Trener Świątek ujawnia kulisy. Nagle rozłożył ręce. "Mnie to niespecjalnie interesuje"

Dominik Senkowski
- Każdy gołym okiem widzi zmianę w sferze mentalnej Igi. Nigdy jednak nie będziemy wiedzieli, co jest pierwsze: jajko czy kura. Czy najpierw pojawiła się lepsza gra, czy poprawa na tle mentalnym? Mnie to nawet niespecjalnie interesuje - mówi Sport.pl Tomasz Wiktorowski, trener Igi Świątek.

Z Tomaszem Wiktorowskim o dłuższym wywiadzie rozmawialiśmy jeszcze w Fort Worth na turnieju WTA Finals. Udało się spotkać pod koniec listopada, po jednym z treningów Igi Świątek. Okazuje sie, że trener z najlepszą tenisistką świata poznał się dopiero gdy zaczęli pracować. - Aż dziwne, że tak to się potoczyło - przyznaje trener. W rozmowie ujawnia kulisy współpracy ze Świątek i zdradza, co poprawił w jej grze, a co wymaga jeszcze poprawy. I on sam nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, jeśli chodzi o własny rozwój.

Zobacz wideo Co musi zrobić Lewandowski, żeby zostać sportowcem roku?

Sport.pl: Skoro jesteśmy tuż po treningu, to zacznę od pytania: jaki jest plan przygotowań do nowego sezonu?

Tomasz Wiktorowski: Mamy zaplanowane dwa mikrocykle w Warszawie. Potem w połowie grudnia przylatujemy do Dubaju, gdzie skupimy się już przede wszystkim na kwestiach tenisowych. Tutaj, w Polsce, przewagę ma strona fizyczna, przygotowanie motoryczne. Choć oczywiście nie jest tak, że w ogóle nie ma elementów tenisowych.

Iga Świątek zagra w grudniu w Dubaju w Światowej Lidze Tenisa. Skąd taka decyzja?

To taka pokazówka, mecze rozgrzewkowe. Dobrze mi się to sprawdzało, gdy prowadziłem Agnieszkę Radwańską. Nie widzę przeszkód, by nie miało się sprawdzić i tym razem. Tym bardziej że są to spotkania, w których trzeba powalczyć, a jednocześnie nie są o stawkę, nie trzeba być jeszcze przygotowanym w 100 procentach. Do tego dochodzą rozgrywki United Cup (nowe rozgrywki w Australii na początku roku, rywalizować będą mieszane drużyny narodowe męsko-damskie - red.).

To wszystko składa się w okres przygotowań. Potem, zależnie od sytuacji, zagramy jeszcze w turnieju Adelaida II (9-14 stycznia), albo zdecydujemy się na przelot do Melbourne na Australian Open. W zeszłym roku pominęliśmy imprezę w Sydney - wszystko zależy od tego, ile Iga zagra spotkań przed Wielkim Szlemem i co pokaże na korcie. 

Robert LewandowskiSuper defensywnie i gra na remis. Co czeka nas w meczu z Argentyną? [Sport.pl LIVE]

Gdy ostatni raz widzieliśmy się ponad dwa tygodnie temu w Fort Worth podkreślał pan, że na podsumowanie sezonu przyjdzie jeszcze czas i potrzeba chwili oddechu, by spojrzeć na to z perspektywy. Z czego jest pan najbardziej dumny w tym roku?

Z tego, jak Iga była w stanie przejść przez sezon. Przez cały rok zachowała wysoki poziom. W tenisie jest kilka sfer przygotowań. Te trzy podstawowe to: motoryczne, techniczno-taktyczne i mentalne. Czynników składowych jest jednak dużo więcej. Iga zaprezentowała bardzo wysoki poziom w każdej ze składowych. 

Przez cały sezon nie było większych potknięć, a "potknięciem" można nazywać mecze, w których przegrała. Ale było ich niewiele, a przecież sportu bez porażek nie ma. Wszystko inne było na poziomie, o którym wcześniej można było tylko marzyć. 

W tym roku Idze udało się utrzymać formę, a nie tylko uzyskać jej szczyt. Uzyskać taki szczyt jest łatwo - choć dla niektórych oczywiście to nieosiągalne. Osiągać dwa-trzy szczyty formy w sezonie jest łatwiej niż je utrzymać. To coś niesamowitego we współczesnym tenisie, w ogóle w sporcie, gdzie intensywność startów jest bardzo wysoka. 

Iga potrafiła przełożyć formę na kort. A przecież okoliczności wszędzie, dokąd lecimy, są inne: piłki, korty, warunki atmosferyczne, publiczność. Zmiennych jest mnóstwo. Iga utrzymała skuteczność, dostosowując się do warunków, z jakimi musiała się zmierzyć, zamiast próbować - co częste wśród zawodniczek i jest to pułapka - dostosowywać wszystkie warunki do tego, czego sama oczekuje.

Dumny jestem również z tego, że udało nam się wprowadzić taki sposób myślenia, który zakłada, że nie jedziemy po przyzwoity wynik, a po zwycięstwo, poprzeczka jest ustawiona maksymalnie wysoko. Robimy wszystko, co w naszej mocy, by to osiągnąć, a czy to się uda, to inna rzecz. Wprowadziliśmy to podejście w porozumieniu z Darią (Daria Abramowicz, psycholog Świątek - red.) na początku roku. To się sprawdza. 

Wojciech Szczęsny w barwach JuventusuTrzęsienie ziemi w Juventusie. Szczęsny może nie poznać swojego klubu

Mija równo rok, od kiedy rozpoczął pan współpracę z Igą Świątek. Spodziewał się pan tak szybko takich efektów?

Spodziewałem się, że Iga osiągnie takie wyniki. Nie wiedziałem jednak, czy uczyni to ze mną, czy z kolejnym trenerem. Wiedziałem natomiast, że to zawodniczka stworzona do wielkich tenisowych czynów.

Znaliście się wcześniej?

Głównie z komentowania meczów. Osobiście prawie nie znałem Igi. Tak się potoczyło nasze życie tenisowe, że miałem kiedyś kontakt z jej tatą, a z samą Igą nie bardzo. Aż dziwne, że tak się mijaliśmy, ale tak się to potoczyło. Rozmawialiśmy może ze trzy razy, zanim spotkaliśmy się na rozmowie o współpracy. 

Komentowałem mecze Igi przez prawie dwa lata. Oglądałem praktycznie wszystkie spotkania z jej udziałem. To mi pomogło. Zaczynając pracę z końcem listopada zeszłego roku, miałem gotowy pomysł na Igę. 

Podczas turnieju WTA Finals w Fort Worth Iga Świątek poproszona o wskazanie czysto tenisowego elementu gry, który najbardziej poprawiła w tym roku w porównaniu do poprzedniego, wymieniła serwis. Pan się z tym zgodzi? 

Pod względem stricte tenisowym rzeczywiście można wskazać serwis. Dostałem potwierdzenie tego w liczbach. Na przestrzeni roku podanie Igi naprawdę się poprawiło. Serwis trochę falował w środku sezonu, spadła skuteczność, ale potem wzrosła w końcówce roku. Na przykład finał US Open był wygrany przez Igę przede wszystkim serwisem - zwłaszcza w pierwszym secie. 

Natomiast najbardziej cieszę się z tego, jak Iga podejmowała decyzje na korcie, z jej odpowiedzialności. Na początku roku zdecydowaliśmy się pokazać jej bardziej agresywny tenis. Agresywność można wprowadzić poprzez szybkość piłki, tempo i kierunek zagrania. Iga zaczęła naprawdę dobrze podejmować decyzje, kiedy przyspieszyć, z których piłek, ile przyspieszyć i w jakim kierunku.

Jednocześnie zachowała odpowiedzialność za to, co robi. Tej odpowiedzialności nie było w meczu z Aryną Sabalenką podczas półfinału WTA Finals oraz w starciu z Alize Cornet w trzeciej rundzie Wimbledonu. To są dwa mecze, w których Iga zagrała "nieodpowiedzialnie". Natomiast w całym sezonie przegrała dziewięć spotkań. Siedem to był akurat lepszy występ rywalki, a średni Igi. Z kolei tamte dwa pojedynki z Sabalenką i Cornet były do wygrania. Zabrakło w nich elementu odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Jednak w pozostałych meczach w tym sezonie podejmowanie decyzji stało na bardzo wysokim poziomie.

Czyli gdybym zapytał pana, co się generalnie zmieniło w grze Igi Świątek w tym sezonie, że pojawiły się aż tak dobre wyniki, to wskazałby pan właśnie na agresywniejszy tenis?

Jeśli mówimy o kwestiach techniczno-taktycznych, to tak. Oczywiście to nie wszystko, bo jest też przygotowanie motoryczne i mentalne. Każdy gołym okiem widzi zmianę w sferze mentalnej. Nigdy jednak nie będziemy wiedzieli, co jest pierwsze: jajko czy kura. Czy najpierw pojawiła się lepsza gra, czy poprawa na tle mentalnym? Mnie to nawet niespecjalnie interesuje. Cieszę się, że wykonujemy wszyscy taką pracę, że mamy jej efekty.

Sukcesów nie ma bez przygotowania fizycznego, mentalnego i tenisowego. Bez przyspieszenia, wytrzymałości, zwrotności w danym meczu czy turnieju nie ma czego szukać na korcie we współczesnym tenisie. Jeśli zawodniczka będzie podejmować złe decyzje na korcie, to nawet najlepiej przygotowana fizycznie czy mentalnie nie poradzi sobie na korcie. A bez odpowiedniej mentalności - np. wytrzymać przy wyniku 5:5 w trzecim secie - pozostałe elementy nie pomogą. Zespół i składowa wielu elementów to podstawa sukcesu, a zwłaszcza tego, co uważam za największe osiągnięcie tego sezonu - utrzymania się na szczycie przez tak długi czas. 

Trudno było przekonać Igę do takiej agresywniejszej gry? Pamiętam, że wspominała w jednym z wywiadów, że wychowywała się na kortach ziemnych i tam nie zawsze była zmuszona do większej agresji. 

Musi pan zapytać Igę. Miałem o tyle szczęście w tym wszystkim, że to, nad czym pracowaliśmy w grudniu, przyniosło efekty bardzo szybko, bo już w styczniu. Czasu było mało.

Iga pokazała, że była już świetną zawodniczką i potrzebowała jedynie odrobiny przekierunkowania, innego treningu, podejścia, wyeksponowania jej mocnych stron i zmiany w myśleniu - żeby myśleć o tym, czym ona może dominować, a nie skupiać się tylko na tym, jak neutralizować mocne strony przeciwniczek. Tym jest właśnie dominacja, narzuceniem swojego stylu gry. Ważne, że Iga bardzo szybko wdrożyła to, o co ją prosiłem. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że będzie w stanie tak szybko przełożyć te drobiazgi na kort. To były naprawdę drobiazgi jak np. korekta zamachu przy forhendzie, ustawienia na returnie czy proporcji wyboru kierunków uderzenia.

Rewolucji pan nie przewidywał.

Nie było takiej potrzeby w przypadku 10. zawodniczki na świecie. O rewolucji można myśleć ewentualnie w kontekście 150. zawodniczki świata, ale też nie do końca. 

Byłem zaskoczony, że tak szybko udało się wprowadzić te drobiazgi. Z kolei dzięki temu, że szybko przyszły dobre wyniki, potem też było mi łatwiej. Zbudowaliśmy zaufanie i mogliśmy iść do przodu, bazując na tym.

Iga Świątek mówiła po US Open w Sport.pl: Zawsze chciałabym poniekąd zabawiać publiczność i imponować grą, a w tym turnieju musiałam nauczyć się wygrywać też bez fajerwerków. I to jest dla mnie najcenniejsza lekcja. Jak przekonać zawodniczkę do takiej gry?

W sferze mentalnej trzeba było ograniczyć oczekiwania. To było zadanie Darii. Z moje strony płynęła przede wszystkim informacja, że nie zawsze trzeba grać winnery, żeby zdobywać punkty. Trzeba być odpowiedzialnym za uderzenie, odpowiedzialnie zmieniać kierunki, dokładać prędkość. 

Cały czas proszę Igę o to, by była zawsze gotowa na zagranie jeszcze jednej piłki. Czasami tego nie robi przy woleju - po jednym woleju zdarza jej się zapomnieć przygotować się do następnego albo być gotową do wykonania smecza. Dziś zresztą, jak pan widział, właśnie nad tym pracowaliśmy, by być gotowym do zagrania kolejnego woleja i kolejnego, a nie cieszyć się z zagrania tego pierwszego. 

Z kolei jak Iga oddaje piłkę, to ważne, by robić to rozsądnie. Czasami można tej piłki nie kierować do boku, ale w środek z dobrą prędkością i rytmem. Nie trzeba zawsze pokazywać fajerwerków.

Po Roland Garros w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" na pytanie o brak skrótów w wykonaniu Igi Świątek, mówił pan, że to "czasowe rozwiązanie". To kiedy wrócą skróty?

Bardzo dużo pracujemy teraz nad slajsem - zarówno z forhendu, jak i z bekhendu. Pracujemy także nad wolejem, właśnie dlatego spóźniłem się na naszą rozmowę. 

Nie ma problemu.

Ale to fakt. W pierwszej kolejności bierzemy się za slajs i wolej. To są ruchy jednoimienne. Skrót gra się takim ruchem, jak slajs. Jak Iga poczuje się pewnie, to sama wprowadzi skrót albo mi zasygnalizuje, że jest gotowa. A jak tego nie zrobi, to sam jej to zaproponuję w odpowiednim momencie.

Aktualnie wykonujemy także takie ćwiczenia na budowanie czucia, delikatniejszą grę. Trochę więcej gramy na małe kara. Może to dziwne, bo tak się ćwiczy zwykle z młodszymi zawodnikami, ci starsi zwykle omijają grę na małe kara. A my właśnie trzy minuty na każdym treningu poświęcamy na nie.

Slajsy, woleje - na myśl przychodzi nawierzchnia trawiasta. Czy trawa będzie dla Igi Świątek szczególnym wyzwaniem w przyszłym roku?

Nie. Podejdziemy do tego tak, jak zaplanowany jest sezon. Na razie skupiamy się na początku roku. Przyjdzie moment, gdy zaczniemy myśleć o trawie. Myślimy przede wszystkim, aby rozwijać Igę w każdym kierunku, co przy okazji powinno dać jej lepsze narzędzia, by na nawierzchni trawiastej czuć się pewniej.

Skąd czerpie pan wiedzę by dalej rozwijać się jako trener?

Na pewno pomogło mi komentowanie tenisa w telewizji. Do tego oczywiście współpraca z Agnieszką Radwańską. To był czas ciągłych obserwacji, czasem innych trenerów. Dużo trenowaliśmy wtedy chociażby z Karoliną Woźniacką, z którą pracował Sven Groeneveld.

Patrzyłem też na Carlosa Rodrigueza, który imponował mi zawsze, gdy prowadził Justin Henin czy Li Na. David Kotyza z kolei miał w sobie taki luz, a jednocześnie dobry kontakt z Petrą Kvitovą i mieli wszystko poukładane na korcie. Sam Sumyk pracując z Wiktorią Azarenką wprowadził bardziej agresywny tenis. To mi dawało do myślenia, jak Azarenka jest w stanie skracać dystans do piłki, przewidywać, która piłka będzie krótsza, a kiedy się wycofać. 

Gdy Darren Cahill prowadził Simonę Halep, trenowaliśmy często razem. Ma bardziej analityczne podejście. Nawet w tym roku mieliśmy okazję zamienić kilka słów. To była ciekawa rozmowa, wykorzystałem ze dwie wskazówki, które przekazałem Idze. 

Z takich obserwacji czerpie się najwiecej. Wiadomo, że nie oglądam treningów stale, ale jak czekamy, a gra ktoś, na kogo warto popatrzeć, porozmawiać, to jak najbardziej korzystam. Ponadto dostaję też mnóstwo informacji od naszych analityków. Iga rozegrała w tym roku 76 spotkań. Do każdego meczu mieliśmy przemyślaną taktykę. Myślę, że odbiór mojej zawodniczki jest pozytywny w zakresie tego, co otrzymuje, ale to wszystko wymaga myślenia, analizowania.

Czerpię czasem informacje także z internetu, choćby z filmików czy podcastów. Nie mam zbyt wielu mediów społecznościowych, ale siłą rzeczy wchodząc na te, które posiadam, mogę czasem coś ciekawego zobaczyć. 95 procent rzeczy, które widzę, nie jest dla mnie przydatna. Ale z tych pięciu procent można coś zaczerpnąć. Choćby jedno ćwiczenie, które będzie teraz naszym leitmotiwem w rozgrzewkach. 

Czuje pan presję związaną z pracą z najlepszą tenisistką świata?

Odpowiedzialność mam tylko i wyłącznie przed moją zawodniczką. Reszta mnie nie interesuje.

Porozumiał się pan z Igą Świątek co do dalszej współpracy?

Przedłużyliśmy umowę z okresu próbnego na stały etap. Kontynuujemy współpracę i mam nadzieję, że będzie to skutkować jeszcze ciekawymi doświadczeniami i dobrymi wynikami. 

Czy dostrzega pan jakieś nowe trendy w kobiecym tenisie?

Trzy-cztery lata temu wydawało mi się, że idziemy w stronę bardzo fizycznego tenisa, ale jednocześnie coraz lepszego technicznie. Jestem zaskoczony, że znowu do głosu dochodzą dziewczyny, które nie mają do końca kompletnej techniki. Akurat numer dwa na świecie Ons Jabeur ma bardzo ciekawy tenis, numer cztery Caroline Garcia także - gra dużo przy siatce, posiada urozmaicony serwis. Z kolei Jessica Pegula i Coco Gauff to jedna z najlepszych par, ale można zauważyć u nich braki techniczne. 

W przypadku Gauff wszyscy mówią o forhendzie jako jej słabym punkcie.

No właśnie. Iga też w tej chwili nie ma kompletnej techniki. A kilka lat temu wydawało mi się, że jak będziemy w tym momencie kobiecego tenisa, to warunkiem koniecznym będzie kompletna technika. Iga ma za to kilka innych elementów przygotowania tenisowego na poziomie abstrakcyjnie wysokim.

Czyli u Igi też widzi pan potencjał do rozwoju na tym polu?

Tak, chociażby wspomniany slajs i wolej, nad którymi pracujemy. Skrót musi wrócić. Pojęcie "kompletna technika" obejmuje moim zdaniem wszystkie uderzenia. W przypadku Igi ta technika jest już prawie kompletna. Domknięcie techniki może dać kilka punktów w skali całego roku.

To może zaważyć o paru niesamowitych wynikach, które dadzą pewność siebie na kolejne tygodnie. Jeden czy drugi wolej lub slajs mogą być kluczowe z perspektywy pojedynczych meczów czy turniejów. Współczesny sport zbudowany jest na detalach i dosłownie ułamki procentów potrafią dać przewagę na szczycie. 

Więcej o: