Linette zmartwiła się tuż przed końcem meczu. "Pomyślałam, że musi usiąść"

Magda Linette stresowała się przed ćwierćfinałem Australian Open, bo bardzo jej zależało jej, by pokonać w Wielkim Szlemie Karolinę Pliskovą. Pod koniec meczu bała się, czy jej trener nie zemdleje z wrażenia. A życiowy sukces, jakim jest półfinał, właśnie w Melbourne ma dla niej szczególne znaczenie. Dwa lata temu wycofała się w ostatniej chwili, co wiąże się z najboleśniejszym doświadczeniem w jej życiu.

Ostatnie dni całkowicie odmieniły życie Magdy Linette. W 29 wcześniejszych podejściach do głównej drabinki Wielkiego Szlema nie była w stanie przejść trzeciej rundy. Teraz nie tylko złamała tę barierę, ale póki co nikt jej nie może zatrzymać. W środę pokonała w ćwierćfinale Karolinę Pliskovą i dzień później zagra o przepustkę do decydującego meczu. Wiele osób na tym etapie spodziewało się zobaczyć Igę Świątek, ale Australian Open 2023 to turniej 30-letniej poznanianki. Dla której sukces odniesiony właśnie w Melbourne ma szczególną wartość.

Zobacz wideo Wiadomo, gdzie będzie mieszkał Fernando Santos. Ważna decyzja podjęta

Szczęśliwa, ale bardzo zmęczona. "Może wciąż nie wierzę w to, co się stało?"

Linette przychodzi na konferencję prasową po zwycięstwie nad Pliskovą (6:3, 7:5) około dwie godziny po zakończeniu meczu. Za stołem siada ze spuszczoną głową, a na jej twarzy ewidentnie widać duże zmęczenie. Po chwili 45. rakieta świata (w poniedziałek awansuje minimum na 22. miejsce) zaczyna odpowiadać na pytania, uśmiecha się i nieco ożywia. Ale gdy zostaje zagadnięta o emocje, to sama od razu wspomina o zmęczeniu.

- Co czuję? Właściwie to jestem zmęczona (uśmiech).  Ale jest dobrze. Znów o dziwo jestem dość spokojna. Pomogło mi to poprzednio i myślę, że jest to też dobre pod względem kolejnego meczu. Zwłaszcza że gramy już jutro. To jeszcze nie koniec, więc jestem nadal w trybie działania - rzuca doświadczona zawodniczka.

Niektórzy dziennikarze, którzy nie byli na wcześniejszej konferencji Polki, wydają się zaskoczeni jej spokojem na korcie i po meczu. W końcu odniosła ogromny sukces. Ale nie tylko oni. Tenisistka sama przyznaje, że to dziwne.

- Nie wiem, skąd ten spokój. Może wciąż nie wierzę w to, co się stało? - zastanawia się z uśmiechem.

Wielka chęć rewanżu na Pliskovej. Niepokój o trenera

Ale po chwili przyznaje, że emocji doświadczyła w środę sporo - była dużo bardziej zestresowana niż przed poprzednią rundą z Caroline Garcią. Nie miało to jednak aż tak dużego związku z większą stawką. Bardziej chodziło o rywalkę. Z Pliskovą miała wcześniej bilans 2-7 Przegrała oba ich mecze w Wielkim Szlemie, w 1. rundzie US Open. O ile jednak pięć lat temu ugrała łącznie zaledwie trzy gemy, to w minionym sezonie skończyło się trzysetową batalią, o losach której decydował tie-break przegrany do 8.

- Miałam teraz przed spotkaniem w pamięci tamten mecz z Nowego Jorku. Było tak blisko i bardzo chciałam tym razem z nią wygrać w Wielkim Szlemie. Cały czas mnie bolała tamta porażka. Zależało mi, a nasz ostatni mecz w Pucharze Billie Jean King pokazał mi, że jestem w stanie. Czułam, że jest ona w moim zasięgu. Presja była więc większa, ale na przedmeczowej rozgrzewce nerwy były już dużo mniejsze i mogłam je skontrolować. Fajnie, że udało mi się uspokoić, a napięcie się nie zwiększyło - wspominała w rozmowie z dziennikarzami Linette.

Jej środowy pojedynek bardzo zaś przeżywał cały czas jej trener Mark Gellard. O wypompowaniu emocjonalnym Brytyjczyka na Twitterze wspominał żartobliwie dziennikarz Eurosportu Paweł Kuwik. Polka  z kolei - znając szkoleniowca, który reaguje bardzo emocjonalnie i widząc go na trybunach - niepokoiła się o niego w trakcie meczu.

- Zmartwiłam się, bo miałam wrażenie, że pod koniec zemdleje (uśmiech). Pomyślałam, że musi usiąść - wspominała Linette.

Linette wraca do najboleśniejszego doświadczenia w życiu. Zazdrościła narzekającym na izolację

U niej z kolei samo turniej w Melbourne wywołuje dodatkowe emocje. Wszystko za sprawą wydarzeń sprzed dwóch lat. Szykowała się wówczas do wylotu na antypody, ale w ostatniej chwili właściwie musiała się wycofać. Powodem były coraz większe kłopoty z kolanem.

- To było najbardziej bolesne doświadczenie w moim życiu. Zwłaszcza że przez prawie 11 tygodni nikt nie był w stanie postawić diagnozy, straciłam więc w sumie pięć miesięcy. To było kluczowe. Stało się to na dość długo przed Australian Open, ale ponieważ był to dość trudny uraz, to nikt nie był w stanie dostrzec, co się stało. Staraliśmy się bardzo uniknąć operacji. Wydawało nam się, że się udało, a potem dosłownie dzień przed wylotem ból i nieprzyjemne uczucie, które od jakiegoś czasu mi towarzyszyło, znacząco się nasiliły - relacjonowała Polka.

Jak dodała, czuła się tak źle, że nie miała wyjścia. - Podjęłam decyzję, że skoro nie mogę chodzić, to nie mam co nawet myśleć o Australian Open. Poddałam się więc operacji, a dosłownie następnego dnia wycofałam się z turnieju. Miałam już załatwiony lot i pokój hotelowy. Słuchałam wszystkich, którzy narzekali wtedy na izolację i byłam tak bardzo zazdrosna, że oni muszą to robić, bo ja naprawdę chciałam tam być - zaznaczyła 30-latka.

Do gry wróciła już po kolejnych sześciu tygodniach. Zależało jej, by nastąpiło to możliwie jak najszybciej. Teraz już jednak wie, że się zbytnio pośpieszyła.

- Nie grałam w sumie przez pięć miesięcy. Straciłam punkty i spadłam w rankingu. Nie chciałam korzystać z "zamrożenia rankingu", bo to by oznaczało kolejny miesiąc bez rywalizacji. Bałam się, że wypadnę z czołowej setki i nie byłam pewna, czy będę w stanie to zrobić. Nie jestem już najmłodsza. Gdybym wypadła z setki, to może musiałabym wrócić do gry w turniejach ITF. Nie wiedziałam, co się wydarzy - tłumaczyła dziennikarzom doświadczona tenisistka.

Dodała też, że zbiegło się z bardzo trudnym dla niej czasem w życiu prywatnym. - Ale z pewnością mnie to bardzo zmieniło. Stałam się nieco spokojniejsza. Wiele zmieniłam w swoim życiu, podjęłam kilka trudnych decyzji odbieram za to teraz nagrodę - podsumowała.

O kolejną powalczy w czwartek z Białorusinką Aryną Sabalenką.

Więcej o: