Cornet wypaliła po meczu z Igą Świątek: "Wariactwo". Nie chciała nawet znać rywalki

- Powtarzałam sobie: "Ktoś wreszcie musi przerwać tę serię, więc dlaczego nie ja?" - opowiada Alize Cornet. Zbliżająca się do końca kariery Francuzka uważa, że kilka czynników złożyło się na to, że wyeliminowała Igę Świątek w trzeciej rundzie Wimbledonu. Po meczu była tym podekscytowana do tego stopnia, że nie chciała wiedzieć, z kim zmierzy się w 1/8 finału. - Dopiero co pokonałam numer jeden. Chciałam się tym nacieszyć przez kilka godzin - tłumaczy z uśmiechem 32-letnia tenisistka.

Od ponad czterech miesięcy trwało poszukiwanie tenisistki, która skutecznie postawi się kroczącej od zwycięstwa do zwycięstwa Idze Świątek. Licznik 21-letniej Polki zatrzymał się na 37 wygranych po porażce z 37. w rankingu WTA Alize Cornet. Przegrała z nią 4:6, 2:6.

Zobacz wideo Tajemnica kortów Wimbledonu. Dlaczego tak bardzo różnią się od innych?

- Jestem bardzo dumna z wygrania tego meczu przeciwko Idze. To, co ona zrobiła w tym roku, jest nieprawdopodobne i nie mogę uwierzyć, że to ja przerwałam jej serię. To niesamowite - zaznacza pochodząca z Nicei zawodniczka.

Cała nadzieja w trawie

Po chwili jednak dodaje, że od kilku dni miała w sobie wiarę, że może tego dokonać. Nie kryje, że nadzieję dawał jej fakt, iż zmierzyła się z liderką światowego rankingu na korcie trawiastym.

- Powtarzałam sobie: "Ktoś wreszcie musi przerwać tę serię, więc dlaczego nie ja?". Pomyślałam, że tu mam na to największą szansę, to trawę Iga chyba lubi najmniej. Jest tak dobra na ziemi i kortach twardych. Wiedziałam, że tu mam małą szansę, by coś zdziałać. Wiedziałam, że muszę zagrać bardzo solidnie. Wydaje mi się, że to właśnie zrobiłam - podsumowuje.

Francuzka właśnie ową wiarę uważa za jeden z kluczowych elementów, dzięki którym była w stanie pokonać faworytkę.

- Miałam ją w sobie od początku. Uważam, że to było bardzo ważne. Inaczej nie masz żadnych szans, stojąc naprzeciwko tego rodzaju zawodniczki - argumentuje.

Ona sama nie ma na koncie spektakularnych sukcesów. W Wielkim Szlemie tylko raz - w tegorocznym Australian Open - dotarła do ćwierćfinału. Już kilka razy jednak pokrzyżowała w tych największych turniejach plany faworytek.

- Nie wiem, co sprawia, że jestem taką zawodniczką. Może jestem nieco bardziej zrelaksowana, kiedy to rywalka jest faworytką. Kiedy nie mam nic do stracenia, to jestem najbardziej niebezpieczna. Uderzam wtedy lepiej z linii końcowej. Nie pojawiają się żadne przeszkadzające myśli w głowie. Jeśli chcesz być taką zawodniczką, to musisz grać swój najlepszy tenis. Nie możesz sobie pozwolić na tracenie energii na cokolwiek innego. Wydaje mi się, że w tym jestem najlepsza - ocenia.

Deja vu przeżywającej drugą młodość Cornet

Przy okazji zwycięstwa nad Świątek u Cornet można mówić o małym deja vu - w 2014 roku również sprawiła niespodziankę, odprawiając w trzeciej rundzie w Londynie liderkę światowego rankingu. Wówczas była nią Amerykanka Serena Williams.

- To wariactwo, bo niemal dokładnie taki sam scenariusz był tu osiem lat temu w meczu przeciwko Serenie. Trzecia runda na korcie nr 1 przeciwko numerowi jeden. Znów to zrobiłam. To fajne uczucie - widzieć, że w wieku 32 lat wciąż jestem na tyle silna - podkreśla.

Doświadczona tenisistka jest już coraz bliżej sportowej emerytury, a w tym sezonie gra jakby zyskała drugą młodość. Zapewnia jednak z uśmiechem, że nie zamierza z tego powodu zmieniać decyzji o planowanym końcu kariery.

- Myślę, że właśnie dlatego, że wiem, iż to prawie koniec, to gram tak dobrze. Daję z siebie wszystko i nie wybiegam za daleko w przyszłość. Może będę grała do przyszłorocznego Roland Garros. Taki jest plan i nie zamierzam wycofywać się z tej decyzji. Porozmawiamy o tym jeszcze w przyszłym sezonie. Zobaczymy, jak będę wyglądać wtedy pod względem mentalnym - zastrzega.

Jeden z dziennikarzy, z którymi rozmawiała po zwycięstwie nad Świątek, chciał porozmawiać z nią o kolejnej przeciwniczce. To mu się jednak nie udało, bo po pierwsze Cornet nie wiedziała, z kim teraz zagra, a po drugie nie chciała wiedzieć.

- Dopiero co pokonałam numer jeden na świecie. Chciałam się tym nacieszyć przez kilka godzin, nie wiedząc, co mnie dalej czeka. Nie wyobrażać sobie od razu tego i opowiadać, że zagram z tą i tą zawodniczką i bla, bla, bla. Nie chciałam tego wówczas wiedzieć. Postanowiłam do niedzieli nie zaglądać na media społecznościowe, bo tam na pewno bym się tego dowiedziała - tłumaczy.

Żartobliwie powiedziała też, że jej metodą na świętowanie cennej wygranej z Polką była wizyta u fizjoterapeuty i dobra kolacja z własnym sztabem szkoleniowym. 

- Bez żadnych szaleństw. Bardzo lubię dzielić się takimi chwilami i cieszyć się tym poczuciem dobrze wykonanej roboty. Musimy jednak też zachować skupienie i wiarę, że mogę zajść jeszcze dalej, a nie tracić zbyt dużo energii na świętowanie. Jeszcze nie. To zostawimy na koniec turnieju. Mogę mieć powody do świętowania, może nawet jeszcze lepsze - deklaruje 32-latka, która powtórzyła teraz swój najlepszy wynik w karierze z Wimbledonu.

Więcej o: