"Iga Świątek? Najfajniejsze było to, że wokół niej nie było szaleństwa, nie było żadnej szajby"

Kiedy Agnieszka Radwańska grała finał Wimbledonu 2012 z Sereną Williams, Iga Świątek miała 11 lat i przegrywała półfinał mistrzostw Polski w kategorii do lat 12. Tenisowe dzieciństwo Igi z bliska oglądała Joanna Sakowicz-Kostecka. - Iga się wyróżniała, ale nie było żadnej szajby. Rodzina Świątków zachowywała się jakby jej filozofią było powiedzenie "Pracuj w ciszy, niech twoje wyniki mówią za ciebie" - opowiada była tenisistka, a obecnie trenerka i komentatorka.

Iga Świątek wygrała w niedzielę finał Roland Garros. 19-letnia Polka w świetnym stylu pokonała szóstą zawodniczkę światowego rankingu Sofię Kenin 6:4, 6:1. To największy sukces w historii polskiego tenisa.

Łukasz Jachimiak: Dwa lata temu Iga Świątek wygrała juniorski Wimbledon, a Pani w rozmowie ze Sport.pl wspominała pewne mistrzostwa Polski.

Joanna Sakowicz-Kostecka: Pamiętam je. Kiedy Iga miała 11 lat, w Krakowie po raz pierwszy zorganizowaliśmy mistrzostwa Polski dla dzieci. Iga grała wtedy w kategorii do lat 12 i wyróżniała się w niej.

Znalazłem taką ciekawostkę, że Iga przegrała półfinał mistrzostw w dniu, w którym Agnieszka Radwańska przegrała z Sereną Williams finał Wimbledonu.

- U nas Iga grała w halowych mistrzostwach. Najpierw w 2012, a później w 2014 roku. Za drugim razem, jako 13-latka, zdobyła medal, walcząc z 14-latkami. Ale najfajniejsze było to, że wokół niej nie było szaleństwa, że u niej nie było chodzenia z nosem w chmurach. Żadnego ogłaszania, że Iga będzie wielką zawodniczką, żadnej szajby, którą się często obserwuje u rodziców, których dziecko cokolwiek wygra. Iga w młodzieżowym tenisie w Polsce coś znaczyła, a przy tym był wokół niej spokój. Rodzinę Świątków to zawsze cechowało. Nie chcę operować nazwiskami, ale była inna zawodniczka, wokół której robiono wielką atmosferę, traktowano ją jak gwiazdkę. Iga rozwijała się po cichutku, pokornie. Rodzina Świątków zachowywała się jakby jej filozofią było powiedzenie "Pracuj w ciszy, niech twoje wyniki mówią za ciebie".

Zobacz wideo Świątek wygrała Roland Garros. "Kiedyś przetrwała mentalny kataklizm"

Kiedy Iga wygrała juniorski Wimbledon, Pani mówiła, że spodziewa się po niej wiele i dodawała "Pewnie zaraz ktoś powie, że pompuję balon". Jednak to nie było pompowanie.

- Pamiętam, jak to powiedziałam. Dałam takie zastrzeżenie, bo nie lubię za dużo zapowiadać. Jestem w tenisie od ponad 30 lat i widziałam mnóstwo talentów, którym się wróżyło wielkoszlemowe triumfy, a w końcu nikt o nich nie usłyszał. Ja o sobie słyszałam takie teksty. W pewnym momencie zdominowałam rozgrywki młodzieżowe w Polsce. Kiedy miałam 12 lat, to w swojej kategorii wiekowej w mistrzostwach kraju traciłam trzy gemy w całym turnieju. Jako 12-latka była mistrzynią do lat 14, a mając 13 lat - do 16. Jako 15-latka zostałam mistrzynią Polski seniorek, mając 16 lat, zadebiutowałam w Pucharze Federacji. Nasłuchałam się wtedy o sobie takich rzeczy, które mi zaszkodziły.

Przestała Pani mocno pracować? Za bardzo Pani uwierzyła, że już wszystko umie?

- Nie, nie. Zawsze byłam bardzo pracowita, pod tym względem niczego sobie nie zarzucę. Natomiast wtedy każdą porażkę traktowałam jak koniec świata. Wydawało mi się, że skoro ogłoszono mnie nadzieją polskiego tenisa, to mi nigdzie nie wolno przegrać meczu. Jeśli w jakimś międzynarodowym turnieju przegrałam w pierwszych rundach, to uznawałam, że nie mają prawa widzieć we mnie żadnej nadziei. Miałam być następczynią, więc czułam, że muszę tylko wygrywać. Moje najbliższe otoczenie tak oczywiście nie mówiło. Ale czytałam o sobie takie rzeczy. I to mi w głowie utkwiło. Dlatego teraz zawsze podkreślam, że dzieciom trzeba dać się rozwijać w ich własnym tempie. Nie twierdzę, że ci ludzie zniszczyli mi karierę. Absolutnie. Siebie mogę obwiniać. Natomiast jestem za tym, żeby każdy pracował w ciszy i żeby za niego mówiły wyniki.

Mówi Pani, że miała być następczynią. Czyją? Bo przecież nie Agnieszki Radwańskiej, która była małym dzieckiem, gdy w Pani widziano tę wielką nadzieję.

- Agnieszka jeszcze wtedy nie grała w tenisa. Najpierw miałam być następczynią Jadwigi Jędrzejowskiej, a potem Magdy Grzybowskiej, z którą pochodzimy z tego samego miasta.

Kiedy Pani pomyślała po raz pierwszy, że Iga może być wielką mistrzynią? Po tym jak wygrała juniorski Wimbledon, tylko wtedy jeszcze nie chciała Pani tego mówić?

- Rzeczywiście wtedy tak pomyślałam. A jeszcze mocniej uwierzyłam, że Iga kiedyś wygra turniej Wielkiego Szlema po tym jak usłyszałam opinię Magdy Linette. Ona po treningu z Igą stwierdziła, że pytanie jest nie czy, tylko kiedy Iga wygra Wielkiego Szlema. Magda powiedziała to nie w jakimś wywiadzie, tylko na treningu przed meczem kadry w Pucharze Federacji.

A w trakcie tego French Open kiedy Pani pomyślała, że Iga to wygra?

- Po jej meczu z Simoną Halep. Wtedy w gronie byłych tenisistów dużo o tym rozmawialiśmy. Jak wcześniej dużo mówiliśmy o koronawirusie, tak nagle tematem numer jeden stała się Iga. Ja nawet nie patrzyłam w drabinkę. Wiem, że Iga mogła grać ze Switoliną, z Kvitovą. Gdyby miała grać ze Switoliną, to wygrałaby z nią 6:1, 6:1. Z Kvitovą też by wygrała, bo grała tak dobrze. Wygrałaby ze wszystkimi. Teraz już można to powiedzieć.

Cały świat mówi takie rzeczy. Nie tylko my, Polacy, zachwycamy się Igą.

- Zgadza się, cały świat. A my jesteśmy ciągle takich pochwał złaknieni. I sukcesów sportowych.

Myśli Pani, że za 10 lat Iga będzie miała kilka, a może nawet kilkanaście tytułów wielkoszlemowych?

- Jeszcze jest za wcześnie, żeby tak mówić. Wolę być ostrożna. Ja nawet moim dzieciom nic nie obiecuję. Ale jeśli Iga będzie zdrowa, to wszystko się dobrze ułoży.