Wtedy Iga Świątek po raz pierwszy głośno krzyknęła. Wimbledon ma nową ulubienicę

Agnieszka Niedziałek
Choć to Jelina Switolina długo reagowała bardziej emocjonalnie po pomyłkach, to spokój Igi Świątek w 1/8 finału Wimbledonu z czasem zamienił się w pasywność. Zmiana rakiety i długie narady ze sztabem w przerwie na zasunięcie dachu pomogły tylko chwilowo. Waleczna Ukrainka, która została nową ulubienicą londyńskiej publiczności, dała Polce bolesną lekcję cierpliwości.

Wystarczy cofnąć się pamięcią do poprzedniego występu Świątek - z Belindą Bencić w 1/8 finału - by przywołać nerwowość Polki, jakiej było pełno w poprzedniej edycji Wimbledonu. W pojedynku ze Szwajcarką 22-latka dość szybko w trudnych momentach zaczynała się frustrować. Było machanie rękami oraz spojrzenia w stronę boksu i uwagi rzucane w kierunku sztabu. We wtorek wydawało się, że jest bardziej opanowana, ale wcale nie dało to lepszego efektu. Zaliczyła drugi z rzędu trzysetowy dreszczowiec, ale tym razem bez szczęśliwego zakończenia. Przegrała z Jeliną Switoliną 5:7, 7:6, 2:6.

Zobacz wideo Iga Świątek rozbawiona pytaniem od dziewczynki trenującej tenis. "Mój Boże, też bym chciała się dowiedzieć"

Iga Świątek dostała bolesną lekcję cierpliwości

Wrzawa, jaką londyńska publiczność zgotowała Switolinie przy okazji wtorkowego meczu - a szczególnie po ostatniej piłce - nie pozostawiła żadnych wątpliwości. Tenisistka, która dziewięć miesięcy temu została mamą małej Skaï, jest jej nową ulubienicą. Podczas spotkania też większość wyraźnie wspierała Ukrainkę, która wróciła do rywalizacji w kwietniu i była wtedy na 1344. miejscu w rankingu WTA. Obecnie jest 76., a po drodze m.in. wygrała turniej w Strasburgu i dotarła do ćwierćfinału Roland Garros. Teraz powtórzyła najlepszy wynik w karierze w Wielkim Szlemie, awansując do półfinału Wimbledonu.

Przed tym meczem często przywoływano, że Świątek i Switolina lubią się i bardzo cenią. Dwa lata temu poznały się lepiej dzięki wspólnym treningom w czasie kwarantanny w Australii, a jeszcze bardziej zbliżyły je wspólne działania na rzecz poszkodowanych w wojnie w Ukrainie. Komplementów przed wtorkowym spotkaniem nie brakowało, ale Polka podkreśliła też oczywistą sprawę - na korcie obie strony wzajemną sympatię odłożą na bok. Gdy jednak nagle pod koniec pierwszej partii przegrała aż 16 z 18 ostatnich punktów, to trudno było nie odnieść wrażenia, że sprawiła koleżance z touru wielki prezent.

Dopiero wtedy Świątek spojrzała w stronę sztabu szkoleniowego w boksie. Po chwili podeszła do niego, by wymienić trochę uwag. Czasu miała więcej, bo zdecydowano się w przerwie po pierwszym secie zasunąć dach. Jednak zarówno te wskazówki, jak i zmiana rakiety, z którą wcześniej wydawała się stracić łączność, pomogły tylko chwilowo.

To słynąca z cierpliwości Switolina początkowo reagowała dużo bardziej emocjonalnie. Złościła się, pochylała i krzyczała po pomyłkach. Pokazywała też, że przeszkadza jej dość mocny chwilami wiatr. Po udanych akcjach zaś mobilizująco zaciskała pięść. W trzecim secie zaś, gdy jej przewaga już coraz wyraźniej się zarysowywała, to biegała po korcie z triumfalnie ułożoną ręką, ku radości widzów. 29-latka wyraźnie nakręcała się z każdą akcją. Do tego pozostawała cierpliwa. 

U Polki zaś to, co wydawało się spokojem, potem zaczęło przypominać pasywność. Wydawało się, że brakuje jej energii. Świątek po raz pierwszy głośno krzyknęła, by się zmobilizować, pod koniec drugiej partii. Potem ze złością posłała piłkę w siatkę po przegranej akcji. W decydującej zaś, gdy rywalka rozwijała skrzydła, to była coraz mniej widoczna.

Więcej o:
Copyright © Agora SA