Linette zagra ze ulepszoną wersją Pliskovej. Czeszka ma za sobą "głupią kontuzję"

Magda Linette w ćwierćfinale Australian Open zmierzy się z ulepszoną wersją Karoliny Pliskovej. Wszystko, co najgorsze - a związane z pechową kontuzją - była liderka rankingu tenisistek ma za sobą. Złamanie ręki, przez które zabrakło jej poprzednio w Melbourne, sama nazwała głupim urazem. A teraz wróciła stęskniona i - jak mówi nam czeski dziennikarz - jest "w gazie".

Karolina Pliskova mogła czuć się dotychczas niedoceniania i pomijana. A dorobku pozazdrościć może jej mnóstwo tenisistek. 30-letnia Czeszka to była pierwsza rakieta świata i dwukrotna finalistka wielkoszlemowa. Teraz ćwierćfinałowa rywalka Magdy Linette w Australian Open jest rozstawiona z numerem 30. i ma za sobą żmudny powrót do formy po pechowym złamaniu ręki sprzed nieco ponad roku. O ile w poprzednim sezonie zaliczyła trudności po wznowieniu występów, to teraz wydaje się być Pliskovą w wersji 2.0.

Zobacz wideo Wiadomo, gdzie będzie mieszkał Fernando Santos. Ważna decyzja podjęta

Druga połowa 2021 roku była złotym czasem mierzącej 1,86 m Czeszki. W Wimbledonie dotarła do finału, a w US Open do ćwierćfinału. Kontynuację dobrej passy na początku kolejnego sezonu uniemożliwiła jej kontuzja, której nabawiła się podczas przygotować. Sama główna zainteresowana uraz nazywała potem głupim. Tak samo określa go w naszej rozmowie Marek Bartosik, który z Melbourne relacjonuje turniej dla portalu "Tenisowy świat".

- To była głupia kontuzja. Podczas treningu podparła się ręką i złamała kość - wspomina dziennikarz.

Pliskova, która wróciła do gry w marcu 2022, opowiadała potem, że dotychczas omijały ją kłopoty zdrowotne. Ten przyjęłaby z mniejszym żalem, gdyby nie to, że przytrafił się tuż przed rywalizacją na antypodach.

- Nigdy nie opuszczałam turniejów czy treningów, nawet jak coś czułam. Wypadłam z gry tylko, gdy miałam przerwę związaną z COVID-19. Teraz miałam gips przez miesiąc czy dwa. Na szczęście uniknęłam operacji ręki. Zakładam, że nikt nie gra zawodowo przez 20 lat bez wzlotów i upadków. Dobijało mnie jednak, że nie mogłam być w Australii, bo to moja ulubiona część sezonu. Miałam za sobą naprawdę dobry wcześniejszy sezon. Byłam "naładowana". Myślałam, że mogłabym też mieć dobry początek kolejnego roku, a normalnie zawsze dobrze gram w Australii. Było mi więc bardzo przykro. Gdyby chodziło o Indian Wells i Miami, to byłoby ok, ale za Australią tęskniłam - wspominała po marcowym powrocie do gry.

Na pierwsze zwycięstwo po wznowieniu rywalizacji czekała do kwietnia. Droga o powrót do regularnej dobrej gry zajęła jej jednak znacznie więcej czasu.

- Wróciłam do gry, choć cały czas czułam jeszcze ból. Nie byłam wtedy jeszcze gotowa na 100 procent. Potem gra na mączce i trawie, brak punktów za Wimbledon. To nie był łatwy początek. Dopiero potem odnalazłam swoją grę. Gram teraz wciąż tak, jak latem w USA - oceniła Pliskova.

Bartosik opowiada nam, że 30-latka jest obecnie ulepszoną wersją samej siebie. - Poprawiła poruszanie się po korcie i inne elementy. Jest ewidentnie "w gazie". W Melbourne dotychczas wygrywała bardzo pewnie - analizuje dziennikarz.

Była pierwsza rakieta świata też przyznaje, że jest obecnie w formie. Dodaje, że dobrze czuje się od kilku tygodni już, choć nie od razu miało to przełożenie na wynik.

- Właściwie wszystko układa się dość dobrze, odkąd dotarłam do Australii. Nawet w Adelajdzie miałam tylko kilka meczów, ale czułam, że gram dobry tenis. Brakowało zwycięstw, bo miałam wymagające rywalki, ale moja gra była już w odpowiednim miejscu. Takie rzeczy po prostu czasem czujesz. Tak właśnie miałam od dwóch, trzech tygodni - przekonywała.

Pliskova jest jedną z najbardziej doświadczonych zawodniczek, które pozostały w stawce. Wielkoszlemowy ćwierćfinał to dla niej nic nowego.

- Wielki Szlem rządzi się dodatkowo swoimi prawami. Zawsze skupiam się trochę mocniej na nim. Wszystkie dotychczasowe mecze grałam tutaj całkiem solidnie, bez dużych wpadek, z małą liczbą błędów. Myślę, że serwis też dobrze funkcjonuje. Warunki też mi odpowiadają, dobrze czuję piłkę. Oczywiście, doświadczenie może mi tu pomóc, ale jest tu sporo młodych dziewczyn lub takich, które nigdy jeszcze nie były na tym etapie i mogą zagrać bez presji - zauważyła Czeszka.

Jednym z takich "świeżaków" będzie Linette. 30-letnia Polka po raz pierwszy w karierze przeszła trzecią rundę, a potem zrobiła krok dalej, dzięki czemu w środę stanie naprzeciwko Pliskovej.

- Nie chcę mówić, że to dobra drabinka, ale jeśli spojrzysz na nią, to taka się wydaje. To pierwszy ćwierćfinał Magdy, prawda? Oglądałam trochę ją trochę w tym tygodniu i gra naprawdę dobry tenis. Nie chcę jednak podchodzić do tego jako do dobrej drabinki. Na zasadzie: "To będzie fajny mecz i wygram". Grałam z Polką w ostatnich miesiącach dwa razy i podczas US Open to był zacięty mecz. W trzecim secie tie-break, dość szczęśliwie. Potem przegrałam w Pucharze Billie Jean King - wspominała faworytka tego ćwierćfinału.

Bartosik z kolei przypomniał, że Pliskova dotarła na turniej finałowy BJK prosto z Meksyku. Nie pasowały jej wtedy halowe warunki. To wszystko miało wpłynąć negatywnie na grę Czeszki. Ale ona sama dostrzega dużą poprawę w grze Linette.

- Ona zaczyna wierzyć, to widać. Jest waleczna, dobrze gra zza linii końcowej. Nie mogę jej zostawić dużo czasu. Jeśli jednak zagram tak, jak w poprzedniej rundzie, to każdemu będzie trudno ze mną rywalizować - zaznaczyła.

W tegorocznym Australian Open wyjątkowo szybko odpadło bardzo dużo zawodniczek z czołówki. Z Top10 ostała się już tylko Białorusinka Aryna Sabalenka. Pliskova jednak mówi, że takie rozstrzygnięcia mogą wydawać się szokujące tylko kibicom. Ona sama zaskoczona nie jest.

- Wiem, że ludzi zawsze szokują porażki wyżej notowanych zawodniczek, ale to jest sport i wszystko jest możliwe. Mam poczucie, że w ostatnich latach nie jest tak, że masz tylko 20 wymagających rywalek z topu. Prędzej jest 150 wymagających rywalek. Jak nie grasz kompletnie danego dnia, to możesz przegrać - zastrzega Czeszka.

Więcej o: