- Nie mogłam zasnąć ostatniej nocy. Spałam trzy godziny i o godz. 5 rano zastanawiałam się, czy to w ogóle bezpieczne grać potencjalnie dwa mecze - przyznała Iga Świątek. Historyczny triumf w turnieju WTA w Warszawie uczci z koleżankami w hotelu, w którym mieszkała przez ostatni tydzień, a głównym daniem będzie pizza. - Nie planuję raczej nic szalonego - zaznaczyła z uśmiechem 22-letnia tenisistka.
Z jednej strony tytuł wywalczony w niedzielę w Warszawie to najmniej cenny triumf Igi Świątek w zawodowej karierze, ale z drugiej może być jednym z najcenniejszych ze względów emocjonalnych. Wywalczyła go na kortach Legii, niespełna 20 km od rodzinnego Raszyna. Podczas przemowy po wygranym 6:0, 6:1 finale z Laurą Siegemund przyznała, że stresowała się równie mocno co podczas wielkoszlemowego Roland Garros. Po ostatniej akcji miała więc nie tylko powody do radości, ale i do ulgi. A po sukcesie będzie wreszcie mogła nadrobić zaległości w spaniu.
"Każdy mecz dużo mnie kosztował". Adrenalina dała się Świątek we znaki
Do tematu presji Polka wróciła też na początku konferencji prasowej po finale.
- Jestem z siebie bardzo dumna. Nie było łatwo, bo to był wymagający tydzień. Z dnia na dzień grałam coraz lepiej. Ale nie był to ławy turniej i każdy mecz dużo mnie kosztował. Narzuciłam sobie na początku oczekiwania. Cieszę się, że udało mi się to w trakcie turnieju przepracować - przyznała 22-latka, która jako pierwsza Polka w historii wygrała turniej WTA organizowany w ojczyźnie.
Świątek w niedzielę - tak samo jak dzień wcześniej - dwukrotnie wyszła na kort. W południe miała do dokończenia przerwany z powodu ciemności półfinał. Wówczas spotkanie z Yaniną Wickmayer przerwano przy stanie 6:1, 5:5 dla Polki, która w drugiej partii prowadziła już 5:2 i nie wykorzystała trzech piłek meczowych. Potrzebowała trzech gemów, by przypieczętować awans do finału, po czym po godzinnym odpoczynku przystąpiła do decydującego meczu.
- Czułam dziś na pewno duże zmęczenie po wczorajszym dniu. Od godziny 8 do 20 byłam na dość wysokim poziomie adrenaliny, nie było łatwo zasnąć. Spałam 3 godzin i o 5 rano zastanawiałam się, czy w ogóle bezpiecznie jest grać potencjalnie dwa mecze. Bo często w takich sytuacjach zdarza się jakaś kontuzja. Ale zdecydowałam się wyjść i dać z siebie jak najwięcej. Prawie bezsenna noc nie jest łatwa po dwóch wymagających meczach i z perspektywą finału. A trzeba postawić mimo wszystko kropkę nad "i" - zaznaczyła tenisistka, dla której to 15. zawodowy tytuł w karierze.
Świętowanie pizzą. Igrzyska priorytetem
Nie ma jednak wątpliwości, że najbliższej nocy nie będzie miała problemu z zaśnięciem. - Dziś pewnie padnę. Mam nadzieję, że się zregeneruję - przyznała.
Wcześniej jednak czeka ją świętowanie sukcesu. Na czas zawodów przeniosła się do hotelu, by pozostać w turniejowym rytmie. Wróci do niego teraz, by w towarzystwie koleżanek nacieszyć się zwycięstwem. Głównym daniem ma być pizza.
- Raczej nic szalonego nie planuję. Jestem z osób, którym wystarczy adrenalina na korcie - dodała z uśmiechem. I przekazała, że w poniedziałek czeka ją sesja zdjęciowa.
Rok temu, w pierwszej edycji organizowanego przez jej ojca Tomasza turnieju, odpadła w ćwierćfinale. Wtedy rywalizowano na kortach ziemnych. Teraz stołeczna impreza była dla Świątek pierwszym przetarciem w rywalizacji na kortach twardych po zmaganiach na trawie. Jej udział w kolejnej edycji stoi jednak pod znakiem zapytania. Impreza prawdopodobnie będzie bowiem kolidować z igrzyskami.
- Chciałabym zagrać. Nie wybiegam tak bardzo w przyszłość, dopiero co ustaliliśmy plan do końca tego sezonu. Ale igrzyska będą priorytetem - jasno zaznaczyła Polka, która w Paryżu zagra też w mikście z Hubertem Hurkaczem.