Sokoli wzrok Świątek. A polscy kibice szaleją. Swojski klimat na trybunach

Nerwowe chwile, frustracja, niedokładność i przebłyski gry, jaką kibice pamiętają u Igi Świątek z ostatnich miesięcy. Niełatwy trzysetowy mecz drugiej rundy Wimbledonu był dla liderki światowego rankingu kolejnym etapem niełatwego oswajania się z grą na trawie, a także okazją do popisania się trzykrotnie sokolim wzrokiem.

Iga Świątek zarówno w poprzednim sezonie, jak i w bieżącym powtarzała, że gra na trawie to dla niej wciąż duże wyzwanie. Tym bardziej, że przed tegorocznym Wimbledonem nie rywalizowała w ogóle na tej nawierzchni. Czwartkowy mecz był potwierdzeniem, że nie była to asekuracja, choć można się zastanowić, czy i jaki udział w tym miała nie tylko nawierzchnia, ale i presja związana z mianem liderki światowego rankingu oraz rozpoczęta w drugiej połowie lutego serią zwycięstw, która teraz powiększyła się do 37.

Zobacz wideo Tajemnica kortów Wimbledonu. Dlaczego tak bardzo różnią się od innych?

Luz i czujność Pattinamy Kerkhove, nerwy i złość Świątek

Polka nie może narzekać na losowanie w Londynie. Na początku los zestawił ją z 252. w rankingu WTA Janą Fett. Chorwacka kwalifikantka była idealną rywalką na otwarcie. Wydaje się, że główną przyczyną przejściowych kłopotów w tamtym spotkaniu nie była jednak rywalka, własne trudności. Zajmująca 138. pozycję na światowej liście Lesley Pattinamą Kerkhove, która nigdy nie plasowała się powyżej 135. lokaty, miała być przetarciem numer dwa. Okazała się zaś pierwszą od miesiąca zawodniczką, która wygrała z raszynianką seta.

Hasło "nie mieć nic do stracenia" jest często nadużywanym w świecie sportu frazesem, ale chyba jednak oddaje nastawienie, z jakim na czwartkowy mecz wyszła holenderska "lucky loserka". W głównej drabince Wielkiego Szlema w singlu wystąpiła dopiero po raz czwarty i ani razu nie przeszła drugiej rundy. Znacznie większe doświadczenie 30-letnia tenisistka ma w deblu.

W pojedynku ze Świątek Pattinamą Kerkhove zagrała na luzie, czujnie i nieco szczęśliwie. Kilkakrotnie piłka po jej zagraniu ocierała się o siatkę i lądowała po stronie. Wówczas z trybun słychać było głośne "uuu". Ten sam dźwięk wydała z siebie publiczność, gdy pod koniec piątego gema Polka poślizgnęła się. Po jednym z zagrań po siatce z trybun ktoś krzyknął "Nic się nie stało". Można było się poczuć swojsko, bo potem było też "W górę serca Iga wygra mecz".

Rzeczywiście wygrała, ale łatwo jej to nie przyszło. Były nerwy, zniechęcenie własnymi błędami, złość na samą siebie i wyjście w przerwie do szatni. Wrócił z dawnych czasów zwyczaj zakrywania głowy ręcznikiem podczas przerwy, a po jednej z akcji raszynianka uderzyła się lekko ręką w głowę.

Sokoli wzrok Polki

Po drugim secie grupka dopingująca Holenderkę zerwała się z miejsc w euforii. Ich ulubienica nie zdołała jednak sprawić sensacji i w decydującej partii tylko na początku jeszcze była w stanie stawiać większy opór faworytce. Ta fragmentami grała tak, jak do tego przyzwyczaiła w ostatnich miesiącach i pozostaje tylko czekać, by te momenty znów dominowały. Ostatecznie w czwartek wygrała 6:4, 4:6, 6:3.

Poza satysfakcją z rozstrzygnięcia na swoją korzyść spotkania, który ewidentnie nie układał się po jej myśli, pozostanie jej też dodatkowy powód do radość. Świątek tego dnia popisała się bowiem sokolim wzrokiem. Aż trzykrotnie, gdy zgłaszała challenge, okazywało się, że miała rację.

Więcej o: