Płakała, gdy Muchova przegrała ze Świątek. Największa sensacja Wimbledonu

Agnieszka Niedziałek
Fot. Alberto Pezzali / AP

Pewnym symbolem tego, jak niespodziewana jest obecność Czeszki Markety Vondrousovej w finale Wimbledonu, jest to, że rok temu była na tym turnieju widzem - z gipsem na ręce. Miesiąc temu płakała zaś, gdy Karolina Muchova przegrała z Igą Świątek finał Roland Garros. Uwielbia tatuaże i sama już nie wie, ile ich ma. I właśnie nich dotyczy jej zakład z trenerem.

Szok i szaleństwo - tak Marketa Vondrousova opisywała w ostatnich dniach swoje wrażenia po awansie do kolejnych rund Wimbledonu. Zajmująca 42. miejsce w rankingu WTA introwertyczka dla tenisa rzuciła piłkę nożną. Sukces 24-letniej Czeszki - obok historii Amerykanina Christophera Eubanksa - jest największą niespodzianką tej edycji londyńskiej imprezy. Jest tak niespodziewany, że jej mąż dotarł na miejsce dopiero przed sobotnim finałem z Ons Jabeur. Gdy już zorganizował opiekę dla ich kota.

Zobacz wideo Iga Świątek rozbawiona pytaniem od dziewczynki trenującej tenis. "Mój Boże, też bym chciała się dowiedzieć"

Z turystki zmieniła się w finalistkę. Misja niewykonalna stała się realna

Aż 60 lat trzeba było czekać na kolejną nierozstawioną zawodniczkę w finale Wimbledonu. Billie Jean Moffitt (obecnie nosi nazwisko King) przegrała w 1963 roku z Margaret Smith. Vondrousova powalczy w sobotę, by pójść o krok dalej niż słynna Amerykanka. W wielkoszlemowym meczu o tytuł już była, ale w ogromne zdziwienie wprawiła wszystkich, awansując do niego na trawie, co uważała dotychczas w swoim wypadku za misję niewykonalną. Tym bardziej teraz - rok po tym, gdy w Londynie mogła się udzielać tylko jako kibicka i turystka. Wówczas na kortach pojawiła się dla Miriam Kolodziejovej.

- To moja najlepsza przyjaciółka. Rok temu po raz pierwszy wystąpiła w kwalifikacjach. Pojechałyśmy z siostrą do Roehampton (na tamtejszych kortach odbywają się mecze eliminacji Wimbledonu - red.), by obejrzeć jej występ, a potem zostałyśmy na tydzień, by po prostu zobaczyć Londyn. Byłam wtedy jak normalna turystyka - szalałam na zakupach, zwiedzałam, odwiedzałam restauracje. Miałam wtedy założony gips, bo byłam świeżo po operacji. Nie grałam przez pół roku, to był bardzo trudny czas - wspominała.

Teraz to Kolodziejova dopinguje ją z widowni. Wystąpiły też w tegorocznej edycji wspólnie w deblu. Na finale zaś dopiero w boksie 24-latki pojawią się jej mąż i siostra. Wcześniej mężczyznę wstrzymywały przed opuszczeniem Pragi praca i opieka nad kotem o imieniu Frankie.

Vondrousova powtarza, że nie lubi szumu wokół siebie i opisuje się jako cichą oraz spokojną. Najlepiej czuje się w swoim własnym towarzystwie lub otoczona bardzo wąskim gronem osób. - Rozmowa z wami to już dla mnie za dużo - rzuciła do dziennikarzy na jednej z pomeczowych konferencji prasowych w Londynie.

Ze względu na awans do finału odbyła ich tam teraz już sześć. Wcześniej tylko raz przeszła w tym turnieju pierwszą rundę.

- Te dwa tygodnie są niewiarygodne. Przyjechałam tu i powiedziałam sobie: zachowaj otwarty umysł i próbuj grać swoje. Finał wielkoszlemowy na trawie był niemal niemożliwością, bo nie grałam wcześniej zbyt wielu meczów na niej. Moim najlepszym wynikiem była tu druga runda. Jestem trochę w szoku. Gdyby to była ziemia lub kort twardy, to może powiedziałabym, że to możliwe. Ale nie na trawie. To szaleństwo, że to się dzieje - podsumowała.

Przyznała jednak, że wcześniejszy występ w Berlinie - gdzie dotarła do ćwierćfinału - nastroił ją pozytywnie do gry na tej nawierzchni. 

- Rozegrałam kilka meczów i nie było źle. Pomyślałam potem, że może będę mogła rozegrać też kilka spotkań tutaj. Kiedy zobaczyłam drabinkę, pomyślałam, że nie będzie łatwo. Bardziej na zasadzie "Spróbujmy". Pokonałam Weronikę Kudermietową i Donne Vekić, a one są świetnie na trawie. Wtedy przeszło mi przez myśl: Ok, jak będę grała lepiej, to mogę coś tu zdziałać. To dla mnie prawdziwe szaleństwo. Ale uważam, że w tenisie wszystko się może zdarzyć - podkreśliła Czeszka.

Mocna grupa wsparcia Vondrousovej. Duży atut na kortach trawiastych po stronie Czeszki

Niewiele brakowało, by sobotni finał oglądała w telewizji. W trzecim secie ćwierćfinału z Amerykanką Jessicą Pegulą przegrywała 1:4 i tylko punkt dzielił ją od straty podania w kolejnym gemie.

- Sama nie wiem, po prostu odwróciłam losy tego meczu. Po prostu cały czas wierzyłam w siebie. Po piłce meczowej nie mogłam w to uwierzyć. Zagrałyśmy niesamowite spotkanie. Jessica jest świetną tenisistką. To wszystko się zebrało i po prostu nie mogłam powstrzymać łez - opisywała.

To wielkie wzruszenie jest związane też z kłopotami zdrowotnymi Vondrousovej. Ma za sobą m.in. dwie operacje lewego nadgarstka. - Niełatwo po tym wrócić. Nie wiesz, czy będziesz w stanie grać na tym poziomie i wrócić do czołówki i na takie turnieje. Jestem wdzięczna, że jestem znów na korcie i gram bez bólu. Musisz mieć po prostu wokół siebie ludzi, którzy zostaną przy tobie - podkreśliła.

Po drugim zabiegu miała półroczną przerwę w grze. Gips ściągnęła mniej więcej rok temu, na tydzień przed ślubem. - Najpierw bardzo dużo pracowałam nad sprawnością. Zaczęłam w październiku. Potem zaczęłam nieco trenować, a w listopadzie wznowiłam występy w turniejach. Po prostu wierzyłam, że mogę znów być na tym poziomie - dodała 24-latka.

Niewielkie, bo jednorazowe, ale doświadczenie udziału w finale Wielkiego Szlema już ma. Dotarła do tego etapu w Roland Garros 2019. Nie jest to jej najprzyjemniejsze wspomnienie - przegrała z Australijką Ashleigh Barty 1:6, 3:6.

- Byłam bardzo młoda i to było wtedy dla mnie po prostu za dużo. Ale to może też teraz pomóc. Dzięki temu wiesz, co robić. Wiesz, że musisz mieć wokół siebie dobrych ludzi. To doświadczenie z pewnością może pomóc. Teraz jestem trochę starsza. Wydaje mi się, że jestem trochę inną osobą - podsumowała wicemistrzyni olimpijska z Tokio.

A grupę wsparcia ma nie tylko w rodzinie i najbliższych znajomych, ale też w rodaczkach, które są dużą siłą w kobiecym tenisie. Przed półfinałem Wimbledonu z Ukrainką Jeliną Switoliną rozmawiała z obecną na miejscu Barborą Krejcikovą. Wymieniała też wiadomości z Karoliną Muchovą. 

- Jesteśmy z jednego klubu, wspieramy się nawzajem. Rozmawiałam też z Karoliną, gdy grała niedawno w Paryżu. Tak bardzo płakałam po jej przegranym finale. To było bardzo smutne. Rozmawiałyśmy wtedy przed i po finale. Powiedziałam jej, by cieszyła się tą chwilą. Mimo że przegrała, to jest to niesamowite - zaznaczyła Vondrousova.

Jej pierwsze wspomnienie związane z Wimbledonem dotyczy triumfu innej słynnej Czeszki. - Oglądałam, jak Petra Kvitova wygrywała tu pierwszy raz. Byłam wtedy bardzo mała. Przeszłam długą drogę. Zwłaszcza że wcześniej nie radziłam sobie dobrze na trawie. Mam wrażenie, że wszyscy walczą właśnie o triumf tutaj. Jakby to był największy turniej, jaki możesz wygrać - opowiadała dziennikarzom 24-latka, której idolem jest Roger Federer. Uwielbiany przez tutejszych kibiców Szwajcar triumfował w tej imprezie osiem razy.

Dodatkowym tenisowym atutem Czeszki w Londynie jest leworęczność. Jest on szczególnie pomocny właśnie na kortach trawiastych. - Wydaje mi się, że rywalki też wiedzą, że będziesz grać slajsem do bekhendu i czekają na to. Fakt, to bardzo pomaga przy serwisie. Przy niektórych wymianach także jest nieco inaczej, bo przeciwniczki są przyzwyczajone do grania do bekhendu, a tam jest forhend. To tyle. Ok, mi też łatwiej się gra z praworęcznymi. Dobry slajs z lewej strony jest bardzo pomocny - analizowała.

Vondrousova, która w poniedziałek - po prawie trzech latach przerwy - wróci do Top20 rankingu WTA, wyróżnia się także licznymi tatuażami. Na pytanie o ich liczbę, ze śmiechem odpowiada, że nie potrafi jej podać. Jeśli zaś w sobotę pokona Jabeur, to wiadomo, że jeden przybędzie jej trenerowi Janowi Mertlowi.

- Założyliśmy się. Jeśli wygram turniej wielkoszlemowy, to on sobie zrobi tatuaż. Mam więc nadzieję na zwycięstwo. Zobaczymy, co się wydarzy i co ja wtedy zrobię - zaznaczyła z uśmiechem tenisistka, która dotychczas wygrała jeden turniej WTA.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...