajdę potencjalnie ciekawy mecz, to chwilę obejrzę, ale przez ostatni okres w ogóle nie miałem takiej potrzeby emocjonalnej.

Dla Igi Świątek czy Huberta Hurkacza też nie robisz wyjątku?

Gdy jestem w domu, to na pewno coś obejrzę. Ale - jak mówię - to rzadkość, bo nie bawi mnie oglądanie tego sportu. Nie sprawia mi to po prostu radości. Tyle życia poświęciłem tenisowi. Ile można się nim torturować? (uśmiech)

Co ci w takim razie teraz daje radość w życiu?

Padel, to na pewno. Daje mi dużo radości.

A poza nim?

Zabawa z młodym, jeżdżenie na rowerze, granie w padla, granie w tenisa, jak mam ochotę.

Czyli jednak jest możliwe, by tenis był wciąż w twoim życiu, i to w wersji przyjaznej?

Dla mnie przyjazna wersja to tylko i wyłącznie granie z moim synem.

Kto cię namówił na padla i występ w igrzyskach europejskich?

Marcin Maszczyk, mój partner deblowy z tej imprezy. Gdy opublikowano zasady awansu, zapytał, czy nie chcę razem zagrać. Kwalifikację zdobywały dwie pary z turnieju organizowanego przez Polską Federację Padla. Udało nam się.

Pamiętam, że dopiero wieczorem, dzień przed rozpoczęciem rywalizacji w tej imprezie, odbyło się losowanie drabinki i podano plan gier.

Na pewno federacje padlowe muszą jeszcze mocno popracować nad rzetelnością. Trochę im brakuje do poziomu organizacji ATP. Ale, chcąc nie chcąc, padel - jeśli zestawić go z tenisem - to stosunkowo młoda dyscyplina i nie można ich tak bezpośrednio porównywać. Mam nadzieję, że to wszystko zmierza w dobrym kierunku. Następny sezon może być znacznie odmienny od poprzednich, bo teraz wszystko tak naprawdę będzie pod szyldem Międzynarodowej Federacji Padla (FIP). Już nie będzie wewnętrznej walki między różnymi organizacjami i mam nadzieję, że to będzie krok do przodu.

Ile czasu poświęcasz na treningi?

W Polsce nie ma obecnie możliwości, by tak naprawdę trenować, bo nie ma za dużo ludzi. Plus są to osoby, które nie poświęcą się w pełni temu sportowi. Mają swoje życie, biznesy, pracę. Na poziomie krajowym padel w ogóle nie przynosi dochodów. Jeśli myślimy o wydaniu zawodowym, to niestety musimy tego szukać za granicą, i ja już sobie takie miejsce znalazłem.

Prezes Polskiej Federacji Padla Marcin Potrzebowski nie kryje, że twoje nazwisko przyciąga dziennikarzy i kibiców. Na sponsorów pewnie też może działać i przyczynić się do przyśpieszenia procesu profesjonalizacji.

Na pewno tak. Tylko że sama popularność obecnie nic nie pomoże. Musimy się doczekać pokolenia, które rzeczywiście będzie w stanie poświęcić się padlowi od małego i przebrnąć przez poszczególne kategorie wiekowe. Bo na razie mamy zawodników, którzy pokończyli karierę tenisową i próbują sił w padlu. Nie mamy jeszcze ani jednego dzieciaka, który zająłby się nim od samego początku.

Mógłby to być czteroletni Filip Janowicz?

Hmmm, oby nie. Raczej bym nie chciał. Traktuję padla jako bawienie się sportem i korzystanie trochę z życia, ponieważ moja kariera tenisowa wiele mnie kosztowała fizycznie i mentalnie. Te ostatnie siedem lat, problemy ze zdrowiem, kilka operacji - nie ma co ukrywać - dało mi to popalić. I teraz dopiero zaczynam oddychać świeżym powietrzem bez tenisa. I staram się czerpać radość z uprawiania sportu. A to, że trafiło na padla, to już trudno. (śmiech)

Powiedziałeś o karierze tenisowej w czasie przeszłym. Cały czas jednak widniejesz w rankingu ATP. To już przesądzone, że jesteś byłym tenisistą?

Hmmm, nie. Po prostu na razie spycham trochę tenis na dalszy plan. Nie powiem, że zakończyłem karierę, bo nie lubię takich deklaracji. Będzie, co będzie. Może sobie wrócę na jakiś turniej albo dwa. A może podejmę kolejną próbę? Zobaczymy. Na razie tenis nie kojarzy mi się z jakąkolwiek przyjemnością, bardziej z męką. Szczególnie z dużym bólem.

Synek bardziej zachęca cię do dalszej rywalizacji sportowej, bo masz świadomość, że ogląda cię i kibicuje?

Synek jest oczkiem w głowie tatusia. Ale umówmy się, to tylko dziecko. Gdybyśmy byli na korcie dzień w dzień, to może z wiekiem by dorósł do tego, że sam motywowałby mnie do dalszej gry. Ale nie mam teraz już parcia na to, by cokolwiek komukolwiek w tenisie udowadniać. Uważam, że osiągnąłem - jak na polskie warunki - bardzo dużo. Tego nie da mi się odebrać. To, że moja kariera potoczyła się w niechcianym przeze mnie kierunku, czyli totalnym zepsuciu mojego zdrowia, to już tak bywa. Podjąłem kilka prób. Jedne bardziej udane, inne mniej, ale uważam, że i tak w tym tenisie coś fajnego zrobiłem. I cieszę się, że mam teraz już taką swobodę w myśleniu o tym, co będzie po nim.

Wspominałeś o przewlekłych kłopotach zdrowotnych. Czy pod tym kątem jakiejś decyzji szczególnie żałujesz? A może uważasz, że przy twoich warunkach fizycznych było to nie do uniknięcia?

Ciężko powiedzieć. Nie ma uniwersalnej reguły co do tego, co się dzieje z organizmem. Mamy mnóstwo przykładów zawodników, którzy mają przewlekłe problemy z kontuzjami i jest kłopot. Można tu wskazać choćby m.in. Juana Martina del Potro czy Kei Nishikoriego. Na pewno pierwszy problem, który miał ogromny wpływ na moje zdrowie, to kłopoty z kolanem. Niepotrzebny - z perspektywy czasu - wydaje mi się występ w meczu Pucharu Davisa o Grupę Światową ze Słowacją [we wrześniu 2015 roku - red.]. A tak, to robiłem, co mogłem, żeby wrócić. Trenowałem dużo i ciężko i niestety czasami się to odbija na zdrowiu.

Na razie te wspomnienia mają bardzo pesymistyczny wydźwięk, a przecież trzykrotnie dotarłeś do finału w turniejach ATP i byłeś w półfinale wielkoszlemowej imprezy. To właśnie któryś z tych sukcesów wskazałbyś jako najjaśniejszy moment? A może był jakiś wyjątkowy dla ciebie mecz albo chwila na korcie?

Dużo było przyjemnych momentów. Nie ma jednej takiej rzeczy. Cała moja kariera składała się z miłych i mniej miłych momentów. Na pewno wynikowo i medialnie najgłośniej było o finale w Paryżu i półfinale Wimbledonu. Ale było dużo wyników, które mnie do tego Paryża doprowadziły. To nie jest tak, że poleciałem tam i udało mi się psim swędem zrobić taki wynik, tylko miałem dużo fajnych sukcesów, które mi zbudowały ranking i pozwoliły grać w takich turniejach. Choćby pierwszy juniorski finał wielkoszlemowy dał mi ogromną radość. Bo tych dobrych wyników juniorskich na największych turniejach na świecie nie mamy za dużo. Tych jasnych momentów było na pewno sporo.

Mówiłeś na początku rozmowy, że masz kilka pomysłów na przyszłość…

... nie podjąłem jeszcze ostatecznej decyzji.

Ale co w ogóle rozważasz? Rozpoczęcie jakiejś działalności biznesowej? Otwarcie akademii tenisowej?

Mam sporo propozycji trenerskich, po pobycie w Alicante mam też sporo ofert dotyczących padla - treningowych i meczowych, od różnych zawodników.

Pierwszą próbkę w roli szkoleniowca masz już za sobą. Doradzałeś jakiś czas temu Maksowi Kaśnikowskiemu. Te obecne oferty dotyczą Polaków, czy o możliwość współpracy pytał też ktoś z obcokrajowców?

Jest paru Polaków. Na opcje zagraniczne raczej obecnie nie byłbym chętny. Nie jestem na to gotowy, by się tak całkowicie poświęcić tenisowi na nowo, tyle że teraz w roli trenera. Do tego też trzeba dojrzeć, dorosnąć. Ja na razie na takie pełne poświęcenie i wyjazdy kilkutygodniowe nie jestem gotowy. Skupiłbym się ewentualnie na krajowym rynku i sprawdziłbym w ogóle, czy sprawia mi to jakąkolwiek przyjemność.

Nie masz obaw, że praca szkoleniowca oznaczałaby stałą styczność z tenisem, który cię do siebie w ostatnich latach tak zniechęcił?

Nie, na pewno nie. Miałem już styczność z takim trenerskim tenisem i sprawiało mi to przyjemność. Tylko nie wiem, czy tak samo będzie w wymiarze długoterminowym. W takim krótkim, kilkutygodniowym, jest okej. Nie ma się o co martwić.

Jakim jesteś trenerem? Surowym i wymagającym czy bardziej wyrozumiałym i łagodnym?

Wszystko zależy do zawodnika. Jestem bardzo wymagający. Wiem, którędy trzeba pójść, żeby dać sobie szansę na dobry wynik.

Masz jeszcze czas na gry komputerowe?

Tak, jak najbardziej. Jest tego teraz ogólnie niewiele, ale lubię wciąż spędzać czas przy komputerze ze znajomymi. Opowiadamy sobie różne historie, gramy i dobrze się bawimy.

Klawiatura cała?

Mam ich pełno i jak będzie trzeba, to sięgnę po następną. (uśmiech) Na razie nie trzeba.

Chyba można cię trochę uznać za prekursora wśród znanych polskich sportowców. W ostatnich latach wielu z nich zaczęło grać w wolnym czasie, by oderwać się myślami o swoich spraw zawodowych.

Bardzo duży odsetek sportowców gra, to nie jest żadna tajemnica. To coś, co jest pod ręką, łatwo dostępne i można naprawdę bardzo dobrze wykorzystać ten wolny czas, którego nie ma za dużo. Rzadko kiedy sportowcy spędzają go aktywnie, bo trzeba się zregenerować, więc takie relaksowanie się i takie odmóżdżanie to naprawdę fajna rzecz.

Mówiłeś, że nie ogłaszasz końca tenisowej kariery, bo nie lubisz takich deklaracji. Nie jest trochę tak, że po prostu ciężko jest zamknąć długi etap życia, kiedy kręciło się ono wokół rywalizacji w danym sporcie? Mamy też choćby przykład 41-letniego Łukasza Kubota, który gra już bardzo rzadko, ale wciąż nie mówi "pas".

Wydaje mi się, że ja i Łukasz to dwa różne przypadki, nie da się tego porównać na zasadzie jeden do jednego. Nie rozmawiałem z nim jednoznacznie o tym - o dalszych planach i motywacji do dalszej gry. Z jednej strony ma trochę ciężej, bo jest deblistą, potrzebuje partnera chętnego do gry. Ja tak naprawdę jestem zależny tylko i wyłącznie od siebie i swoich chęci.

Ale nie masz wrażenia, że sam nie chcesz oficjalnie zakończyć kariery właśnie dlatego, że tenis od tak dawna jest w twoim życiu? Mimo że to ten sam tenis, który - jak mówiłeś - przez ostatnie lata dał ci mocno w kość.

Nie, po prostu nie mam takiej potrzeby, by dzielić się wszystkim ze światem. Jestem raczej człowiekiem, który żyje sobie spokojnie. Nie potrzebuję atencji, poklasku i nigdy tego nie potrzebowałem. Wiadomo, z jakimś większym wynikiem ta atencja sama przychodziła, wbrew woli. Nie jestem człowiekiem, który stoi na ściankach tylko po to, by mieć swoje 30 sekund przed kamerą. To nie mój świat. Wolę ciszę i spokój. Po wszelkich deklaracjach ludzie będą potem pytali. "Przecież mówiłeś, że będziesz grać, a nie grasz". Wolę sobie w ciszy robić to, co mi przyjdzie do głowy i się nie wychylać.

Dostajesz zaproszenia na imprezy, które nie dotyczą tenisa? Upomina się o ciebie np. świat rozrywki?

Powoli już przestaje, bo ludzie widzą, że nie ma u mnie tym zainteresowania.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.