Magda Linette wywalczyła sobie to, co zabrał jej COVID-19. "Mam już dość"

- W końcu będę rozstawiona w Wielkim Szlemie - cieszy się Magda Linette, odnosząc się do rychłego skoku w rankingu WTA. O krok była już w 2020 r. Na przeszkodzie nie stanęły inne tenisistki, a pandemia. Teraz, za sprawą sukcesu w Australian Open, uniknie wreszcie bardzo złych losowań. - Mam już dość trafiania na rywalki z jedynką i dwójką w 1. rundzie - zaznacza Polka.

Magda Linette jeszcze nie zakończyła udziału w Australian Open, ale już odniosła w Melbourne życiowy sukces. Z zawodniczki, która w 29 wcześniejszych podejściach do głównej drabinki Wielkiego Szlema nie była w stanie przejść trzeciej rundy, zamieniła się w półfinalistkę prestiżowych zmagań. I choć może być jeszcze lepiej, bo w czwartek powalczy o finał, to 30-latka już ma wiele powodów do radości. Jednym z nich jest debiut w Top30 rankingu WTA. Dzięki temu w kolejnych imprezach wielkoszlemowych będzie rozstawiona, a Polka w przeszłości nieraz miała pecha przy losowaniu drabinki tych turniejów.

Zobacz wideo Ile zarabia Fernando Santos? Sekretarz generalny PZPN odpowiada

Trzy lata temu Linette czuła, że jest blisko przełomu. Przeszkodził jej COVID-19

Obecnie Linette jest 45. rakietą świata, ale już od poniedziałku trzeba jej będzie szukać w tym zestawieniu znacznie wyżej. O ile miejsc ostatecznie awansuje, okaże się dopiero po zakończeniu przez nią występu w Melbourne, ale już wiadomo, że przesunie się co najmniej na 22. lokatę. To dla niej podwójna radość, bo nie tylko po raz pierwszy będzie tak wysoko na liście WTA, ale też pozwoli jej to znacząco ograniczyć ryzyko bardzo trudnej przeprawy już na samym początku kolejnych w tym roku odsłon Wielkiego Szlema.

- W końcu będę rozstawiona. Walczyłam o to tak długo - nie kryje radości Linette, gdy pada pytanie dotyczące rychłego awansu na najwyższe miejsce w klasyfikacji tenisistek w karierze.

Rozstawienie w Wielkim Szlemie przydzielane jest u kobiet i mężczyzn czołowym 32 singlistom. Wyjątek dotyczy męskiej rywalizacji w Wimbledonie. Tam organizatorzy wprowadzili własny przelicznik, który - poza pozycją w światowym rankingu - uwzględnia też m.in. wynik danego gracza z poprzedniej edycji londyńskiego turnieju i rezultaty uzyskiwane w zawodach ATP na trawie. 

Linette przypomina, że już raz była bliska rozstawienia w Wielkim Szlemie. W lutym 2020 r. zajmowała 33. miejsce na światowej liście, a ponieważ nieraz ktoś z czołówki wypada z obsady np. ze względów zdrowotnych, to możliwe byłoby, by nawet bez kolejnej awansu była rozstawiona w kolejnym turnieju tej rangi. Wszystko się zmieniło z powodu pandemii COVID-19. W połowie marca, gdy Polka była 36., na pięć miesięcy wstrzymano międzynarodową rywalizację w tenisie. Gdy ją wznowiono, to 30-latka nieco spadła w rankingu i nie zdołała wrócić do pozycji zajmowanej w lutym.

- Czułam wtedy, że byłam blisko przełomu. Nie powiem, że zostało mi to zabrane, bo wszyscy byliśmy w tej samej sytuacji. Ale żałowałam, bo dobrze mi szło, czułam się bardzo pewnie. Czułam, że wiem już, co funkcjonuje u mnie dobrze, a co źle. I miałam być pierwszy raz rozstawiona, a się nie udało. To będzie więc dla mnie nowe doświadczenie. Bardzo mnie cieszy, bo mam już dość drabinek, w których trafiam na rywalki z jedynką i dwójką w pierwszej rundzie - podkreśla Linette.

Pechowe losowania Linette, które miały pewną zaletę

Rzeczywiście nieraz miała pechowe losowania. Choć była w Top50, to i tak zdarzało się jej mierzyć na otwarcie lub w drugiej rundzie z liderką albo wiceliderką światowej listy. W najbliższym czasie takiego pecha uniknie.

Z drugiej strony pechowe losowania w turniejach wielkoszlemowych na coś jej się przydały. Gdy trafiała na jedną z zawodniczek z absolutnego topu, to pewne było, że zagra na jednym z największych kortów. A występy na wielkich arenach potrafią onieśmielić tenisistów przyzwyczajonych do występów na znacznie mniejszych obiektach. Dodatkowo warunki do gry potrafią różnić się dość mocno na jednych i drugich. I choć Linette wcześniej nigdy nie była nawet w 1/8 finału, to ogranie na dużych kortach już ma.

- Miałam już wcześniej spore doświadczenie w grze na nich, bo niemal w każdym występie wielkoszlemowym prędzej czy później na nich kończyłam. Grałam już z wieloma wielkimi zawodniczkami. To tak naprawdę nic nowego. Po prostu kolejny mecz. Oczywiście, teraz jest to na znacznie późniejszym etapie rywalizacji, ale mam wrażenie, że jest tak samo - analizuje Polka.

W środowym ćwierćfinale w Melbourne pokonała Karolinę Pliskovą 6:3, 7:5. Z Czeszką mierzyła się już wcześniej aż dziewięć razy, w tym dwukrotnie w Wielkim Szlemie. I to na największych kortach, bo w 2017 roku rywalka była pierwszą rakietą świata.

- Z Karoliną grałam już dwukrotnie na otwarcie w US Open, więc odbierałam tę dzisiejszą sytuację dość naturalnie - zapewnia teraz Linette.

Finał coraz bliżej, ale jeszcze za daleko. Słaby mecz pomoże Linette pokonać Sabalenkę?

Problemem nie jest dla niej również fakt, że wobec braku wcześniejszych sukcesów w Wielkim Szlemie - nie miała dotychczas serii wygranych meczów w takich turniejach. Za sprawą występów w innych zawodach zdarzało się jej jednak notować taką.

- W pewnym momencie wygrałam chyba osiem kolejnych spotkań. Te doświadczenia też gdzieś teraz mi pomogły. To nic całkowicie nowego dla mnie. Ale przeciwniczki są raczej dużo bardziej doświadczone i dla nich to też ogromna okazja. Nie chcę więc wybiegać myślami za bardzo do przodu - zaznacza Linette.

A wspomina o tym, gdy jeden z dziennikarzy rzuca, że nie uwierzy, iż nie przeszła jej jeszcze przez głowę myśl o finale.

-  Skupiam się cały czas tylko na jednym meczu. Tym następnym. Mam tak trudne przeciwniczki, że nie mogę myśleć aż tak bardzo do przodu. Finał jest teraz jeszcze za daleko, ale fakt, że coraz bliżej - przyznaje 30-latka.

O awans do sobotniego meczu o tytuł zagra w czwartek z Aryną Sabalenką. Rozstawiona z numerem piątym Białorusinka jest jedyną pozostałą w stawce przedstawicielką Top10. Od początku zaś - ze względu na prezentowaną ostatnio formę i styl gry - była wymieniania w gronie faworytek Australian Open.

Polka przegrała oba dotychczasowe pojedynki z tą przeciwniczką. W 2018 r. zapisała na swoim koncie w sumie cztery gemy, a podczas igrzysk w Tokio o jeden mniej. Z kortu olimpijskiego 30-latka nie ma dobrych wspomnień, choć bardzo podobała jej się atmosfera igrzysk.

- Dawid Celt (ówczesny trener Linette - red.) śmiał się, że miałam fajny wyjazd wtedy. Z igrzysk miałam świetne wspomnienia, mimo że sam mecz mi zupełnie nie wyszedł. Ale to były kompletnie inne warunki niż te tutaj. Teraz czuję, że mam więcej dobrych doświadczeń z ciężkich meczów. Tam była to pierwsza runda, nie byłam tak pewna. Teraz mam nadzieję, że pomoże mi doświadczenie - analizuje.

I dodaje nieco przewrotnie z uśmiechem, że dotkliwa porażka z Tokio może być teraz jej atutem. - Postaram się tamten mecz i tak wykorzystać na swoją korzyść. Nie dał jej zbytnio obrazu tego, jak gram. Mam nadzieję, że ją zaskoczę. Że będzie jej ciężko i będzie się denerwować - argumentuje pogodnie Linette.

Więcej o: