Emocjonalny rollercoaster Djokovicia. A w rankingu ATP paradoks

Novaka Djokovicia można nie lubić, ale nie można nie doceniać. Serb wygrywając Wimbledon udowodnił raz jeszcze, że jest jednym z największych w historii. Najpierw sam sobie stworzył problemy, a potem zdołał z nich wyjść. Wraca do pościgu za Rafaelem Nadalem, choć paradoksalnie w rankingu będzie najniżej od lat.

Ostatnie dwa sezony w karierze Novaka Djokovicia to emocjonalny rollercoaster. Najpierw był w niebie, potem w piekle, teraz znów wraca do nieba. Serb zaczął poprzedni rok od wygrania trzech turniejów wielkoszlemowych z rzędu: Australian Open, Roland Garros i Wimbledonu. Nie zatrzymał go nawet Rafael Nadal w Paryżu. Po Wimbledonie jednak wszystko się odwróciło.

Zobacz wideo "Djoković jest największym sportowcem w naszym kraju. Wszyscy jesteśmy po jego stronie"

Zjazd Djokovicia 

Najpierw przyszły nieudane dla Djokovicia igrzyska olimpijskie. Z Tokio wrócił nie tylko bez złota, ale w ogóle bez medalu. Chwilę później miał historyczną szansę na zdobycie tzw. Wielkiego Szlema (wygrać cztery turnieje Wielkiego Szlema w jednym sezonie), ale w finale US Open przegrał niespodziewanie z Daniiłem Miedwiediewem. 

Po Nowym Jorku przyszło gigantyczne zamieszanie z występem w Australian Open. Djoković nie został ostatecznie dopuszczony do turnieju w Melbourne z powodu braku szczepienia przeciwko COVID. Australijskie władze uderzyły jeszcze mocniej: zabroniły mu przebywania w kraju powołując się na jego dotychczasowe paranaukowe poglądy i twierdzą, że lider rankingu ATP może samą swoją obecnością wzmacniać nastroje antyszczepionkowe. 

Deportacja

Djoković nie zagrał w Australian Open. Z powodu braku szczepień nie mógł też rywalizować m.in. turniejach Masters w Miami i Indian Wells. Na pierwsze regularne występy w tym roku czekał do wiosennych imprez na kortach ziemnych w Europie. Początkowo szło mu bardzo kiepsko, nie wygrał nawet turnieju rozgrywanego w rodzinnym Belgradzie na kortach należących do jego własnej akademii. W Roland Garros odpadł w ćwierćfinale przegrywając wyraźnie z Rafaelem Nadałem, który zemścił się na nim za zeszłoroczną przegraną w Paryżu.

Widać było, że Djokoviciowi brakuje ogrania, że nie czuje tak piłki, jak w poprzednich latach. Wielu podejrzewało też, że mimo iż jest niezwykle silny mentalnie - co nie raz już udowodnił na korcie - to jednak zamieszanie ze szczepieniami i deportacją z Melbourne odbiło się na jego psychice. Mijały kolejne tygodnie, a Serb spadł nie tylko z pozycji numer jeden w rankingu na rzecz Daniiła Miedwiediewa. Przed Wimbledonem pierwszy raz od czterech latach wypadł z top 2, a wyprzedził go też Alexander Zverev

Djoković sam sobie stworzył wiele problemów, które się za nim ciągnęły. Jako jedyny zawodnik z top 100 obok Tennysa Sandgrena nie zdecydował się zaszczepić przeciwko COVID. Od lat jest zwolennikiem teorii paranaukowych, a do głoszenia ich wykorzystuje swoje media społecznościowe. Wielu na jego miejscu mogłoby się załamać po nagonce, jaka spotkała go w związku z deportacją z Australii. Djoković jednak zdołał się odrodzić na Wimbledonie, za co - bez względu na sympatię czy jej brak w stosunku do Serba - należą mu się wielkie brawa.

Wyszarpał tytuł

Serbski tenisista cierpiał w Londynie. Tylko w dwóch spotkaniach nie stracił ani jednego seta. W ćwierćfinale z Jannikiem Sinnerem przegrywał już 0:2 w setach. Mimo to za każdym razem był w stanie przechylić szalę na swoją korzyść. Udowodnił, że nie ma przeszkód, jakich nie jest w stanie pokonać, jeśli tylko będzie dopuszczony do rywalizacji. 

Triumf w Wimbledonie to 21. tytuł w karierze Novaka Djokovicia. Serb wraca do pościgu za Rafaelem Nadałem, który wygrywając niedawno w Paryżu sięgnął po 22. tytuł. Za ich plecami jest Roger Federer z 20 tytułami. Szwajcar prawdopodobnie już nigdy nie powiększy kolekcji, bo od roku nie gra w tenisa, a skończył już 40 lat.

Djoković i Nadal są młodsi - odpowiednio 35 i 36 lat - a do tego Serb wydaje się być fizycznie dużo mniej zajechany od Hiszpana. Nadal w półfinale Wimbledonu poddał spotkanie z Nickiem Kyrgiosem. Kilka tygodni temu przyznał, że nie ma kontuzji, a "żyje z kontuzją" i nie wie jak długo tak jeszcze wytrzyma. W obliczu tego wszystkiego Djoković wydaje się być naturalnym kandydatem do pobicia wszelkich rekordów wielkoszlemowych. 

Dwa paradoksy

Jednak mimo wielkiej formy wcale nie jest powiedziane, że Djoković dogoni Nadala jeszcze w tym roku, wygrywając US Open. Akurat w Nowym Jorku zawodnik urodzony w Belgradzie nie dominuje tak, jak np. w Australian Open, gdzie wygrał już 9 razy. Djoković ostatni raz zwyciężył w US Open cztery lata temu, a dwa lata temu został zdyskwalifikowany za trafienie piłką sędziego. 

Jest jeszcze jeden paradoks: mimo zwycięstwa w Wimbledonie w poniedziałek Djoković spadnie z trzeciego na siódme miejsce w rankingu ATP. Dlaczego? Bo w tym roku ATP zdecydowało nie przyznawać punktów za turniej trawiasty rozgrywany w Londynie. To reakcja władz męskiego tenisa na wykluczenie Rosjan i Białorusinów. Djoković traci 2000 punktów za zeszłoroczną wygraną i przez to spadnie w zestawieniu ATP najniżej od sierpnia 2018.

Więcej o: