Rywal Hurkacza świetne mówi po polsku. U siebie w kraju jest anonimowy. Niezwykły życiorys

Agnieszka Niedziałek
Jan Choinski od czterech lat reprezentuje Wielką Brytanię, ale wciąż dla tamtejszych mediów jest anonimowy. Rywal Huberta Hurkacza, z którym zna się świetnie z czasów juniorskich, do 2018 roku występował w barwach Niemiec. Jako dziecko ćwiczył balet pod okiem rodziców, a po polsku mówi dzięki ojcu i trenerowi.

Andy Murray, Cameron Norrie, Liam Broady i Jan Choinski – tak przedstawia się grono Brytyjczyków w drugiej rundzie singla tegorocznego Wimbledonu. Jedynie ten ostatni po wygraniu meczu otwarcia musiał opowiadać tamtejszym dziennikarzom, skąd właściwie się wziął. I z cierpliwością streszczał swój życiorys nie tylko dlatego, że jeszcze w 2018 r. reprezentował Niemcy, ale także dlatego, że z powodu dwóch operacji i długiej listy chorób w ostatnich latach zsunął się w rankingu, a teraz mozolnie odbudowuje swoją pozycję. W nagrodę za determinację dwa dni temu zadebiutował w głównej drabince Wielkiego Szlema, a o awans do trzeciej rundy powalczy z Hubertem Hurkaczem, z którym jako junior występował nieraz w deblu.

Zobacz wideo Była numer 1 uważa, że Iga Świątek może przenieść wszystko z mączki na trawę. Trener Igi: Zgadzam się, jak najbardziej

Choinski w dzieciństwie kręcił piruety. "Czułem się trochę lekceważony"

Choinski poniedziałkowy mecz otwarcia w Londynie grał na korcie nr 17, jednej z najmniejszych aren Wimbledonu. Wokół zgromadziło się jednak sporo kibiców i co jakiś czas słychać było wybuchy radości. A największy po ostatniej piłce, która dała 27-latkowi cenne zwycięstwo nad sklasyfikowanym wyżej o ponad 100 miejsc w rankingu ATP Serbem Dusanem Lajoviciem.

- Czuję się wspaniale. Publiczność była wręcz elektryzująca. Chociaż graliśmy na jednym z mniejszych kortów, to czułem wsparcie kibiców, całego mojego teamu, obecnych przedstawicieli brytyjskiej federacji. Zwłaszcza mojej mamy i dziewczyny – zaznaczył na późniejszym spotkaniu z dziennikarzami Choinski.

A gdy nadeszła pora na pytania z sali, to zgodnie z przypuszczeniami padła prośba o opowiedzenie czegoś więcej o sobie samym. 27-latek przerabiał to wielokrotnie, ostatni raz kilka dni wcześniej na przedturniejowej konferencji. I prawdopodobnie jeszcze kilka razy go to może czekać, bo jest niemal zupełnie nieznany zarówno światowym mediom, jak i tym brytyjskim.

Mama Dominique jest Brytyjką, choć urodziła się w Singapurze, ojciec Andrzej to Polak. Poznali się w Niemczech i tam osiedli. Przyszły tenisista urodził się oraz wychował w Koblencji i wciąż mieszka w tamtym kraju. Do 12. roku życia uczył się w szkole baletowej rodziców, w przeszłości profesjonalnych tancerzy.

- Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, by zająć się tym zawodowo. To był sposób, by wzmocnić się pod kątem tenisa – podkreśla.

W niemieckich barwach rywalizował do 2018 roku, ale – jak zaznacza w rozmowie ze Sport.pl – współpraca z tamtejszą federacją nie układała się dobrze.

- Nie byłem w pełni zadowolony, czułem się trochę lekceważony. Nie chcę mówić źle o niemieckiej federacji, ale właściwie nie otrzymałem żadnej pomocy. Czasem nie rozumiałem, na jakie zasadzie przyznają tzw. dzikie karty albo jak się ta cała pomoc ze strony federacji odbywa. Kto i na co zasłużył, a kto nie. Komunikacji było mało, szła ona ciężko. Czułem, że nie było takiego wsparcia, na jakie zasłużyłem jako 17. junior na świecie. Dotarłem w tej kategorii wiekowej do półfinału wielkoszlemowego US Open – wylicza.

I dodaje, że zupełnie inaczej podeszli do sprawy Brytyjczycy. Pod koniec 2018 r. spotkał się na obozie na Florydzie z kapitanem reprezentacji Wielkiej Brytanii w Pucharze Davisa Leonem Smithem, Jamesem Trotmanem i tamtejszymi zawodnikami.

- Dobrze nam się rozmawiało i trenowało, więc powiedziałem: "Słuchajcie chłopaki, myślę o tym od dłuższego czasu. Moja chęć zmiany i gry w barwach Wielkiej Brytanii jest naprawdę duża (od urodzenia ma obywatelstwo – red.)". Przyjęli ten pomysł z radością. Od początku świetnie się rozumieliśmy. Wysłałem e-maila do ATP, załączyłem kopię mojego paszportu i to było wszystko. Poszło bardzo szybko – wspominał dziennikarzom.

Wakacje w Gdańsku, turniej w Szczecinie. Wyjątkowo duży limit pecha

Gdy podczas późniejszej indywidualnej rozmowy pytam, czy była opcja, by grał w polskich barwach, to przyznał, że zależało mu na reprezentowaniu ojczyzny matki.

- Marzyłem, by grać w Wimbledonie i widzieć ją szczęśliwą. Komunikacja z Brytyjczykami była bardzo dobra i wszystko szło w tę stronę. Ale czuję się też pół-Polakiem. Tata od małego rozmawiał ze mną po polsku. Jego rodzina pochodzi z Gdańska i zawsze jeździliśmy tam na wakacje. Cieszę się, gdy mam okazję przyjechać do Polski. Grałem też kiedyś we wspaniałym turnieju w Szczecinie – wylicza 27-latek.

Po polsku rzeczywiście mówi bardzo dobrze. Praktykę zapewnia mu trener Pawel Strauss. Poznali się jeszcze, gdy Choinski był juniorem, ale potem jeszcze kilka lat trenerem młodego zawodnika był wciąż ojciec. Siły z mieszkającym od prawie 50 lat w Skandynawii szkoleniowcem połączył w 2019 roku.

- Chciałem się z nim skonsultować i tak się zaczęło. Przeszliśmy razem wiele – kontuzje, choroby. Cieszymy się, że trzymaliśmy się razem i osiągnęliśmy teraz duży sukces w Wimbledonie – podkreśla tenisista.

Zwraca też uwagę na ogromną pomoc brytyjskiej federacji w najtrudniejszym okresie kariery. Gdy zmieniał przynależność narodową, to zajmował ok. 250 miejsce na świecie, ale szybko zaczął spadać. Stracił około dwóch lat z powodu kontuzji i dwóch operacji.

- Najpierw chodziło o biodro. Gdy mogłem już wrócić do gry, to nastała pandemia COVID-19 i zawieszono rywalizację. Nie zagrałem ani jednego turnieju, tylko jakieś pokazówki, a potem musiałem poddać się operacji barku – relacjonuje.

Jak opowiada, potem niemal cały czas spędzał w Narodowym Centrum Tenisowym brytyjskiej federacji. - Dostałem najlepsze możliwe wsparcie. Pracowaliśmy sześć dni w tygodniu od godz. 9 rano do 18. Czasem tam spałem. Chodziłem sam do siłowni o godz. 20 i robiłem kolejne porcje ćwiczeń, by próbować przyśpieszyć cały proces rehabilitacji – wspomina.

Wówczas jeszcze limitu pecha nie wyczerpał. Gdy jeden z dziennikarzy spytał go, co robił rok temu w czasie Wimbledonu, to okazało się, że zmagał się z mononukleozą i COVID-19. Stracił niemal wszystkie punkty rankingowe i jego pozycja na liście ATP znacząco się pogorszyła. Pod koniec sierpnia plasował się pod koniec siódmej setki i rozpoczął mozolną wspinaczkę w górę światowego rankingu. Obecnie jest na najwyższym w karierze 164. miejscu.

- Najpierw wygrałem turniej o puli nagród 15 tys. dol., czyli jedną z najmniejszych międzynarodowych imprez, potem przeniosłem się na poziom challengerów, grałem sporo w kwalifikacjach. Spędziłem 10 tygodni w Ameryce Południowej, grając kolejne turnieje i zmieniając kraje. Ponieważ brałem udział w kwalifikacjach, to niemal nie miałem przerwy między zawodami. Cisnęliśmy naprawdę mocno, może nawet nieco za mocno. Ale to wszystko wynikało z tego, że nie miałem żadnej pozycji, a byłem 26-latkiem – tłumaczył.

I zapewnił, że nawet na chwilę nie przeszło mu przez myśl, by zrezygnować z tenisa. - Uważałem, że mam w sobie coś więcej i chcę to pokazać. Nie zwątpiłem ani na sekundę. Moja miłość i pasja do tego sportu są ogromne. Uwielbiam trenować, pracować nad sobą, rozwijać się, dostrzegać progres z dnia na dzień – zaznaczył.

Zaburzone przygotowania do najważniejszego w karierze startu. Choinski pewny siebie przed meczem z Hurkaczem

To wciąż nie koniec jego kłopotów zdrowotnych. Choroba wirusowa zakłóciła też jego przygotowania do tegorocznego Wimbledonu. A były one o tyle istotne, że tak naprawdę poprzednio na trawie grał nieco więcej w 2019 roku.

- Po pierwszym meczu challengera w Niemczech dopadł mnie wirus i całkowicie pozbawił energii. Musiałem oddać spotkanie walkowerem. Wydobrzenie zajęło mi 12 dni. Udałem się do Nottingham, by dać sobie szansę zagrania na trawie choć jednego meczu przed przenosinami na korty Queen's Clubu w Londynie, co nie było idealnym rozwiązaniem. Razem z trenerem wiedzieliśmy o tym. Daliśmy z siebie wszystko. Przygotowania nie były rewelacyjne. To było spore wyzwanie – przyznał.

Dzięki determinacji jednak nie tylko zadebiutował w Wimbledonie, ale i awansował do drugiej rundy. W niej zmierzy się z młodszym o rok Hurkaczem, z którym wielokrotnie grał w parze za czasów juniorskich, m.in. w Wimbledonie 2014. Nigdy jednak nie grali jeszcze przeciwko sobie.

Brytyjczyk opowiada, że dawniej prezentowali zbliżony poziom, a on był wyżej w rankingu. Obecnie jest odwrotnie, a Polak jest znacznie wyżej notowany (18.). Choinski jednak zaznacza, że nie stoi na straconej pozycji w pojedynku z półfinalistą londyńskiej imprezy sprzed dwóch lat.

- Jestem pewny siebie. Wszystko będzie zależało od tego, jaki tenis będę mógł pokazać i jaki Hubert pokaże. Bardzo się cieszę, że zaszedł tak daleko. Mimo że jest znakomitym zawodnikiem, wygrał duże turnieje, był w Top10 i gra z najlepszymi, to czuję, że mogę zagrać przeciwko niemu dobrze. A jeśli tak będzie, to jest możliwość wygranej – podsumował na koniec rozmowy ze Sport.pl.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.