Iga Świątek ma cel dla Polski i nie jest zadowolona z losowania

- Zmieniłam nawierzchnię dwa dni przed turniejem. Cieszę się, że zrobiłam to dość płynnie, choć na pewno przyszłe mecze pokażą, czy uda mi się utrzymać taką dobrą dyspozycję - zaznacza Iga Świątek. Liderka światowego rankingu nie była zachwycona, że już w pierwszej rundzie imprezy WTA w Warszawie trafiła na Magdalenę Fręch. - Mogłabym mieć trochę łatwiejszy mecz, ale wiadomo, dość często miałam udane losowania, więc kiedyś to musi się wyrównać - dodaje tenisistka, która wygrała 6:1, 6:2.

Gdy okazało się, że dwie najwyżej notowane Polki zmierzą się już na otwarcie w turnieju WTA w Warszawie, to jedni zacierali ręce na myśl o hicie, a inni żałowali, że już po pierwszej rundzie jedna z nich będzie musiała opaść. Sensacji nie było - z rywalizacją pożegnała się 82. na światowej liście Magdalena Fręch, która w pierwszym w karierze pojedynku z Igą Świątek ugrała w sumie trzy gemy. Tenisistka z Łodzi okazała się największym pechowcem tej imprezy. Nie ona jedna jednak obawiała się tego pojedynku.

Zobacz wideo „Iga Świątek i Przyjaciele dla Ukrainy". Tak wyglądało wydarzenie

- Zdecydowanie wolałabym trafić na nią na późniejszym etapie. Bo Magda jest groźną przeciwniczką. Pomyślałam więc, że mogłabym mieć trochę łatwiejszy mecz (na początek - przyp. red.), ale wiadomo, dość często miałam udane losowania, więc kiedyś to musi się wyrównać. Na pewno dla niej to losowanie nie było fortunne, więc trochę przykro, że już w pierwszej rundzie Polka musiała odpaść. Może gdyby ono inaczej wyglądało, to spotkałybyśmy się w półfinale. Ale niestety, nie mamy nad tym kontroli - podsumowuje Świątek.

Wejście na "mączkę" dwa dni przed turniejem. "Granie u siebie jest bardzo wymagające"

Dodaje, że była przygotowana na slajsy i skróty, z których korzysta Fręch. Określiła je jako zdradliwe, ale znalazła na to sposób.

- Na trawie Magda ich używa i buduje sobie tym przewagę. Tutaj faktycznie potrafiłem swoim topspinem je "wyciągać" i mogłam wywierać presję. Jestem zadowolona przede wszystkim z tego, jak skoncentrowana byłam i od początku do końca grałam konsekwentnie - ocenia.

Z jednej strony gra na kortach ziemnych, na których toczy się rywalizacja w Warszawie, to warunki dla niej wymarzone, bo to jej ulubiona nawierzchnia. Są też jednak dwa "ale". Po pierwsze, jakiś czas temu zaczęła przygotowania do powrotu na korty twarde, na których po tym turnieju stale już będzie grać w drugiej części sezonu. Ostatni do środy mecz o stawkę zagrała na początku lipca na wimbledońskiej trawie, a jeszcze w sobotę brała udział w imprezie charytatywnej na rzecz pokrzywdzonych w wojnie na Ukrainie. W zorganizowanym z jej inicjatywy przedsięwzięciu w Tauron Arenie Kraków grano na "betonie".

- Nie miałam wcześniej takiego doświadczenia. Dwa dni przed turniejem przeszłam na tę nawierzchnię. Cieszę się, że zrobiłam to dość płynnie. Choć na pewno przyszłe mecze pokażą, czy faktycznie uda mi się utrzymać taką dobrą dyspozycję - dodaje ostrożniej.

21-latka nie kryje, że spotkania pierwszej rundy zawsze są niełatwe i to niezależnie od turnieju.

- Tutaj jeszcze dochodził czynnik zapełnionych trybun. Kibiców, którzy byli bardzo podekscytowani. Granie u siebie jest bardzo wymagające - przyznaje.

Promocja tenisa Świątek zaczyna przynosić efekty. Odczarować turnieje w Polsce

Od razu jednak też zaznacza, że występ na korcie centralnym był dla niej wielką przyjemnością. Bardzo ucieszyło ją, że aż tylu rodaków okazało się zainteresowanych obejrzeniem meczu tenisowego.

- Mam wrażenie, że na przestrzeni kilku lat to się w Polsce zmieniło. Takim moim drugim celem jest promocja tenisa - Świątek przypomina po raz kolejny o swoich dodatkowych założeniach.

Odpadnięciem w trzeciej rundzie Wimbledonu zakończyła na 37 serię wygranych spotkań. Ustanowiła w ten sposób rekord XXI wieku. W środę licznik został uruchomiony na nowo.

- Bez serii zwycięstw z jednej strony może być tu łatwiej, ale są za to inne rozpraszacze, nad którymi trzeba popracować. Typu granie u siebie, co w przeszłości nie do końca mi wychodziło. Bo właściwie występ w Radomiu (kwietniowy baraż Pucharu Billie Jean King - przyp. red.) to był mój pierwszy udany turniej w Polsce. Nie licząc np. mistrzostw Polski do lat 14, ale to stare czasy (śmiech) Cieszę się, że już mam na tyle dużo umiejętności i zasoby, że mogę być skoncentrowana, by grać swój tenis - podkreśla liderka światowej listy.

Poprzednio w imprezie międzynarodowej w stolicy kraju wystąpiła cztery lata temu. Aż do teraz były to jednak turnieje niższej rangi - ITF. W 2018 roku skreczowała już w pierwszej rundzie. W czwartek o awans do ćwierćfinału zawodów WTA- zagra z Gabrielą Lee.

- Nie znam jej. Będę więc opierać się głównie na tym, co przekaże mi na jej temat trener - przyznaje raszynianka, będąca zdecydowaną faworytką nie tylko spotkania ze 146. w rankingu Rumunką, ale i całego turnieju.

Więcej o: