"Wszystkie zarzuty wobec Igi są bezpodstawne. Wynik w Paryżu nie ma znaczenia"

- Jak powiedziałem, że było 6:0, 6:0, to usłyszałem od Igi: "A, to myślałam, że 6:1, 6:1. W ogóle nie liczyłam punktów". To poziom koncentracji, do którego dążymy - mówi Piotr Sierzputowski w dużej rozmowie ze Sport.pl. Trener Igi Świątek przekonuje, że genialny finał z Karoliną Pliskovą wcale nie był najlepszym występem Igi.

W niedzielę Iga Świątek wygrała finał turnieju WTA 1000 w Rzymie. Po rozbiciu byłej liderki światowego rankingu Karoliny Pliskovej wciąż jeszcze 19-letnia Polka po raz pierwszy w karierze awansowała do Top 10 zestawienia WTA i zajmuje dziewiąte miejsce.

16.05.2021, Rzym, Iga Świątek podczas meczu finałowego w turnieju Italian Open.Oficjalnie: Iga Świątek najwyżej w karierze! Znakomity awans Polki

Od 30 maja Iga będzie rywalizowała w wielkoszlemowym Rolandzie Garrosie. W ubiegłym roku wygrała ten turniej. A teraz w Rzymie pokazała, że staje się ekspertką od gry na mączce.

Zobacz wideo "Iga Świątek w przyszłości może być nazywana królową mączki"

Łukasz Jachimiak: 6:0, 6:0 w finale z byłą liderką światowego rankingu - co to było? Czy przed finałem widziałeś, że Iga jest w niesamowitym gazie i może zrobić coś takiego?

Piotr Sierzputowski: Takich rzeczy nie da się przewidzieć. Oczywiście Iga bardzo dobrze zagrała, ale myślę, że po drugiej stronie siatki nie było zbyt dużo oporu. Pliskova powiedziała po meczu, że musiały się nałożyć dwie rzeczy - Iga musiała zagrać bardzo dobrze, a ona bardzo słabo. Właśnie tak było.

Kiedy rozmawialiśmy przed wejściem Igi na mączkę, to zaskoczyłeś, mówiąc, że ona w tym roku zagrała tylko dwa naprawdę rewelacyjne mecze. Teraz do półfinału z Adelajdy z Jil Teichmann i finału stamtąd z Belindą Bencić musisz dodać finał z Pliskovą.

- Jakościowo nie.

Nie?

- To był bardzo dobry mecz i super, że Iga wytrzymała go tak od początku do końca. Natomiast rywalka się nie postawiła. Na ten mecz Igi złego słowa nie można powiedzieć, ale - jak już powiedziałem - należy zauważyć, że nie została mocno sprawdzona.

Ty byś chciał, żeby Iga straciła nie 13 punktów, tylko trzy (w punktach było 51:13)?

- Chodzi o to, że Iga mogłaby stracić nawet 30 punktów, ale w momencie kiedy Karolina zagrałaby to spotkanie lepiej i Iga byłaby zmuszona grać poziom wyżej, mogłoby to zaowocować dużo lepszym widowiskiem dla kibiców, szczególnie przeciwniczki. Oczywiście to jest wchodzenie w szczegóły. A mecz jak najbardziej można zaliczyć do bardzo dobrych, do najlepszych, jakie Iga rozegrała w tym sezonie. Ale to nie był tak znakomity mecz jak z Bencić. W finale w Adelajdzie Bencić grała bardzo dobrze, wyciągała swoje najlepsze narzędzia i to był dzień, w którym umiała ich używać, akcje jej wychodziły. Ale Iga to wszystko umiała neutralizować, grała wspaniale, miała idealny dzień. Natomiast z Karoliną to było tak, że wszyscy wiemy, że na przykład ona umie bardzo dobrze serwować, a w finale z Igą nawet ten serwis jej zupełnie nie wychodził. Naprawdę na bardzo dobry dzień Igi nałożył się bardzo słaby Karoliny.

Fibak o Świątek: Niektórym nie podoba się to, co mówię. Ale co mam mówić?Fibak o Świątek: Niektórym nie podoba się to, co mówię. Ale co mam mówić?

Nie masz wrażenia, że Iga wygrałaby ten finał, nawet gdyby Pliskova miała najlepszy dzień w życiu? Wydaje mi się, że Igę niesamowicie zbudowało to, że wyszła z piekła meczu z Krejcikovą w trzeciej rundzie. I od tego momentu szła po tytuł coraz mocniejsza.

- Na pewno meczem z Krejcikovą można się było pożegnać z turniejem. Super, że Iga to wyciągnęła, że obroniła piłki meczowe i wyszła z tego obronną ręką. Ale nie powiedziałbym, że to się od tego momentu tak bardzo rozpędziło. W finale Iga miała taki zestaw umiejętności, który wpływa na to, że przeciwniczka została całkowicie zneutralizowana i z drugiej strony Karolina nie miała zestawu umiejętności, żeby zneutralizować Igę. Myślę, że Karolina na wolniejszych nawierzchniach zawsze będzie miała z Igą spory problem. Jest kilka takich zawodniczek, z którymi Idze gra się wyjątkowo dobrze. I tak samo Iga ma takie przeciwniczki, które mimo że jakościowo są sporo słabsze, to będą sprawiały dużo problemów.

Po meczu z Krejcikovą pisałem ci, że chcę z tobą porozmawiać o tym, jak w Rzymie hartuje się stal. Czułem, że ten turniej będzie dla Igi cenny właśnie pod tym względem - że jej nie idzie, że momentami gra brzydko, a mimo to wygrywa. Skoro Iga dostała i to, i na koniec tytuł, to chyba za wami najcenniejszy turniej w jej karierze?

- Zawsze miło jest wygrywać, jasne. Ale ważne, żeby mieć jak najwięcej takich meczów, które hartują. Trzeba szukać możliwości wygrania, gdy się gra kiepsko. Jeśli wtedy znajdujesz rozwiązanie i idziesz do przodu, to zyskujesz najwięcej. Fajną miałem dyskusję z jednym z trenerów. Przekonał mnie, że zwycięzca zawsze jest zwycięzcą i nikt go nie rozlicza. Mecze Igi z pierwszych rund w Rzymie pokazały, że nie zawsze musi wszystko iść, a możemy się przesuwać do przodu. I że mamy prawo się z tego cieszyć, że Iga wygrywa, mimo że nie czuje się komfortowo. Najlepszym przykładem jest Rafael Nadal. To na pewno nie był jego najlepszy turniej, a i tak był to turniej przez niego wygrany. To jest sztuka, to mają najlepsi. I to się wypracowuje latami. Mam nadzieję, że Iga będzie w stanie dojść do takiego poziomu, że niezależnie od tego jak się czuje, jaką ma dyspozycję, będzie w stanie wygrywać. W Rzymie pokazała, że idzie w dobrym kierunku.

Bardzo dużo pracy kosztowało was, cały sztab, takie poprowadzenie Igi, aby po męczeniu się w trzech pierwszych rundach zrobiła taki skok jakościowy na ćwierćfinał, półfinał i finał? Albo inaczej: co konkretnie robiliście po tych słabszych meczach? Czy Iga miała momenty zwątpienia?

- Nie robiliśmy nic specjalnego. Nic innego niż to, co na co dzień w naszej pracy. A zawodnik zawsze wątpi, gdy mu nie idzie tak, jakby chciał. Wtedy po prostu trzeba zaufać procesowi. Czyli temu wszystkiemu, co się robi codziennie. To nie jest proste. Ale jeżeli pewne elementy wychodzą, kiedy nie ma meczowego obciążenia, jeżeli ciągle się je trenuje i poprawia, to one w końcu zaczną wychodzić i w meczach, gdy jest obciążenie w postaci stresu i zmęczenia. Trzeba cierpliwości. Im bardziej człowiek zaczyna się rozluźniać, im mniej o tym myśli, tym lepiej zaczyna to wychodzić. Nie ma prostej recepty, jak to osiągnąć. Trzeba się przebijać aż się uda. Po każdym meczu mieliśmy krótką rozmowę. Później normalnie trenowaliśmy, przygotowywaliśmy się do następnego meczu. Mamy swoje rutyny. Iga wychodziła na następne spotkania i grała coraz lepiej.

Aż osiągnęła taki stan, że po finale pytała cię, jaki właściwie był wynik.

- Potwierdzam! Iga zapytała, jaki był wynik i która jest godzina. Czyli, ile wygrała i ile trwał mecz. Jak powiedziałem, że było 6:0, 6:0, to usłyszałem: "A, to myślałam, że 6:1, 6:1. W ogóle nie liczyłam punktów". To jest właśnie taki poziom koncentracji, do którego się dąży. Tu znów się odwołam do Rafy Nadala. Może on akurat zawsze wie, jaki jest wynik, ale zawsze, niezależnie od wyniku, walczy tak samo. Chodzi o to, żeby cały czas mieć w sobie taką samą, maksymalną chęć do walki. Żeby do końca dawać z siebie wszystko.

Iga mówiła gdzieś w anglojęzycznych mediach, że początkowo trochę się wkurzyła, kiedy się dowiedziała, że w sobotę musi zagrać ćwierćfinał i półfinał. Ale że szybko sobie z tym poradziła, ograniczając swoje oczekiwania. To był kluczowy moment dla późniejszego sukcesu?

- Inaczej się podchodzi do meczu, jak się nie ma oczekiwań. A człowiek, który wychodzi na drugi mecz danego dnia, który czuje, że już dwie godziny z siebie wypompował, wielkich oczekiwań nie ma. Iga naprawdę się wypompowała, bo mecz ze Switoliną nie był łatwy. A do tego jeszcze zagrała rozgrzewkę i jeszcze pół godziny wcześniej się przygotowywała do wyjścia na kort. Czyli była w robocie jakieś trzy i pół godziny, miała odrobinę odpoczynku i z obolałym ciałem, które już trochę odmawiało posłuszeństwa, musiała się znowu rozgrzać i znowu pójść do roboty. Wtedy zrzuciła z siebie ciężar oczekiwań. Poszła grać na luzie. Pod koniec półfinału z Gauff byłem zaniepokojony, bo widziałem, że po ponad pięciu godzinach pracy Idze naprawdę zaczyna brakować prądu. Wynik to odzwierciedlał. Z 5:1 zaczęło się troszeczkę odwracać. Ale wtedy Iga znalazła narzędzia, dzięki którym się odblokowała. Zagrała mądrzej, skuteczniej i dokończyła mecz zwycięsko. Nie zaczęła myśleć, że jest zmęczona i już jej nie wychodzi. A naprawdę w tamtym momencie łatwo byłoby się tak zafiksować.

Czyli w sobotę między godziną 11.00 a 17.45 Iga spędziła na korcie nie 3 godziny i 24 minuty, jak pokazuje zsumowany czas jej meczów ze Switoliną i Gauff, tylko ponad pięć godzin?

- Pół godziny rozgrzewki na korcie. Przed nią rozgrzewka ogólna. Też pół godziny. A jeszcze do każdego meczu musi być pobudzenie. Dodaj zajęcia po meczach - to rozciągania i praca manualna Maćka Ryszczuka - i w sumie do tych 3 godzin i 24 minut musisz dodać jeszcze ze dwie godziny. A można też wliczyć rozmowy po meczu i inne rzeczy, które też angażują. Bo nie jest tak, że zaraz po meczu ze Switoliną Iga mogła sobie patrzeć w niebo i odpoczywać.

Jak Iga spędziła czas między meczami? To była głównie praca trenera Ryszczuka z przerwą, żeby Iga coś zjadła?

- Zdecydowanie tak. Ważne było też wyciszenie. Iga poszła do prywatnych fizjoroomów, gdzie mogła w ciszy i spokoju przymknąć oko i odpocząć tyle, ile się dało. Czasu między meczami było bardzo mało. Ale wyszło całkiem nieźle.

Jak poświętowaliście? Z mediów społecznościowych wiemy, że było tiramisu i że Iga zrobiła sobie zdjęcie z Nadalem i z jego udami. Co jeszcze się działo?

- Zdjęcie powstało gdy Iga się rozciągała po finale, a Rafa się rozgrzewał przed. Jeśli chodzi o świętowanie, to tylko poszliśmy na kolację. Czy to w ogóle było świętowanie? No, można to tak nazwać. Cały tydzień musieliśmy być w bańce, więc chętnie z niej wyszliśmy i pojechaliśmy normalnie zjeść do restauracji.

Jaki macie teraz plan? Pewnie przyda się wam dodatkowy tydzień wolnego przed Rolandem Garrosem, którego start przesunięto na 30 maja?

- Na pewno się przyda. Jest to dla nas korzystne.

Kiedy wracacie do pracy?

- W środę, czwartek albo w piątek. Zobaczymy, jak się Iga będzie czuła. Najważniejszym wskaźnikiem jest ona.

Iga Świątek została zapytana o French Open. Iga Świątek została zapytana o French Open. "Dobrze mieć taki problem"

Na stwierdzenie dziennikarza z wtatennis.com, że Iga wygrywając tytuł w Rzymie na pewno nie zmniejszyła presji i oczekiwań przed Rolandem, Iga odpowiedziała krótko: "Dobrze mieć takie problemy, wiesz?". Macie poczucie, że sezon na mączce już wygraliście?

- Myślę, że to jest dobre podsumowanie. Iga sobie i ludziom, którzy ją obserwują, udowodniła, że zeszłoroczny wynik w Paryżu nie był przypadkiem. W tym roku Iga gra na dobrym poziomie, zdobyła dwa tytuły i pokazuje, że wszystkie zarzuty, jakie się wobec niej pojawiały, są całkowicie bezpodstawne. Turniej w Rzymie był maleńkim ukoronowaniem pracy Igi, tego na jakim jest poziomie. A jak jej pójdzie w Paryżu, to już nie ma najmniejszego znaczenia. Dobrze jest, jak dobrze idzie, jak się wygrywa turnieje, ale też wcale nie będzie źle, jeśli Iga nawet do końca roku nie wygra żadnego turnieju, a zrealizujemy swoje cele.

Czyli dzięki wygraniu wielkiego turnieju w Rzymie, do Paryża pojedziecie z mniejszą presją? Trochę po bonus?

- Zgadza się, ale nie powiedziałbym, że po bonus. Każdy turniej traktujemy tak samo, ale wiadomo, że z formą celujemy w Wielkie Szlemy. Im bliżej Wielkich Szlemów, tym wyższa powinna być forma. Ale chodzi o to, żeby jednocześnie nie traktować turniejów wielkoszlemowych nie wiadomo jak. Szczególnie u kobiet, gdzie obronić wyniki jest bardzo trudno. Chociaż uważam, że właśnie wyłania się fajna ekipa, która myślę, że troszeczkę odskoczy całej reszcie. Bardzo bym chciał, żeby Iga była w grupce z tymi dziewczynami.

Wymienisz ich nazwiska?

- Barty, Osaka, Sabalenka, Brady, Muchova. Tę grupkę, z Igą między wymienionymi, można uznać za taką, która - tak się spodziewam - odskoczy od peletonu. Myślę, że ich wyniki będą bardziej stabilne. Ale że jednocześnie nie będzie tu tak monotonnie, jak w tenisie męskim, gdzie właśnie Djoković żartował, że oni, wielka trójka [Djoković, Nadal i Roger Federer] redefiniują Next Gen. To trochę arogancko zabrzmiało, ale Djoković miał sporo racji. Tam kilku młodszych próbuje coś uszczknąć wielkim, ale oni ciągle są najwięksi. A uważam, że odskoczyli reszcie dzięki temu, że jest ich trzech i że się nawzajem napędzają wielką rywalizacją ze sobą. Mam nadzieję, że coś takiego wytworzy się u kobiet. Tego brakuje. Kiedyś były Serena Williams i Maria Szarapowa, ale one rywalizowały tylko przez moment. I były tylko dwie. Uważam, że ta grupa musi być ciut większa i stabilna.

Wymieniłeś tyle sław, że na koniec muszę zapytać, jak wam jest z popularnością. Bywa męcząca?

- Ja nie mam popularności, więc mi nie jest ciężko. Idze na pewno jest trochę ciężej. Ale w sumie jesteśmy dużo w podróżach, a poza Polską to naprawdę jesteśmy może nie nierozpoznawalni, ale w maskach i czapkach czy w kapturach łatwiej jest nam przemknąć. Myślę, że czasy pandemii spowalniają i ułatwiają Idze proces stawania się coraz bardziej znaną.

Mediami społecznościowymi cały czas zarządzacie tak, że Iga w nich nie przepada, tylko dajecie jej znać, że ktoś wielki złożył gratulacje i wtedy ona reaguje?

- Tak, ten system działa. I tak musi być, inaczej się tego nie da ogarnąć. Generalnie wszystko nam działa jak trzeba, pracujemy dalej!