Kibice w Warszawie zmienili zachowanie na meczu Igi Świątek. Owacja na stojąco

Można było odnieść wrażenie, że dla Igi Świątek mecz 1/8 finału turnieju WTA w Warszawie był pewną formą treningu. Rumunce Gabrieli Lee, o której dzień wcześniej Polka jeszcze nic nie wiedziała, oddała w sumie pięć gemów. Atmosfera na trybunach początkowo też była nieco senna, ale kibice stopniowo się budzili, choć z bardziej żywiołowym dopingiem być może czekają na kolejne spotkania liderki rankingu WTA.

Mecze drugiej rundy w turniejach WTA dla Igi Świątek to chleb powszedni. Dla Gabrieli Lee to swego rodzaju święto i niecodzienna sytuacja. 26-letnia Rumunka na co dzień startuje przeważnie w imprezach znacznie niższej rangi - ITF - a turnieje WTA znała dotychczas przede wszystkim z kwalifikacji lub z co najwyżej pierwszej rundy. Na próżno też szukać jej w głównej drabince wielkoszlemowych zmagań. Niewiele brakowało, by również na kortach Legii do niej nie dotarła. Dostała się do niej bowiem jako tzw. szczęśliwa przegrana.

Zobacz wideo Iga Świątek oceniła swoją najmocniejszą stronę [Wypowiedź z 2018 roku]

Niespełna dobę przed czwartkowym spotkaniem Iga Świątek o Lee nie wiedziała nic. Nie ona jedna, bo zajmująca 146. miejsce w rankingu WTA Rumunka nie jest zbytnio znana osobom śledzącym głównie rywalizację na najwyższym poziomie. Kilka razy pokazała się z dobrej strony, ale były to raczej jednostkowe sytuacje. Zgodnie z przewidywaniami zaś ani razu leworęczna zawodniczka poważniej nie zagroziła faworytce. 

Kibice ożywiali się stopniowo. "Dziewczyna z sąsiedztwa"

Dziennikarzy tenisowych już w środę zaskoczyło zachowanie kibiców zasiadających na trybunach podczas polskiego hitu. Gdy na korcie mierzyły się Iga Świątek z Magdaleną Fręch, to niemal komplet publiczności przeważnie obserwował wymiany w ciszy, a po ich zakończeniu słychać było brawa. Przed dłuższy czas żadnego skandowania, żadnych transparentów. Można było się zastanawiać, czy widzowie mocno wzięli sobie do serca hasła o obowiązującej w tenisie etykiecie, czy też dopiero powoli chłoną tenisową gorączkę. Można było też żartować, że nie chcieli faworyzować żadnej z rodaczek.

W czwartek ten argument odpadł, ale początkowo atmosfera była bardzo podobna. Na mogących pomieścić ponad 4 tysiące trybunach kibiców było nieco mniej, choć wciąż sporo. Pojawiły się też pojedyncze transparenty i biało-czerwone flagi. Można było powiedzieć, że widzowie dopasowali się nieco do tego, co działo się na korcie. Świątek parę razy dała próbkę swoich możliwości. Lee nie miała zaś na dłuższym dystansie może narzędzi, by czarować, ale przy własnym podaniu początkowo wytrwale ciułała kolejne punkty.

Po raz pierwszy kibice ożywili się nieco po przełamaniu raszynianki w secie otwarcia. Przed drugim zaczęli skandować jej imię. Po jakimś czasie słychać też było będące znakiem firmowym 21-latki "Jazda" i "Dawaj Iga" za zachętę, by kończyła już mecz.

Pojedyncze bardziej efektowne zagrania Rumunki też potrafili docenić. Jak wtedy, gdy zaskoczyła Polkę skrótem lub posłała precyzyjnie piłkę wzdłuż linii bocznej. A już naprawdę głośniej zrobiło się dopiero po spotkaniu wygranym przez Świątek 6:3, 6:2. Część widzów nawet pokusiła się o owację na stojąco.

Zanim zaś zawodniczki pojawiły się na korcie przed spotkaniem, to zrobiło się wesoło. Przyczynił się do tego spiker. Opisując Świątek zapewnił, że mimo licznych sukcesów ciesząca się powszechnie sympatią zawodniczka pozostała "normalną dziewczyną z sąsiedztwa". W czwartek pokazała ludzką twarz, bo czasem zdarzały się jej błędy. Ale nie było to nic, co mogłoby niepokoić. Pojedynek ten przypominał bardziej trening, podczas którego świetne zagrania przeplatały się z tymi mniej udanymi.

Trening, który może się przydać przed ćwierćfinałem, bo w nim poprzeczka powinna powędrować już wyżej. Pierwsza rakieta świata zmierzy się z rozstawioną z numerem piątym Francuzką Caroline Garcią. 

Więcej o: