Chwalińska dostała owację godną Świątek. A przegrała. "Zostawiłam wszystko"

Maja Chwalińska mocno postraszyła sklasyfikowaną o ponad 100 pozycji wyżej Chorwatkę Petrę Martić, ale sensacji sprawić nie zdołała. Na pocieszenie po trzysetowym pojedynku w drugiej rundzie turnieju WTA w Warszawie musiała wystarczyć jej owacja od kibiców na miarę tej, którą wcześniej dostała Iga Świątek. - Zostawiłam wszystko, co miałam dzisiaj na korcie, więc nie mam sobie nic do zarzucenia - podkreśla będąca 162. rakietą świata tenisistka. Choć widać po niej, że czuje niedosyt.

Maję Chwalińską i Petrę Martić dzieli znacznie więcej niż łączy. Pierwsza jest 10 lat młodsza i niższa o prawie 20 cm. 20-letnia Polka podczas tegorocznego Wimbledonu zaliczyła debiut w głównej drabince wielkoszlemowej rywalizacji. Chorwatka, m.in. ćwierćfinalistka Roland Garros z 2019 roku, po raz pierwszy w zaprezentowała się w niej, gdy jej czwartkowa rywalka miała niespełna 8 lat.

Zobacz wideo Czy Iga Świątek nie lubi, gdy ktoś jej mówi co ma robić? Przypominamy wypowiedź z 2018 roku

Oczywistym było, że to właśnie Martić będzie faworytką i początek spotkania w Warszawie sugerował, że nie będzie miała kłopotów z awansem. Tenisistka z Dąbrowy Górniczej pokazała jednak, że nie należy jej zbyt szybko skreślać. W drugim secie od stanu 1:3 wygrała pięć kolejnych gemów. Ostatecznie paliwa wystarczyło jej do połowy decydującej partii, a całe spotkanie przegrała 3:6, 6:3, 3:6.

Intensywność robi różnicę. Debel na pocieszenie

Wcześniej na korcie centralnym kompleksu Legii wystąpiła Iga Świątek. Mecz największej gwiazdy imprezy obejrzało znacznie więcej widzów niż Chwalińskiej, ale wydaje się, że to na spotkaniu tej drugiej była bardziej żywiołowa atmosfera. Po prawie trzygodzinnym pojedynku 20-latkę - mimo porażki - także żegnała owacja. Gdy przyszła potem do kilku dziennikarzy, to widać było po niej zmęczenie. Potrafiła też już jednak spojrzeć na przebieg pojedynku chłodniejszym okiem.

- Zostawiłam wszystko, co miałam dzisiaj na korcie, więc nie mam sobie nic do zarzucenia. Wiem, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby ten mecz wygrać. Ale po prostu miało być tak, a nie inaczej - podsumowuje.

Właśnie podczas niedawnego Wimbledonu Chwalińska błysnęła, a za efektowny styl gry zebrała pochwały również od zagranicznych dziennikarzy i komentatorów. W Londynie wśród jej "ofiar" była m.in. Czeszka Katerina Siniakova, którą pokonała w pierwszej rundzie turnieju głównego. W drugiej trafiła na Amerykankę Alison Riske. Stoczyła wtedy kolejny trzysetowy pojedynek, ale tym razem bez szczęśliwego zakończenia. Wówczas, tak jak w czwartek w Warszawie, odczuła, gdzie jest największa różnica między nią a zawodniczkami z okolic TOP 50 światowej listy.

- Zdajemy sobie (z trenerem - przyp. red.) sprawę, że dziewczyny grają na wyższej intensywności. Dzisiaj było widać, jak wolno wchodziłam w ten mecz. Tak naprawdę dopiero od połowy drugiego seta zaczęłam czuć się lepiej na korcie. Petra od początku wywierała na mnie presję i byłam ciągle spóźniona. Ale nie ma innej drogi niż grać jak najwięcej takich meczów i przyzwyczajać się do tego - puentuje.

Choć nie pochodzi ze stolicy, to korty Legii dobrze zna i miło jej się kojarzą. Wygrywała już też na nich. Trzy lata temu zwyciężyła w turnieju niższej rangi - ITF. A zadomowiła się na nich znacznie wcześniej.

- Od dziecka lubiłam tu grać, bo odbywały się tu mistrzostwa Polski w różnych kategoriach wiekowych. Na pewno teraz jest więcej osób, przyjemniejsza otoczka. Inaczej się gra, ale zdecydowanie na plus. Szkoda, że zakończyłam już występ w singlu, bo chciałabym zagrać jeszcze przed tą publicznością. Widocznie tak miało być. Mam nadzieję, że w przyszłym roku zajdę w tym turnieju dalej - dodaje.

A na pocieszenie zostanie jej szansa na wygranie tegorocznej edycji w deblu. W piątek w parze z Czeszką Jesiką Maleckovą powalczy o półfinał.

Więcej o: