"Napisałam do Igi na Whatsappie: Cześć! Wiem, że trochę późno". I się zaczęło

- Numer do Igi zdobyłam 20 minut przed deadlinem. Napisałam na Whatsappie: "Cześć! Wiem, że już trochę późno, ale czy nie chciałabyś zagrać ze mną debla? Jeśli masz ochotę, daj znać" - mówi Sport.pl Bethanie Mattek-Sands, dziewięciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa i deblowa partnerka Igi Świątek.

Bethanie Mattek-Sands to amerykańska tenisistka, zwyciężczyni dziewięciu turniejów wielkoszlemowych w deblu i mikście oraz mistrzyni olimpijska w mikście. Na korcie wyróżnia się i dobrą grą, i barwnymi strojami. W 2021 r. w parze z Igą Świątek awansowały do finału French Open, ale przegrały z Barborą Krejcikovą i Kateriną Siniakovą 4:6, 2:6.

Zobacz wideo "Iga Świątek uczy się od Mattek-Sands. W przyszłości mogą wygrać jakiegoś szlema"

Jakub Seweryn: Jak trafiłyście na siebie z Igą Świątek?

Bethanie Mattek-Sands: Zabawna historia! Pierwszy raz grałyśmy w Miami, gdzie trzeba było się zgłosić kilka tygodni wcześniej. Tenisistka, z którą miałam grać, wycofała się i było blisko, bym w ogóle nie mogła wystąpić w tym turnieju. Dosłownie na 20-30 minut przed deadlinem przeglądałam ranking zawodniczek i trafiłam na Igę. Pomyślałam sobie: "Cholera, ona gra obecnie naprawdę dobry tenis". Zdobyłam jej numer i napisałam na Whatsappie: "Cześć! Wiem, że już trochę późno, ale czy nie chciałabyś zagrać ze mną debla w Miami? Nie mamy wiele czasu, bo termin zgłoszeń mija za 20 minut, ale jeśli masz ochotę, to daj znać". W Miami osiągnęłyśmy naprawdę dobry wynik – byłyśmy w półfinale i niewiele zabrakło do finału.

Na ostatnim Rolandzie Garrosie był już finał. Dlaczego nie zagracie wspólnie na Wimbledonie?

- Prawdę mówiąc, byłam umówiona z Sanią Mirzą na ten turniej jeszcze przed rozpoczęciem sezonu na kortach ziemnych. Jesteśmy przyjaciółkami, Sania w ogóle odpuściła grę na mączce, a na Wimbledon się umówiłyśmy już na początku roku. Jednak w tenisie zawsze się chce grać z osobą, z którą osiąga się dobre wyniki, dlatego myślę, że jeszcze mnie i Igę razem zobaczycie na korcie. Myślę, że nastąpi to już po sezonie na kortach trawiastych, gdy przeniesiemy się na korty twarde.

W takim razie jaki stawiasz sobie cel?

- Gram z Sanią, która jest jedną z moich najlepszych przyjaciółek w środowisku tenisowym. Znamy się od dawna. Od niedawna jest mamą i dopiero wraca do gry na najwyższym poziomie, ale widzę, że jej forma jest wysoka. Nie mogę się doczekać rozpoczęcia turnieju. Wiem, że będzie trzeba na nowo przyzwyczaić się do gry na trawie, na którą wszyscy wróciliśmy po dłuższej przerwie. Ale mi to odpowiada. Lubię grać agresywnie, do siatki, dlatego czuję, że mogę osiągnąć tu dobry wynik, aczkolwiek już w pierwszej rundzie gramy z parą rozstawioną (Alexą Guarachi i Desiree Krawczyk – red.). Chcę dalej podnosić poziom swojej gry, bo czuję, że w tym sezonie z każdym tygodniem spisuję się lepiej, a także przypomnieć sobie dobrą relację na korcie z Sanią.

Awans Igi Świątek w Wimbledonie. Media nie mają wątpliwości. Awans Igi Świątek w Wimbledonie. Media nie mają wątpliwości. "Nie była w stanie"

Wracając do Igi, od początku można było dostrzec, że dogadujecie się znakomicie. Czy tak jest w rzeczywistości?

- Iga jest wspaniała! Cieszę się, że mogłam ją lepiej poznać. Wcześniej nie znałam jej zbyt dobrze. Przed turniejem w Miami zdarzało mi się ją widywać na kortach czy też oglądać w telewizji w trakcie meczów czy wywiadów, ale dopiero dzięki wspólnej grze udało mi się poznać ją i jej wspaniały zespół. Iga ma świetną mentalność. Jest dość nieśmiała i wycofana, ale potrafi też być bardzo zabawna i sarkastyczna. Przebywanie z nią to przyjemność.

Trudno nie ulec wrażeniu, że na korcie i poza nim jesteście totalnymi przeciwnościami. Ty jesteś ekstrawertyczką, Iga zdecydowanie introwertyczką. A jednak to połączenie przynosi znakomite rezultaty.

- Uważam, że to fantastyczne połączenie. Ja jestem osobą bardzo towarzyską, ona z kolei jest troszeczkę nieśmiała. Nie ukrywam, że zdarza mi się ją wyciągać do selfie czy wideo w mediach społecznościowych. Staram się, żeby kibice również mogli ją lepiej poznać, bo wtedy można zobaczyć, że w rzeczywistości to niezwykle zabawna dziewczyna, choć przed kamerą wygląda na nieśmiałą. To nasze połączenie "ognia" i "lodu" jest świetne dla nas obu. Takie przeciwieństwa, jeśli chodzi o osobowość, często świetnie uzupełniają się na korcie, jak "yin" i "yang". Obie mamy sobie wiele do zaoferowania. Ona daje mi młodzieżową energię oraz emanuje spokojem, ja z kolei jestem bardzo towarzyska, ale przede wszystkim bardzo się wspieramy na korcie. To sprawia, że nasze zgranie jest na naprawdę dobrym poziomie.

Czy to oznacza, że przed waszym deblem wciąż wiele ciekawego czeka w przyszłości?

- Uwierz mi, że tak! Umawiamy się na kolejne turnieje, musimy przecież utrzymać przy życiu nasz hasztag #tektekboom! To świetna sprawa dla nas obu. Uwielbiam grać z osobą, z którą dogaduję się tak dobrze. W deblu to bardzo ważne, aby rozumieć się dobrze na korcie i poza nim. To zawsze pomaga, wystarczy spojrzeć na nasz mecz 1/8 finału w Paryżu (5:7, 6:4, 7:5 z parą Su-Wei Hsieh/Elise Mertens - red.). Takie mecze można odwrócić tylko dzięki znakomitej energii i komunikacji. Dobra energia w zespole jest dla mnie niezwykle ważna, a taką mam z Igą. Z pewnością będziemy rozmawiać o kolejnych wspólnych turniejach.

Sensacja! Dwukrotna triumfatorka Wimbledonu odpadła w I rundzieSensacja! Dwukrotna triumfatorka Wimbledonu odpadła w I rundzie

W Paryżu udało wam się awansować do finału i to był twój pierwszy finał debla po poważnej kontuzji. To samo w sobie jest świetnym wynikiem, ale czy nie towarzyszył wam pewien niedosyt, że tego decydującego spotkania nie udało się wygrać?

- Finał to znakomity wynik, ale jako gracz zawsze chcesz wygrać. W tenisie jest ogromna różnica między pierwszym a drugim. Choć jestem dumna z naszej gry w zwycięskich meczach, bo mogłyśmy odpaść dużo wcześniej, to jednak musimy raz jeszcze zagrać razem w Paryżu, aby sprawdzić, czy możemy zajść o ten jeden krok dalej.

Jesteście z Igą zupełnie różnymi tenisistkami nie tylko, jeśli chodzi o osobowość, ale też o styl gry.

- Iga wnosi wiele świeżej, pozytywnej energii. Jej oba uderzenia – forhend i bekhend – są znakomite, tak samo jak poruszanie się po korcie. Najlepiej czuje się na mączce, ale myślę, że jest dobrą tenisistką na wszystkich nawierzchniach. Potrafi grać w każdej części kortu, uwielbiam patrzeć na zawodniczki, które mają tak szeroki repertuar zagrań – potrafią grać przy siatce, uderzać wolejem, grać "serve & volley", jak również radzą sobie w grze zza linii końcowej. Iga ma wszystko i jest dla mnie inspiracją, abym sama używała jak najwięcej uderzeń na korcie. Iga ma też znakomitą mentalność, jest wzorową profesjonalistką i robi wszystko, co powinna, aby się rozwijać, a jednocześnie potrafi zachować odpowiedni balans pomiędzy tym, co na korcie, a tym, co poza nim. Mimo że jest dużo młodsza ode mnie, wciąż są rzeczy, których mogę się od niej uczyć.

Czy widzisz, że Iga wykorzystuje już uderzenia z gry deblowej w swoich meczach singlowych?

- Tak, byłam na kilku meczach Igi na French Open i widziałam, że tak rzeczywiście jest. Być może nie jest to nic niezwykłego dla zawodniczek, które łączą grę w singlu i deblu. Ta różnica jest w returnie i wyborze miejsc zagrania piłki czy grze kątowej. Dobiegasz się także dużo szybciej do krótszych piłek, ponieważ w deblu zawsze starasz się dojść do siatki i grać agresywnie. Iga już teraz radzi sobie świetnie zza linii końcowej, ale dzięki grze w deblu coraz częściej wybiera się do siatki, dobiega do krótszych piłek i gra wolejem, czując się przy tym komfortowo. Każdy zawodnik jest w stanie wiele się nauczyć, łącząc grę w singlu i w deblu.

Iga Świątek po wygranym meczu z Su-Wei Hsieh w pierwszej rundzie WimbledonuTrener Igi Świątek pod wrażeniem. Aż zacytował "Siarę" Siarzewskiego

A udało ci się spełnić obietnicę i zabrać Igę na zakupy?

- Nie miałyśmy okazji, bo noc po ostatnim meczu Iga wracała do Polski. Ale nie odpuszczę jej, obiecała mi to! Musimy pójść na zakupy, wybiorę jej wtedy odpowiednie ciuchy. Uwielbiam to robić z przyjaciółmi. Być może uda się to nam już w Londynie, być może jak polecimy do Stanów. Mam swoje ulubione sklepy w Nowym Jorku. Gwarantuję, że to zrobimy i na pewno uwiecznię to na wideo.

Czy moda jest twoją pasją? Biorąc pod uwagę twoje stroje na meczach, jestem w stanie się o to założyć.

- Kocham modę! Co więcej, sama potrafię projektować sobie ubrania. Moje meczowe stroje projektowałam sama, ale projektuję nie tylko na kort. Ważne jest dla mnie, by być tą samą dziewczyną i na korcie, i poza nim. Zawsze chciałam też się wyróżniać od innych, dlatego moje stroje były kolorowe i rzucały się w oczy. W ten sposób przedstawiam światu swoją osobowość.

Jest jeden strój, o który muszę cię zapytać. W 2005 r. w trakcie US Open wyszłaś na kort w kowbojskim kapeluszu.

- Haha, to było tak dawno temu! Muszę przyznać się, że miało to związek z moim byłym chłopakiem. Raz to zrobiłam i nigdy tego nie powtórzyłam, to było szalone! Lubię jednak próbować czegoś nowego, masz tu tego potwierdzenie.

Czy masz jakiś ulubiony strój, w którym wyszłaś na kort? Czy jest taki, który ma dla ciebie specjalne znaczenie?

- Myślę, że będzie to strój w kolorach amerykańskich barw narodowych, który miałam na sobie w trakcie jednego z turniejów miksta na US Open kilka lat temu. Najtrudniej jest pod tym względem na Wimbledonie, bo tu trzeba być zawsze ubranym na biało, a ja uwielbiam kolorowe stroje.

Iga ŚwiątekTrójka Polaków przed szansą na ogromne pieniądze! Ile można wygrać w Wimbledonie?

Przed nami Wimbledon. Czy uważasz, że Iga Świątek jest w stanie powalczyć o czymś więcej na tym turnieju? Ona sama przyznaje, że nie czuje się najlepiej na trawie, co widzieliśmy też w Eastbourne.

- Trawa jest dla nas najtrudniejszą nawierzchnią, bo nie mamy okazji trenować na niej zbyt wiele. Czasami na pierwszym turnieju jedni od razu czują się dobrze, a inni potrzebują czasu, żeby się przyzwyczaić. Na Wimbledonie są najlepsze korty trawiaste, a wiemy, że Iga świetnie sobie radzi na największych turniejach i myślę, że sobie poradzi. Wygrała juniorski Wimbledon, więc potrafi wygrywać na trawie. Nie powinna tylko  nakładać na siebie dodatkowej presji. Lubię jej mentalność i wiem, że do tego turnieju przygotowywała się tak samo, jak do turniejów na mączce. Tak powinno się robić. Trawa potrafi być zdradliwa. Czasem możesz mieć szczęście, gdy jest gorąco i trawa jest sucha, ale chociażby teraz w Londynie jest dość mokro i ślisko. Jednak z tym wszyscy zawodnicy muszą sobie radzić i ten, kto jest mentalnie najsilniejszy, poradzi sobie najlepiej. A Iga jest pod tym względem bardzo silna, dlatego uważam, że nie ma co w ogóle patrzeć na to, jak radziła sobie w Eastbourne.

Wspomniałaś, że bardzo lubisz grać na trawie, ale spojrzałem na twoje zwycięstwa wielkoszlemowe w deblu i mikście. Łącznie jest ich dziewięć, ale do kompletu brakuje ci zwycięstwa właśnie na Wimbledonie.

- Zauważyłeś to! Nie ukrywam, że to dla mnie największe wyzwanie. Trochę mi tego trofeum brakuje, ale wiem, że muszę się koncentrować tylko i wyłącznie na każdym kolejnym spotkaniu. Trzeba wygrać sześć meczów, aby dotknąć tego pucharu i wiem, że czeka mnie wiele pracy, aby uzupełnić nim gablotę.

Czyli będziesz grać do skutku, aż wygrasz ten Wimbledon?

- Jestem naprawdę uparta! Niewykluczone, że za 10–12 lat znów będziemy rozmawiać, a ja wciąż będę starała się wygrać Wimbledon. Oby jednak udało się to nieco wcześniej. Wierzę, że tak się stanie.

Masz też złe wspomnienia z tych kortów. W 2017 r., w meczu z Sorana Cirsteą, doznałaś bardzo poważnej kontuzji kolana – zerwałaś więzadło rzepki. Jak ta kontuzja na ciebie wpłynęła?

- Ten moment widziały na żywo miliony widzów. To był dla mnie ogromny cios. Z Lucie Safarovą właśnie wygrałyśmy French Open, byłyśmy najwyżej sklasyfikowaną parą w światowym rankingu, a w singlu udało mi się pokonać w Paryżu Petrę Kvitovą. Czułam, że jestem w gazie, a w jednej chwili to wszystko uległo diametralnej zmianie.

Dzięki temu nauczyłam się wiele o samej sobie, zmieniłam nastawienie, zaczęłam patrzeć na wszystko z nieco innej perspektywy. Musiałam na siebie uważać, ale i spędzałam wiele czasu z rodziną i przyjaciółmi, a także występowałam w telewizji. Nie ukrywam, że jest to coś, co chciałabym robić po karierze. Wykorzystałam ten trudny czas, ale muszę powiedzieć jedno. Od początku wiedziałam, że wrócę do gry na wysokim poziomie, choćby to miała być ostatnia rzecz w moim życiu.

 

I to ci się udało. Ledwie rok później triumfowałaś w mikście na US Open.

- To był dla mnie wyjątkowy, niezwykle emocjonalny moment. Cała ta podróż była emocjonalna. Pamiętam pierwszy wygrany mecz po kontuzji, to było w Charleston. Po ostatniej piłce emocje wzięły górę, ale to wszystko budowało moją wewnętrzną siłę i mentalność. Zwycięstwo na US Open było dla mnie pokazem mojej siły. Powrót do najwyższej dyspozycji po kontuzji był moim wielkim celem i to mi się udało. Cieszę się, że obecnie czuje się naprawdę dobrze i moja forma pozwala mi walczyć na najwyższym poziomie.

Iga Świątek i Hubert Hurkacz, Australian Open 2020Rankingi WTA i ATP. Iga Świątek utrzymała pozycję. Spadek Huberta Hurkacza

Koncentrujesz się już głównie na deblu? Bo różnica w rankingach – singlowym i deblowym – chyba mocno utrudnia ci łączenie gry pojedynczej i podwójnej.

- Tak, to prawda, ale wciąż przygotowuję się do tego, aby w pewnym momencie być w pełni gotową również do rywalizacji singlowej. W ramach treningów gram mecze singlowe i gdy tylko będzie to możliwe – na jakichś mniejszych turniejach i pomiędzy turniejami deblowymi – postaram się wrócić do gry pojedynczej. Teraz jednak skupiam się na deblu.

Jak sądzisz, dlaczego rywalizacja w deblu i mikście nie jest tak popularna, jak gra pojedyncza?

- Niedawno się nad tym zastanawiałam i nawet rozmawiałam o tym z moim partnerem w mikście. To tak naprawdę inny tenis niż gra pojedyncza. W deblu trzeba być zgranym z partnerem, sporą wagę przyłożyć do odpowiedniej komunikacji, a strategia gry jest zupełnie inna. Jako osoba, która uwielbia grę w deblu, uważam, że jest to świetna rozrywka, bardzo emocjonująca. Sama gra różni się znacznie od singla – wystarczy spojrzeć na fragmenty meczów na Youtube. Jest na czym zawiesić oko.

Grając debla, zdobywa się lepsze czucie kortu. Gra się na zupełnie innym korcie, masz przeciwnika przy siatce, gra jest dużo szybsza. Nie możesz returnować przez środek, jak to się robi w singlu, od razu trzeba szukać kierunku. Sama po sobie wiem, że po grze w singlu nie jest łatwo przestawić się od razu na debla. Dzięki deblowi można jednak rozwinąć swoją grę. Osobiście lubię grać w parze z singlistami, bo oni często lubią grać spod linii końcowej, jak chociażby Iga, a ja najlepiej czuję się przy siatce. Taki duet naprawdę ciężko pokonać.

Za miesiąc igrzyska. Masz na koncie złoto z Rio, które wywalczyłaś w mikście z Jackiem Sockiem. Wybierasz się do Japonii?

- To mój wielki cel. Stany Zjednoczone jeszcze nie ogłosiły drużyny, ale czuję, że powinnam się w niej znaleźć. Na igrzyska można zabrać cztery singlistki i dwie deblistki, a w tym momencie jestem drugą najwyżej sklasyfikowaną deblistką w kraju.

Czy turniej olimpijski w jakiś sposób różni się od turniejów wielkoszlemowych?

- Na samym korcie większej różnicy nie ma, ale cała otoczka jest zupełnie inna. Igrzyska rozgrywane są co cztery lata, jest się otoczonym różnymi sportowcami z całego świata, a rywalizacja jest w pewnym sensie drużynowa, bo zdobywa się laury dla swojego kraju. Igrzyska w Rio były moimi pierwszymi, zdobyłam na nich złoty medal, więc trudno było o lepszy wynik, ale z Sockiem graliśmy w finale z inną amerykańską parą (Venus Williams – Rajeev Ram – red). W ten sposób już wtedy wiedzieliśmy, że zdobędziemy złoto i srebro dla Stanów Zjednoczonych. Słyszeć hymn narodowy na igrzyskach było jednak wyjątkowym przeżyciem. To coś, czego nie ma na turniejach wielkoszlemowych. To nowe doświadczenie, szczególne pod względem patriotycznym. Kocham swój kraj, uwielbiam grać dla Stanów, reprezentować kraj na Pucharze Federacji i na co dzień. Pod tym względem igrzyska są szczególne, dlatego bardzo zależy mi, aby pojechać do Tokio.

Iga w Tokio będzie grała i w singlu, i w mikście z Łukaszem Kubotem. Co możesz jej doradzić jako mistrzyni olimpijska?

- Mikst to przede wszystkim znakomita zabawa. Gra w parze z mężczyzną zawsze sprawiała mi dużo radości. Trzeba pamiętać, że nie ma wielu okazji do gry w mikście, tego też nie trenuje się zbyt wiele. Dlatego ważne, aby grać swoją grę i czerpać z tego radość. Czasami zawodnicy są zdezorientowani i nie wiedzą, co mają robić na korcie. Z kimkolwiek nie grałam w mikście, zawsze zależało nam, aby grać swoje i cieszyć się tym. To przynosiło bardzo dobre efekty. Z Jackiem Sockiem graliśmy po raz pierwszy w Rio i od razu zdobyliśmy złoto. W deblu dobra relacja pomiędzy zawodnikami jest ważniejsza od jakichkolwiek rankingów. Właśnie to przynosi zwycięstwa. W mikście najważniejsze jest cieszyć się grą i nie żałować faceta po drugiej stronie siatki. Można w niego śmiało celować, gdy jest przy siatce!

Więcej o: