"Oddam brata za piłeczkę". Świątek zachwycona: Słowa nie dotrzymał i bardzo dobrze

Iga Świątek zadeklarowała, że zawsze jest chętna do gry w kadrze, ale nie dała gwarancji, że w listopadzie na pewno wystąpi w turnieju finałowym Pucharu Billie Jean King. - Sezon jest długi i wiele się może zdarzyć - zastrzega liderka światowego rankingu tenisistek.

Iga Świątek walnie przyczyniła się do zwycięstwa polskich tenisistek nad Rumunkami 4:0 w barażu Pucharu Billie Jean King w Radomiu. Dzięki temu w listopadzie zagrają w turnieju finałowym. Czy pierwsza rakieta świata będzie wówczas ponownie w składzie biało-czerwonych?

Zobacz wideo Sport Iga Świątek podekscytowana występem w Polsce. "Chcę czerpać energię z trybun"

- Do gry w kadrze zawsze jestem chętna. Sezon jest jednak długi i wiele się może zdarzyć. Na razie jeszcze nie wiem, w jakich turniejach będę grała w drugiej części sezonu. Muszę porozmawiać z moim teamem, by wziąć pod uwagę finały Billie Jean King Cup. Na pewno chcę znów zagrać w reprezentacji - zapewnia 20-latka.

Jej zdaniem sam awans do turnieju finałowego to jeszcze nie granica możliwości Polek. - Od początku naszym celem była gra w finałach. Nie wiem, kto jeszcze tam będzie rywalizować, ale muszę teraz zgłębić temat. Jeśli utrzymamy poziom, grająca teraz bardzo dobrze Magda (Linette - przyp. Sport.pl) również, to możemy zdziałać wiele. W tenisie nie da się nic zapewnić ani przewidzieć, ale sporo się może wydarzyć - zaznacza.

Dawka nowej motywacji

Meczem w Radomiu Świątek wróciła do gry w kadrze po dwóch latach przerwy. Wówczas była na zupełnie innym etapie kariery - wtedy zajmowała 48. miejsce na światowej liście i zaliczano ją do młodych obiecujących zawodniczek. Teraz ma w dorobku triumf w wielkoszlemowym Roland Garros oraz jest liderką rankingu WTA.

- Cieszę się, że wróciłam do drużyny. Mam wrażenie, że teraz miałam mniej czasu do spędzenia z dziewczynami, bo było więcej innych obowiązków. Żałuję, że nie mogłam nadrobić zaległości z Mają Chwalińską czy wyjść na kolację. Wszystkie miałyśmy napięty grafik. Mimo że był to intensywny czas, to nabrałam świeżości. Dostałam dawkę nowej motywacji - twierdzi.

Pierwszego ogromnego wzrostu zainteresowania własną osobą doświadczyła jesienią 2020 roku, gdy zdobyła tytuł wielkoszlemowy na paryskiej "mączce". Druga fala ogromnej popularności pojawiła się niedawno wraz z objęciem miana pierwszej rakiety globu.

- Jest podobnie, ale ja o wiele lepiej się odnajduję obecnie w tej sytuacji. Po Roland Garros wszystko było dla mnie nowe. Teraz już lepiej sobie radzę z tym całym szumem. Dwa lata temu miałam ponad tydzień przerwy i czas na inne rzeczy, a teraz od razu był turniej, więc skoncentrowałam się na tenisie - wspomina Świątek.

Coraz mniej znaków zapytania

Choć wygrała ostatnio 19 meczów z rzędu, to nie ma poczucia, że jest tenisistką, której nikt nie jest w stanie obecnie pokonać.

- Z każdym można wygrać, ale faktycznie zbudowałam wokół siebie pewność i chciałabym to wykorzystać. Jestem w dobrej formie fizycznej. Wiem, że moje ciało i głowa mnie nie zawiodą. Wiem, że mogę przez cały tydzień mieć wysoki poziom koncentracji i dam radę go utrzymać do końca turnieju. To takie rzeczy, które sprawiają, że mam w sobie mniej znaków zapytania. Wiem, że mogę wejść na kort i zagrać to, co na treningach. Chciałabym, by to trwało jak najdłużej, ale z każdym można wygrać - zastrzega.

W Radomiu Świątek nie miała litości dla obu rywalek, którym łącznie oddała zaledwie jednego gema. W piątek pokonała Mihaelę Buzarnescu 6:1, 6:0, a dzień później Andreeę Prisacariu, którą odesłała na popularnym w tenisowym żargonie "rowerze". Pierwotnie w sobotę miała rywalizować z Iriną-Camelią Begu, ale tuż przed meczem dokonano zmiany w obsadzie po rumuńskiej stronie.

- Taktycznie przygotowywałam się wcześniej na mecz z Begu. Spotkałam się z nią już na Wimbledonie i wiem, jak gra. Zmiana przeciwniczek nie jest często spotykana, musiałam się do tego dostosować. Skoncentrowałam się na tenisie i słabszych punktach przeciwniczki - dodaje.

W piątek jeden z kibiców trzymał baner "Oddam brata za piłeczkę" i ta trafiła w jego ręce. - Słowa jednak nie dotrzymał i bardzo dobrze. Kibice są świetni. Staram się zawsze rozdać jak najwięcej autografów - przyznaje.

Potwierdziła też swoje plany na kolejne tygodnie, w których czeka ją zmiana nawierzchni. Po trzech i pół miesiąca zmagań na kortach twardych przeniesie się na ziemne.

- Najpierw Stuttgart, gdzie lecę już w niedzielę. Potem Madryt i Rzym, a następie Roland Garros. Tym razem nie mam zbyt dużo czasu na przestawienie się, ale myślę, że w przypadki mączki przyjdzie mi to dość szybko - zaznaczyła.

Więcej o: