Iga Świątek dostała ofertę nie do przebicia. "Była dla nich jedną z wielu, a jest jak Jordan"

- To ucichnie. Bo przyjdzie pierwszy słaby wynik i ja będę musiał być zwolniony - śmieje się Piotr Sierzputowski. Trener Igi Świątek w rozmowie ze Sport.pl mówi o szaleństwie wokół zwyciężczyni wielkoszlemowego Roland Garros, o pieniądzach, o relacjach z Agnieszką Radwańską i o tym, że "Polski Związek Tenisowy nie ma nic do gadania".

Łukasz Jachimiak: "Welcome to the Jungle" - tego utworu Iga Świątek słuchała wychodząc na mecze na Roland Garros. Ty po powrocie do kraju czujesz, że macie właśnie takie welcome to the jungle?

Piotr Sierzputowski: Jest duże zainteresowanie mediów, ale już raz w życiu to mieliśmy.

Nie na taką skalę, bo mówisz pewnie o wygraniu przez Igę juniorskiego Wimbledonu?

- Zgadza się. Wynik był wtedy dużo mniejszy. Z drugiej strony teraz jest pandemia, spotkania trzeba ograniczać. Najbardziej widoczna różnica jest taka, że wtedy Iga się pojawiała w programach i redakcjach sportowych, a teraz i ona, i my, ludzie ze sztabu, bywamy tam, gdzie zwykle są zapraszani tylko politycy. Iga była w "Kropce nad i", ja u redaktora Mazurka w RMF FM. Dzieje się. Ale to ucichnie. Bo zaraz znów zaczniemy wyjeżdżać i nas w kraju nie będzie. Bo przyjdzie pierwszy słaby wynik i ja będę musiał być zwolniony, ha, ha.

Zobacz wideo Trener Igi Świątek: Agnieszka Radwańska miała w swojej karierze pecha

Nie liczysz na duży kredyt zaufania od rodaków?

- Liczę tylko na to, że dalej będziemy robili swoje, że Iga będzie wciąż świetnie pracowała. Jest jeszcze dużo do zrobienia. Iga zna wszystkie moje plany i pomysły, wie dokąd i jak chcemy iść. Wie, jaką mamy strategię krok po kroku i że mam obiekcje do każdego z jej uderzeń, do jej sposobu poruszania się, do wszystkiego.

Nie jesteś łatwym trenerem. Mógłbyś się przecież zgodzić z Matsem Wilanderem, że Iga umie wszystko, że jest inna od wszystkich kobiet itd.

- Ja wiem i mówię Idze, że to, co ona już ma, wystarcza jej, żeby wygrywała. Roland Garros to pokazał. Ale pracy przed nami jeszcze dużo. Bo chcemy, żeby miała dobrą i długą karierę. Oczywiście nie oczekuję od Igi, że będzie grała do 39. roku życia jak Serena Williams. Mam nadzieję, że w najbliższych latach jeszcze ze cztery razy wygra Wielkiego Szlema, nie mówię, że każdego, że zdobędzie medal olimpijski i wygra jakiegoś Mastersa. I nie wykluczam, że po czymś takim powie: "Dziękuję, już mi wystarczy, teraz zajmę się czymś innym". Wtedy powiedziałbym jej "Okej, szerokiej drogi, rób co chcesz, to była fajna kariera". Ale może być i tak, że im dłużej Iga będzie grała, tym większą frajdę będzie jej to sprawiało. Teraz musimy tak pracować, żeby realna była każda opcja.

Chodzi ci po głowie ta pierwsza droga, bo Iga, choć jeszcze bardzo młoda, już ma rozległe horyzonty i trzeba się liczyć z tym, że kiedyś coś wciągnie ją mocniej niż tenis?

- Zgadza się. Chodzi o to, żeby ona miała możliwość wyboru. Żeby mogła z tenisa odejść, ale też żeby mogła w nim być bardzo długo, jeśli zechce. Żeby nie powtórzył się casus Agnieszki Radwańskiej, którą tak bolała stopa, że ona już miała tego bólu dosyć, już z tym nie chciała walczyć. Ja to rozumiem - zasuwa, chce, pracuje, a nie może. Niemoc to najgorsze uczucie dla sportowca. Wiem, że Iga może grać szybciej, mocniej, staranniej niż w Paryżu, ale nie naciskam na nią, żeby to wszystko przyszło już, zaraz. Ona ma swój potencjał uwalniać powoli.

Wiem, że Agnieszka Radwańska kibicowała Idze w trakcie Rolanda, że oglądała jej mecze, ale widzę, że w mediach społecznościowych trwa analiza - czy się lubią, czy dawna mistrzyni gratuluje i jak gratuluje. Można trochę zwariować?

- Sprawa jest jasna: Agnieszka może zazdrościć Idze zwycięstwa w Paryżu, ale jesteśmy absolutnie pewni, że to jest zdrowa, sportowa zazdrość. Lubimy się z Agnieszką i z Dawidem Celtem. Iga to introwertyczka, wcale nie jest tak towarzyska, jak wielu ludzi sobie wyobraża, ale kiedy się dowiaduje, że Aga i Dawid wpadną na jakiś mecz Wielkiego Szlema, że będzie okazja razem zjeść kolację i pogadać, to zawsze się bardzo cieszy. Bo bardzo fajnie nam się spędza razem czas.

Jak to w ogóle było z dozowaniem Idze internetu w jej drodze do tytułu? Niby ograniczaliście ten dostęp, ale na gratulacje Radwańskiej, Roberta Lewandowskiego, Novaka Djokovicia i wielu innych gwiazd jednak Iga odpowiadała.

- Iga wie, że nie może za długo siedzieć w telefonie, bo telefon ją wciągnie. Jak każdego. Ale chcieliśmy, żeby poczuła wsparcie. Iga nas poprosiła, żebyśmy mówili, jeśli pojawi się coś godnego uwagi. Rodowi Laverowi czy Billie Jean King nie można nie odpisać, im trzeba okazać swoją wdzięczność za miłe słowa, bo przecież to dzięki nim mamy tak rozwinięty tenis. Tak samo trzeba dziękować Rafaelowi Nadalowi, Rogerowi Federerowi i Novakowi Djokoviciowi, niezależnie od własnych sympatii. Oni wyciągnęli tenis na piedestał.

Trudno było Idze z tym, że Djoković pogratulował jej zwycięstwa we French Open, a Nadal nie? Wobec tego ona kurtuazyjnie życzyła powodzenia w finale rywalowi swojego idola.

- Na pewno trochę trudne to było. Wiadomo, że Iga od zawsze jest fanką Rafy, ale to było bardzo miłe, że Novak ją docenił. Czemu miałaby nie życzyć mu powodzenia? My nawet naszym przeciwniczkom życzymy powodzenia. Niech walczą z nami, niech mają fun. Choć jest mi bardzo przykro, że akurat w tegorocznym Roland Garros za bardzo funu nie miały, ha, ha.

Co z tym Nadalem? Idze jest ewidentnie przykro, że - jak to ujęła - jeszcze nie dostrzegł potencjału tej relacji.

- Iga do teraz czeka na gratulacje. Ale akademia Rafy je złożyła. Podejrzewam, że to jego wujek napisał. My się trochę z tego śmiejemy. Mówimy: "Iga, trzeba jeszcze 12 razy Rolanda wygrać, żeby Rafa docenił". Dobrze, mamy robotę. A mówiąc serio, rozumiem, dlaczego Iga jest wielką fanką Nadala. To superchłopak. Skromny, świetnie wychowany, każdemu skinie głową, oczko puści, uśmiechnie się, powie cześć. Nigdy nie zachował się jak burak. Z wielkiej trójki Djoković dużo pomaga zawodnikom, nie można powiedzieć, że nie. Roger to jest legenda, jego nie da się nie lubić, ale jego też nie da się tak lubić jak Rafy. Federer nie siedzi tam, gdzie wszyscy zawodnicy, gdzieś znika. A Rafa całe dnie gra z ekipą w chińczyka, siedzi ze wszystkimi i je ten sam ryż co wszyscy. Roger ma swojego kucharza, ten kucharz z mistrzem lata. Takie drobne rzeczy sprawiają, że w oczach innych Rafa jest bardzo ludzki, mimo że na korcie jest maszyną.

Igę ten światek jeszcze trochę onieśmiela?

- Nie. Ona ani trochę nie przejmuje się presją z zewnątrz. Od nikogo. Nie czuła presji mojej, taty, całego społeczeństwa. Sama ma wielkie oczekiwania. I ze sobą musi walczyć. Z nikim innym już nie. Dlatego jest idealną kandydatką na wielkiego sportowca. Ona chce tak bardzo jak nikt inny. I wiem, że się bardzo skupi na tym, żeby swoje oczekiwania spełniać.

Nie widzisz żadnych zagrożeń?

- Nie. Igi nie zachwyca pokazywanie się, błyszczenie, o pieniądze też nie dba. Wiadomo, kiedy ich nie ma, to trzeba się postarać, żeby były. Teraz są i wreszcie pojawił się komfort. Ale kiedy ich nie było, to też Iga nie interesowała się nimi bardziej niż tenisem. Iga w Paryżu dużo zarobiła [za wygranie Roland Garros dostała 1,6 mln euro - red.], ale to się stało przy okazji wygrania ze sobą. Przy okazji pokonania tego, co ją bardzo ograniczało chwilę wcześniej w Stanach.

To były własne oczekiwania?

- Tak. W pewnym momencie Iga powiedziała tam "Trenerze, wymyśl coś". Odpowiedziałem, że mogę jej dawać najróżniejsze wskazówki, ale ona ich nie zrealizuje, bo na korcie nie jest sobą. A nie jest, bo tak bardzo jest pospinana. W Rzymie, w naszym ostatnim turnieju przed Rolandem, już było fajniej, już się lepiej czuła, była rozluźniona. Ale trafiła się jej najgorsza możliwa przeciwniczka. Arantxa Rus pewnie nigdy nie wejdzie do Top 30 rankingu WTA, bo nie ma narzędzi, ale jest charakterna, dużo biega i dużo przebija. A Iga na bardzo wolnych kortach z takimi rywalkami się niecierpliwi, nie radzi sobie w głowie. Na Rolandzie absolutnie by z Rus nie przegrała. Tam byłoby powiedzmy 6:3, 6:1. Bo tam już Iga nie myślała "Ja muszę wygrać każdą akcję, bo przecież ja umiem". Tam potrafiła być opanowana.

Jak długo jeszcze Iga będzie falowała? Bo powtarzacie, że nie będzie tak, że ona już od teraz na zawsze będzie na mistrzowskim poziomie.

- Jeszcze jest bardzo daleko do tego, żebyśmy przed wyjazdem na wielki turniej mogli powiedzieć, że jedziemy wygrywać. Nie, w styczniu na Australian Open pojedziemy grać. Nie ma sensu dziwnie kombinować, trzeba dalej spokojnie robić to, co nam się sprawdza. Po Rzymie tak się zachowaliśmy. Wróciliśmy do Warszawy, trzy razy wyciągnąłem Igę na kort przeciw sparingpartnerowi grającemu tak jak grała Rus, Iga te trzy dni miała bardzo trudne, ale zrozumiała, co musi zrobić. Sama się nauczyła, jak wyjść z takich sytuacji. Ja w sumie nic nie zrobiłem, tylko byłem przy Idze i pokazałem jej drogę. Taka jest moja rola. Cudów nie ma.

Iga ma 19 lat, a ty 28. I chyba wraca temat twojego bardzo młodego jak na trenera wieku?

- Nawet redaktor Mazurek trochę mnie o to zaczepił, chciał wiedzieć jak się odnoszę do takich komentarzy, że jestem za młody.

Ale twój wiek ma też takie plusy, że zostałeś "Ciachem tygodnia" na Pudelku.

- Niestety, stało się. A ja się przy okazji dowiedziałem, kto czyta Pudelka. Wiele osób wysłało mi link.

Iga Świątek po wygraniu Rolanda GarrosaIga Świątek po wygraniu Rolanda Garrosa Fot. Michel Euler / AP

Co sobie myślałeś chwilę wcześniej? Konkretnie wtedy, gdy po wygranym finale Iga biegła do was na trybuny?

- Czułem ulgę. Turniej był dla mnie bardzo stresujący. Jeśli trenerzy mówią, że się nie denerwują, to znaczy, że mają zwalony układ nerwowy, ha, ha. Oczywiście na zewnątrz wyglądam na spokojnego. Bo zawodniczka patrzy i musi czuć, że trener jest opanowany. Szczerze - gdy już Iga wygrała z Kenin i do nas biegła, pomyślałem, że wreszcie będę mógł odespać. Dopiero dwa dni później pomyślałem "Kurde, zrobiliśmy coś fajnego. To jest historyczna rzecz".

Jak ta historia się zaczęła? Pytam o początki waszej współpracy.

- To był 2016 rok. W juniorskim Rolandzie Iga szła z eliminacji i doszła daleko. Mecz o ćwierćfinał wygrała z Kenin, a w ćwierćfinale przegrała z Potapową. Z relacji Tomka Świątka wiem, że trener do niego zadzwonił, poszło na noże i współpraca się skończyła. Wtedy pracowałem w Legii, prowadziłem najlepsze zawodniczki poza Igą. Przyszedł do mnie mój ówczesny szef Artur Bochenek i mówi "Słuchaj, Iga nie ma trenera. Czy chciałbyś pomóc?". Odpowiedziałem szczerze, że nie mam takiego doświadczenia.

Miałeś 24 lata. Bałeś się?

- Trochę tak. Ale oni mnie znali od dawna. Przed dziewczynami z klubu trenowałem swoją siostrę, która jest trzy lata starsza od Igi, czyli dokładnie w wieku siostry Igi. Moja siostra z Agatą rywalizowały. Kiedy powiedziałem, że nie wiem czy dam radę, Artur zapewnił, że będą z tatą Igi szukać trenera, a ja miałem być kimś do pomocy. Miałem z Igą pojechać na turniej, kiedy starszy, doświadczony trener nie będzie chciał albo mógł. Miałem też się zająć sprawami organizacyjnymi, bo to już na tamtym etapie umiałem, to zawsze była moja mocna strona. Kiedy zaczęliśmy pracę, pomagałem szukać trenera. Oceniałem, doradzałem.

Wyszło na to, że raczej odradzałeś.

- Oglądałem treningi, które różni ludzie z Igą prowadzili. Nie wiedziałem, czy mam doświadczenie, żeby pociągnąć taki temat, ale wiedziałem, jak wygląda dobra robota. Zacząłem trenować ludzi już jako 14-latek. W weekendy po 8-10 godzin klepałem jako sparingpartner. Tak sobie zarabiałem. A jako 16-latek byłem już zatrudniony w klubie jako pomocnik trenera. U Igi w końcu zostałem pierwszym trenerem, bo po niecałych trzech miesiącach poszukiwań Tomek z Igą zapytali czy ja jednak nie mógłbym z nią pracować, bo Idze, wtedy jeszcze naprawdę dzieciakowi, zajęcia ze mną się podobają. Jej tacie też się nasza praca podobała, chociaż Tomek miał swoje uwagi.

Jakie?

- Oczekiwał ode mnie trochę cięższej ręki.

Nadal oczekuje?

- Szanuje mój styl. Daję Idze dużo przestrzeni. Potrafię tak ją prowadzić, żeby ona naprawdę chciała być coraz lepsza. Wypracowaliśmy to. Bo nie zawsze Iga chciała. Bywało, że uciekała z treningów.

Wtedy twoja ręka była za ciężka?

- Nie, nigdy nie byłem typem trenera dającego konkretne bury. Jak Iga mnie załamuje, to siedzę kompletnie cicho i widać po mnie, że jestem zły. Jestem gotów się założyć, że ona to widzi z kortu nawet, kiedy siedzę na trybunach w maseczce. Już tyle lat się znamy, że po moich oczach ona to widzi.

W Paryżu widziała?

- Tak, w przegranym półfinale debla.

Wkurzyłeś się, że rzucała rakietą?

- Zachowanie zachowaniem, emocje trudno kontrolować, choć oczywiście nad tym pracujemy. Byłem zły dlatego, że ona głową uciekała do singla. Było 5:2 w pierwszym secie i raptem zaczęły przegrywać, co nie było winą Nicole Melichar. W drugim secie Iga zagrała świetnie, a w trzecim znów zaczęła myśleć nie o tym, o czym powinna.

Wróćmy do tych ucieczek z treningów.

Iga po prostu czuła się zmęczona i wtedy nie chciało jej się pracować. Trzeba sobie jedno powiedzieć wprost: Iga tak naprawdę pracować nie lubi. Ona uwielbia rywalizować. I świetnie! Sportowiec, który woli rywalizację to wzór. Dziś Iga zawsze jest przygotowana, a do tego potrafi się odnaleźć w każdej sytuacji. I zawsze chce się w czymś zmierzyć. Caty McNally, przyjaciółka Igi, też rywalizuje ze swoim trenerem we wszystkim. Dbają o to. Natomiast Iga ma to w naturze.

Jest jak Cristiano Ronaldo, który potrafi się nauczyć nawet nieznanego sobie wcześniej tenisa stołowego, byle tylko odegrać się na kimś, z kim przegrał?

- Albo jak Michael Jordan, który musi wygrać nawet w rzucaniu monetą. Naprawdę nie każdy się z tym rodzi. Jak mówię - da się to wyćwiczyć, ale do pewnego stopnia. A Iga nie pęknie nigdy, nie będzie miękka. Tata robi dla niej wielką robotę od zawsze. Ale zaszczepienie jej czegoś takiego to jest jego ogromna zasługa. I jednocześnie przekazanie bardzo trzeźwego spojrzenia. Tomek od zawsze trzymał Igę w ryzach. "Przegrałaś? Trudno, jutro jest trening". "Wygrałaś? Super, ale jutro jest trening".

Ale ty po finale w Paryżu nie powiedziałeś Idze "Wygrałaś? Super, ale jutro jest trening"?

- Teraz są wakacje. Co innego gdyby zaraz był kolejny turniej, gdyby Roland Garros był grany w normalnym, majowym terminie. Chociaż na pewno z gry na trawie byśmy zrezygnowali.

Po wygraniu Rolanda nie pojechalibyście na Wimbledon? Wtedy na pewno słyszałbyś, że powinieneś zostać zwolniony.

- A Naomi Osaka wygrała US Open, nie przyjechała na French Open i nic się nie stało.

Przecież wiesz, że Osaka nie gra dla kraju tak złaknionego sukcesów.

- Jasne. Na Wimbledon może byśmy pojechali, ale wszystko przed nim byśmy odpuścili. I na Wimbledonie nie miałbym żadnych oczekiwań. Szczerze powiem, że po wielkim sukcesie wolałbym nie pakować Igi w trudne emocje. A sądzę, że wiele by na Wimbledonie nie ugrała. Dla nas na razie najlepszą opcją jest przepracowywanie różnych rzeczy, przygotowywanie się i dopiero granie. Już mi niektórzy zarzucają, że za mało gramy. Chcieliby, żebyśmy jeździli wszędzie, a nie wybierali tylko te turnieje, które według nas można wygrać. A ja powiem tak: jeżeli w ciągu całego sezonu będziemy wybierali i wygrywali tylko cztery Wielkie Szlemy, to co, będzie źle? Iga lubi moje planowanie turniejów. Zawsze zostawia mi decyzję i mówi, że nigdy się nie pomyliłem. Jak na już cztery i pół roku współpracy to chyba niezły wynik?

Czyli będziesz pilnował, żeby z Igi nie zrobiono maszyny do promowania polskiego tenisa? Polski Związek Tenisowy na pewno by tego chciał.

- Ale związek nie ma nic do gadania. Wyłożył może kilka procent pieniędzy, które trzeba było wydać w karierze Igi. Tomek przez lata musiał się męczyć, żeby związać koniec z końcem. Robił to przy pomocy różnych firm, a i tak zawsze było oszczędzanie. Zresztą, nadal nie szastamy pieniędzmi. Zawsze śpimy w tańszych hotelach. Może jak ktoś wygrywa Wielkie Szlemy seriami, to ma swoje przyzwyczajenia i lepiej dla niego, żeby zainwestował w luksus. Igi to na razie nie dotyczy.

Iga ma jakieś swoje przyzwyczajenia, rytuały? Chyba pod tym względem nie przypomina Nadala?

- Iga idzie na luzie. Piosenki na wejście na kort podczas Rolanda nie zmieniała, bo uznała, że to jest dobra rutyna, ale wiem na pewno, że gdyby nagle słuchawki jej przestały działać, to też poszłaby na kort i zagrała to samo. My na tej pewności musimy bazować. Bo doskonale wiemy, że sukces Igi napędzi inne dziewczyny. To jest tak, że jak Amanda Anisimova robiła fajny wynik, to Iga patrzyła i mówiła "Kurde, ja też mogę". Jak Bianca Andreescu, która była dużo słabsza w juniorach, wygrała US Open, to Iga myślała "Jeśli ona może, to przecież ja też mogę". Jak Potapowa robiła wynik, Kostiuk robiła, to Iga powiedziała: "Dobra, ja też robię", bo już wiedziała na pewno, że można. Te młode dziewczyny się nawzajem napędzają. Teraz wiele z nich siedzi w domu i myśli "Kurde, ja też chcę taki tytuł, jaki ma Iga Świątek". I każda z nich właśnie postanawia, że będzie mocniej grała, szybciej biegała, ciężej zasuwała na każdym treningu. Za trzy miesiące one wszystkie przyjdą lepsze. Iga też będzie musiała być lepsza.

Fot. Michel Euler / AP

To kiedy i gdzie wracacie do ciężkiej pracy?

- Najpierw jedziemy na wakacje.

Razem? Po tylu tygodniach spędzonych wspólnie w bańkach antykoronawirusowych w USA i we Francji?

- Początek będzie razem, później osobno. Iga zaprosiła nas na weekend. Mówi: "Trener, przyjedźcie, odpocznijmy chwilę razem, zjedzmy dobrą kolację, w ramach podziękowania ja stawiam, a jak będziecie chcieli pojechać, to sobie pojedziecie". I na pewno pojedziemy. Bogusław Leśnodorski słusznie mi kiedyś powiedział, że zarządzanie relacjami to w sporcie klucz do sukcesu. A my musimy zadbać o to, żeby nie mieć przesytu siebie nawzajem. Przecież ja ze swoją dziewczyną nie spędzam połowy czasu, który spędzam z Igą. Taka jest ta praca. I my musimy tak się dogadywać, żeby będąc razem, mieć luz i swoją przestrzeń. Musimy czuć się komfortowo, bo inaczej wyników nie będzie. Teraz mamy więc całkowicie wolne od tenisa do końca tygodnia i trochę wolne od siebie nawzajem. A później prawdopodobnie polecimy do Austrii na badania.

Dlaczego do Austrii?

- Gdybyśmy chcieli takie zorganizować w Polsce, musielibyśmy jeździć po całym kraju, bo nie mamy jednego laboratorium z całą aparaturą potrzebną do sprawdzenia wszystkich parametrów sportowca. Zaoszczędzimy masę czasu i pieniędzy. I jeszcze Iga w trakcie takich tygodniowych badań będzie odpoczywać. A później chcemy, żeby Iga przetestowała rakiety. Wiadomo, że gra bez sponsora, nie ma znaczka na naciągu. Iga potestuje sprzęt w Nicei. Tam jeszcze pogoda jest niezła, więc z tydzień pogra. To będzie wstęp do okresu przygotowawczego. Po nim wrócimy na krótkie, dwu-trzydniowe zresetowanie głowy i polecimy do Dubaju albo do Dohy. Muszę podjąć decyzję, na razie jestem bliżej wybrania Dubaju. Tam jest drogie jedzenie, bo obiad kosztuje 100 złotych za osobę, ale w hotelach śpimy za tyle samo, co w Polsce, a na miejscu nam ze wszystkim pomagają. Piłki załatwiają, są na każde zawołanie. A teraz, po Rolandzie, będzie nam pewnie jeszcze łatwiej.

Producenci sprzętu już ustawiają się do Igi w kolejce?

- Z rakietami nie ma aż takich wyścigów, jakie są ze strojami. Ale tu Iga ma jasną sytuację. Związała się z firmą Asics i jest bardzo zadowolona. Natomiast Nike pewnie pluje sobie w brodę. Ludzie stamtąd za późno Igę docenili. Jak ona podjęła decyzję, że już dłużej nie chce tej współpracy, to zrobili ofertę nie do przebicia przez absolutnie żadną firmę. Finansowo Iga wyszłaby lepiej na zostaniu z Nike. Ale chciała czuć się doceniona, chciała czuć się wyjątkowo, więc przeszła do Asics. Nike nie chciał na przykład ubierać sztabu Igi. Dla nich to grosze, a dla Igi to była ważna sprawa. W Nike Iga była jedną z wielu.

Jak reprezentacja Polski wśród piłkarskich reprezentacji z całego świata ubieranych przez tego giganta.

- Dokładnie o to chodzi. A teraz Iga jest szczęśliwa, a Asics przeszczęśliwe, bo firma ma pierwszego tenisistę, który ubrany w ich produkty od stóp do głów wygrał Wielkiego Szlema. Prezes dzwoni z gratulacjami, załatwia wszystko od ręki. Iga jest dla nich perełką. Tak samo dla Leksusa. Ta firma niedawno podpisała z Igą oficjalny kontrakt, ale pomagała nam od dawna. Z prezesem Jackiem Pawlakiem znam się od lat, uczyłem go grać w tenisa, a on zawsze był pomocny. "Potrzebujecie samochód i benzynę, żeby jechać do Czech? Macie, jeźdzcie" - wiele razy to słyszeliśmy. A teraz z kontraktem trafili idealnie. I super. Takich partnerów się docenia. Bo to nie tylko biznes. To trochę rodzina. Trudno o takie relacje w świecie, w którym każdy kolejny kontrakt jest coraz wyższy i jest coraz więcej oczekiwań co do wywiązywania się z obowiązków sponsorskich. My właśnie wchodzimy w ten moment. Widać to choćby bo liczbie followersów Igi na Twitterze czy Instagramie kilkanaście dni temu i teraz. Na szczęście przeliczać to na pieniądze musi sztab menedżerski Igi, a ja w to nie wnikam.

A tobie płaci Iga czy takie rzeczy omawiasz z jej sztabem menedżerskim?

- Płaci mi Iga, a umawiałem się na zarobki z jej tatą. Teraz będziemy musieli usiąść i pogadać o następnym sezonie.

Masz nowe oferty pracy? W tenisie one szybko przychodzą po sukcesie?

- Miałem oferty, nawet kilka niedorzecznych.

W jakim sensie?

- Oferowano mi absurdalne pieniądze. Mógłbym zarabiać więcej niż selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski.

Kto ci tyle proponował? Która z gwiazd?

- Żadna. Oferta była od bogatych ludzi, którzy mają córkę sklasyfikowaną daleko od czołówki rankingu WTA. Stać ich na bardzo wiele. Propozycja naprawdę była nie do odrzucenia.

Ale odrzuciłeś.

- Bo bardzo wierzę w to, co robię. I nieważne, że w tej pracy nigdy nie było finansowych kokosów. A wręcz bywały czasy bardzo trudne. Zwłaszcza gdy pracowałem w WSG i musiałem wyżyć za 1200 złotych miesięcznie, bo Iga miała kontuzję, a ja miałem zabukowany czas tylko dla Igi. Oczywiście to nie była wina ani Igi, ani jej taty. Tak byłem umówiony z klubem. Trudno było wtedy jakoś w ostatniej chwili dorobić. Musiałem na szybko kombinować. Wtedy zostałem, to była moja inwestycja w Igę. Dlatego, że byłem młody, mogłem sobie na to pozwolić. Ktoś inny może by się pożegnał. [Trener sprawdził i precyzuje, że jego pensja wynosiła wtedy około 3000 złotych, a 1200 zostawało mu na życie po opłacie za wynajem kawalerki w Warszawie. Trener podkreśla, że absolutnie nikogo nie wini - red.].

Ty widziałeś potencjał Igi i na tamtym etapie pieniądze zdecydowanie nie były twoim priorytetem?

- Kasa to nigdy nie jest priorytet. Naprawdę nie mam jakichś ogromnych wymagań finansowych i wierzę, że teraz się dogadamy. Praca sprawia mi przyjemność i bardzo lubię to co robię, mimo że kasuję sporo poniżej światowego standardu. Choć to oczywiście bardzo dobra pensja jak na polskie warunki.

Jaki jest światowy standard?

- 2,5-3 tysiące euro tygodniówki to normalna stawka. Plus bonus za sukces. Bonusy się wahają od 5 do 25 procent.

5-25 procent tego, co w turnieju zarobi twój zawodnik?

- Tak.

A ty u Igi masz tylko podstawę czy bonus za Rolanda się znajdzie?

- Mam umówiony bonus, ale jego wysokości nie mogę zdradzić. Naprawdę nie jest źle. Na polskie standardy. W porównaniu do świata to mało. Ale idę z Igą już jakiś czas, oboje stopniowo rośniemy, a wynik na Rolandzie był dużym przyspieszeniem, wybiegliśmy nim do przodu.

Wybiegając do przodu, mówiłeś o nadziejach na wygrane przez Igę kolejne Wielkie Szlemy i na medal olimpijski. Chyba mocno wierzysz w miksta Igi z Łukaszem Kubotem?

- Zdecydowanie tak. Iga ma umiejętności deblowe, a Łukasz to osoba, która Igę ustawi, powie jej, co ona ma robić. Tylko musi dać Idze więcej zadań. Musi dać jej skończyć więcej piłek, nie narzucać wszystkiego sobie.

France Tennis French OpenFrance Tennis French Open Fot. Christophe Ena / AP Photo

Teraz pewnie będzie Igę traktował z większym zaufaniem.

- Łukasz ma do Igi wielkie zaufanie, większego już chyba nie można mieć. Chodziło o to, że on się czuł w powinności. Jest facetem, a faceci w mikście zawsze biorą na siebie więcej. Brał aż za dużo. Bardzo mi się spodobało to, co napisała niedawno Ellen Perez [25-letnia australijska tenisistka, zajmująca 47. miejsce w rankingu deblowym i 232. w singlu - dop. red.]. Iga mówi, że się debla uczy, a ta Perez stwierdziła: "Grałam z nią na Australian Open w mikście i była zdecydowanie najlepsza ze wszystkich. Jeżeli ona się dopiero uczy, to jesteśmy zgubione". Zgadzam się. Iga może być świetna w parze z Łukaszem. Ona sobie z presją poradzi, niech on jej pozwoli się wykazać i będą wyniki.

Kolejny raz mówisz, że Iga się uczy, ona też to często powtarza. Pomówmy o szczegółach - o serwisie niektórzy mówią, że jest męski. Będzie jeszcze mocniejszy?

- Nie dążymy do tego, żeby był jak najmocniejszy. Nawet schodzimy z siły na rzecz trafiania pierwszego serwisu. Bo to jest kluczowa sprawa. Moim zdaniem Iga ma serwis przeciętny. A tym, co rzeczywiście wyciągnęła z męskiego tenisa, jest kick serwis. On jest trudniejszy. A Iga się go nauczyła, bo miała kontuzję. Kiedy miała rozwaloną stopę, nie obciążała jej, tylko serwowaliśmy z kolana. I tak nauczyła się tej rotacji do boku.

Potrzeba matką wynalazku.

- Dokładnie tak. Iga z tym serwisem czuje się komfortowo, on jej wychodzi. Fajnie, że to ma. Zaciągnęliśmy to z męskiego tenisa, kobiety tak nie grają i to nie jest żadna złośliwość.

To teraz powiedz o prędkościach piłek granych przez Igę. Nikt nie zdąży, kiedy ona zagra swoje?

- Iga mnie często pyta przed meczem, co ma zrobić, jeśli nie będzie nadążać. Od dłuższego czasu powtarzam w takich sytuacjach: "Iga, jak nie będziesz nadążać, to znaczy, że jesteś kijowa i musisz się wziąć do roboty". Dopiero po chwili mówię, że to rywalki za nią nie mogą nadążyć.

Skąd u Igi ta obawa?

- To się ciągnie się od meczu z Camilą Giorgi [2:6, 0:6 w drugiej rundzie Australian Open 2019]. A naprawdę nie zdarza się już, żeby Iga nie zdążała do piłek granych przez rywalki. Natomiast prędkość piłek Igi jest znacznie wyższa od średniej. I ona wcale nie uderza na pełnym ryzyku. Kiedyś w to nie wierzyłem, nawet się na nią wkurzałem na treningu i pytałem, po co tak wali. "Przecież ja nie walę" - powtarzała. Rzeczywiście, gra pewną, szybką ręką, bo wtedy najlepiej czuje piłkę. Absolutnie nie przesadza. Na Rolandzie z całej siły to ona odpaliła najwyżej trzy razy.

To dopiero jest zła informacja dla rywalek.

- Prawda jest taka, że ja już z nią nie potrenuję. Wytrzymam 10 minut, a ona oczekuje i potrzebuje, żeby ktoś z nią od początku do końca grał szybko i najlepiej żeby wszystko przebijał.

Czyli bierzecie coraz lepszych sparingpartnerów?

- Tak. Choć cały czas naszym ulubionym sparingpartnerem jest Tomek Moczek. Ale ostatnio dużo mieszamy. Bierzemy zwłaszcza zawodników, którzy do wszystkiego dobiegną i wszystko przebiją. A na turniejach już najlepiej jest posparować z dziewczynami z czołówki. Wtedy bardzo cenne są dla nas propozycje pogrania od Naomi Osaki. Zawsze się cieszyliśmy z możliwości zagrania z Karoliną Woźniacką, z Andżeliką Kerber. Dla wchodzącej małolaty.

Ile Idze jeszcze brakuje do szczytu jej możliwości?

- Z moich notatek i planów wynika, że w tegorocznych przygotowaniach zrobiła o siedem procent więcej treningu niż przed rokiem. W przyszłym sezonie będę chciał do tego dorzucić pięć procent więcej. Widzę to tak, że w sumie jeszcze 30 procent Idze można dorzucić. W ogóle tenis widzę jako grę, w której do pewnego wieku zawodnik zbiera punkty. Jak już ma powiedzmy te maksymalne 200 punktów i one są rozdysponowane tak, że tyle punktów jest na forhend, tyle na bekhend, tyle na coś jeszcze innego, to wtedy sztuką jest ciągłe szukanie najlepszego balansu. Czyli takie przesuwanie tych punktów w ramach swojej maksymalnej puli, żeby ciągle się utrzymywać na szczycie. Jak Rafa i Roger. Przecież oni już nie biegają szybciej, nie uderzają mocniej, a potrafią tak sprytnie poprzesuwać te swoje punkty, żeby inni się tego nie spodziewali i nie mieli odpowiedzi.

A jeśli pomyślisz, że tenis jest jak gra FIFA, to ile punktów na 100 dasz Idze za forhend, ile za bekhend, ile za serwis itd.?

- Najbliżej perfekcji Iga jest w grze bekhendem. Jeszcze jest tu kawał pracy do zrobienia, bo teraz ona ma bekhend na może 90, ale skala Igi nie kończy się tu na 100, tylko na 130, tak niesamowite ma tu możliwości. Za to na przykład forhend może mieć maksymalnie na poziomie 90. Więcej nie osiągnie. Tak też myślę o serwisie. Trzeba go doprowadzić do 90 i nie napinać się na więcej, tylko rozwijać inne narzędzia, które dadzą więcej. Bez sensu byłoby poświęcać dwa lata na poprawienie serwisu o jeden procent, jeśli ten czas można poświęcić na poprawienie o kilka procent kilku innych elementów.

Wyobraź sobie, że masz zdecydować, czy Iga wygra plebiscyt na najpopularniejszego sportowca Polski za rok 2020. Wpisałbyś jej nazwisko na pierwszym miejscu, czy może obawiałbyś się, że takie wyróżnienie przychodzi za wcześnie?

- Uważam, że nie miałoby na Igę żadnego wpływu. To raz. Ale dwa: nie wpisuję jej na pierwszym miejscu, bo wiem, że zwycięstwo w Paryżu było troszkę zbiegiem szczęśliwych okoliczności. Aczkolwiek to jest umiejętność Igi, że nie zaprzepaściła szansy. Na pewno Iga zasługuje na nominację w takim plebiscycie. A na zwycięstwo bez wątpienia zasługują też Lewandowski, Zmarzlik czy Błachowicz. No dobrze, zagłosowałbym na Igę, bo ją lubię. I dlatego, że to moja zawodniczka.

To pytanie miało skończyć naszą rozmowę, ale wyjaśnij jeszcze proszę, o jakim zbiegu szczęśliwych okoliczności myślisz? Brak kibiców na trybunach to chyba wcale nie była rzecz sprzyjająca naszej mistrzyni?

- Na Igę brak kibiców działa bardzo niekorzystnie. Rok temu w Toronto po przegranym meczu z Osaką ona zeszła z kortu szczęśliwa. Jej słowa zapamiętałem bardzo dobrze. "Trenerze, ja po to gram w tenisa". Zapytałem: "Ale po co?". "Po to, żeby te tysiące ludzi wstało i krzyczało". Igę publika napędza. Przecież ona w półfinale z Podoroską prosiła nas, żebyśmy głośniej krzyczeli, bo jej brakowało atmosfery.

Reakcja z finału też była wymowna. Kenin poszła na przerwę medyczną, a Iga weszła w interakcję z tym tysiącem ludzi rozsianych po trybunach.

- Tak było, nawet małą grupkę kibiców do siebie przyciągała. Ona uwielbia rywalizację i wszystko co się z nią wiąże sprawia jej przyjemność.

To jakie sprzyjające okoliczności miałeś na myśli?

- Wilgoć, bo Iga i tak ma z czego wygenerować moc uderzenia, więc jej to nie przeszkadzało. Do tego Paryż lubi. I te korty, mączkę. Ale te okoliczności są przecież zawsze. Wychodzi na to, że Iga wygrała, bo po prostu była najlepsza i już jest gotowa robić takie rzeczy.