Czerwiec stoi pod znakiem wielu tenisowych powrotów. Po kontuzjach wracają Matteo Berrettini czy Nick Kyrgios, którzy przegrali swoje pierwsze mecze, lecz oni pauzowali raptem kilkanaście tygodni. "Raptem" w kontekście Milosa Raonica i Keia Nishikoriego, którzy do gry wrócili po blisko dwuletnich przerwach.
Kanadyjczyk swój pierwszy mecz w turnieju ATP 250 w 's-Hertogenbosch wygrał. Podobnie dzień później uczynił Kei Nishikori. Japończyk zwyciężył 6:2, 6:4 z Chrisem Langmo (333.) w pierwszej rundzie Challengera w Palmas del Mar, leżącym w Portoryko. W turnieju bierze udział dzięki dzikiej karcie, gdyż blisko dwuletnia przerwa spowodowała, że wypadł on z rankingu ATP. To był również jego pierwszy mecz w roli męża oraz ojca, gdyż niedawno wziął ślub i urodził mu się syn.
33-latek przez sporą część swojej kariery borykał się z licznymi urazami. Już na jej początku, w 2009 r., został zmuszony do rocznej pauzy spowodowanej kontuzją łokcia, z którym problemy miał de facto przez całą karierę. Dekadę później przeszedł kolejny zabieg stawu, co w zasadzie skończyło jego grę na wysokim poziomie.
To wtedy, w 2019 roku, Nishikori wygrał ostatni turniej ATP. Dokonał tego w Brisbane, pokonując Daniła Miedwiediewa. W sumie wygrał 12 imprez głównego cyklu, a w rankingu najwyżej - w marcu 2015 r. - sklasyfikowany był na czwartym miejscu. Japończyk był postrzegany jako zawodnik ze światowej czołówki, lecz trafił na pokolenie "Wielkiej Trójki", która rywalom pozostawiła jedynie okruszki z tortu.
Największy sukces Nishikoriego w turniejach wielkoszlemowych to finał US Open w 2014 roku. W półfinale wyeliminował Novaka Djokovicia, ale w meczu o tytuł przegrał z Marinem Ciliciem. 33-latek stał się wówczas pierwszym tenisistą z Azji, który osiągnął finał wielkoszlemowy. Ponadto w Nowym Jorku jeszcze dwukrotnie dochodził do półfinałów. Ma na koncie również aż dziewięć ćwierćfinałów.