Rywalka Igi Świątek rozpętała szaleństwo. Poruszyła niebo i ziemię, żeby wyrwać się do Europy

Rywalka Igi Świątek, tenisistka z dołów rankingu, która nawet nie ma zdjęcia w swoim biogramie w WTA, rozpętała właśnie w Argentynie tenisowe szaleństwo. Nikt przed nią w erze open nie przeszedł od eliminacji do półfinału kobiecego Roland Garros. Ale wcześniej Nadia Podoroska poruszyła niebo i ziemię, żeby w ogóle wyrwać się do Europy.

Gdyby 2020 rok był normalny, ten półfinał Roland Garros wypadłby na przełomie maja i czerwca. A na przełomie maja i czerwca 2020 Nadia Podoroska była jeszcze kompletnie nieznaną w Europie drugą rakietą Argentyny. I jak większość tenisistek i tenisistów Argentyny nie miała gdzie trenować, bo większość prowincji nadal nie zniosła koronawirusowych restrykcji na uprawianie sportu. Podoroska nie mogła też odlecieć do Hiszpanii, gdzie studiuje i trenuje w akademii Tennis Positivo w Alicante (założyli ją argentyńscy trenerzy, w tym pracujący z Nadią Juan Pablo Guzman), bo do samolotu wpuszczano tylko tych, którzy wracali z Argentyny do swoich ojczyzn.  

Od marca los zaczął wywracać Nadii Podoroskiej wszystkie sportowe i życiowe plany. Mierzyła w igrzyska w Tokio, jak Iga Świątek, a igrzyska przenieśli o rok. Miała dochodzić do olimpijskiej formy na mączce w Europie, ale te turnieje powypadały z kalendarza, a Roland Garros przenieśli na jesień. I do tego doszło jeszcze to sportowe uwięzienie w Argentynie. A jej koleżanki i koledzy z Alicante już mogli wtedy wrócić do treningów. Dla Podoroskiej boksowanie się z losem to nic nowego. W 2017 roku, gdy wydawało się, że jest na dobrej drodze do awansów w rankingu, przyszła kontuzja nadgarstka, odeszli sponsorzy i trzeba było zaczynać od nowa.   

Kiedyś pradziadkowie Nadii wyjechali z Ukrainy do Argentyny, by odmienić swój los. Jak wielu imigrantów, nie mieli na początku nawet dachu nad głową i spali pod samochodami. Jak wielu imigrantów z Europy: z dzisiejszej Polski, Ukrainy, z Bałkanów, z Niemiec, byli nazywani w Argentynie "ruskimi". Wystarczyły jaśniejsze włosy, by być "ruskim". Nieważne, skąd kto przybył. Nadia Podoroska też jest dziś nazywana w Argentynie "La Rusa", albo "Rusita". Ale ona wybrała przeciwny kierunek niż pradziadkowie: z Argentyny zdecydowała się przenieść do Europy, by odmienić tenisową karierę. W Argentynie pieniędzy w tenisie wystarcza na dobry rozwój talentów tylko u mężczyzn. U kobiet od dawna jest z tym kłopot, trzeba wyjątkowej zawziętości, by się przebić. I poświęcenia rodziców, żeby sfinansować starty w kwalifikacjach turniejów. Argentyńskie media przyznają: ten półfinał to nie jest efekt żadnego systemu, to jest efekt zawziętości Nadii i jej rodziców. Kobiecy tenis w Argentynie upadł tak nisko, że nie miał singlistki w igrzyskach od 2008 roku. I to właśnie awans na igrzyska, który Podoroska zapewniła sobie wygrywając w 2019 igrzyska panamerykańskie, a potem zdobywając w styczniu 2020 tyle punktów w turnieju w Gwadelupie, że była pewna miejsca w czołowej 300. rankingu (tak, czołowej 300. To był na początku 2020 jej świat, teraz jest 131.) w chwili domykania kwalifikacji olimpijskich, sprawił że mogła liczyć na szczególną pomoc tenisowej federacji, gdy wiosną utknęła u siebie w Rosario. 

Zobacz wideo

Podoroska: - Uznacie mnie za szaloną, że wam tu opowiadam o zen. Ale dużo mnie to ostatnio nauczyło

Trzeba było wywieźć z Argentyny do Europy tenisową nadzieję olimpijską, do tego ważną tenisistkę reprezentacji, którą czekał baraż z Kazachstanem o awans do Grupy Światowej II Pucharu Federacji. Szef federacji, kiedyś świetny tenisista Agustin Calleri, szukał pomocy w rządzie i w ambasadzie Hiszpanii, papierkowa robota ciągnęła się tygodniami, w końcu udało się wynegocjować prawo do lotu repatriacyjnego na podstawie wizy studenckiej. Ale potem był jeszcze problem, żeby znaleźć wolne miejsce w samolocie. Aerolineas Argentinas takiego miejsca dla Podoroskiej nie znalazły. Udało się wykupić jej przelot dopiero, gdy do Buenos Aires doleciał samolot hiszpańskiego Air Europa. A potem już poszło z górki: kontrola za kontrolą, lot do Madrytu, kontrola za kontrolą, podstawionym samochodem do Alicante. I tam 23-letnia Nadia, córka zegarmistrza z Rosario, miasta Leo Messiego, wróciła do treningów, nie wiedząc jeszcze, że ten organizacyjny koszmar jest dla niej początkiem bajki.  

Przed pandemią światem Podoroskiej były turnieje ITF, i tam zaczęła rok od dwóch tytułów. Ale krok po kroku budowała też pewność siebie w zawodach WTA Tour. Pokonywała coraz lepsze rywalki - Kaję Juvan, Oceane Dodin, Yanine Wickmayer - przeszła eliminacje do turnieju w Palermo, pierwszego w Tourze po koronawirusowej przerwie. A gdy lepsze od niej tenisistki poleciały na US Open - ona nawet pod nieobecność wielu gwiazd w Nowym Jorku miała za niski ranking - Podoroska grała w mniejszych turniejach i w Pradze doszła do półfinału, a turniej w Saint Melo wygrała. Potem przeniosła się do Paryża, i zadziwiła świat. Dla niej sukcesem byłoby już przebrnięcie eliminacji. A jest drugi tydzień Wielkiego Szlema, hotel dla zawodników opustoszał, a Nadia Podoroska nadal gra, największe gazety na świecie opisują Argentynkę, która gra tenis w wersji zen, nie dopuszczając do siebie żadnej presji, która tak miesza uderzenia, że sprawia problemy każdej rywalce. Każdego dnia łączy się ze swoim trenerem mentalnym, Pedro Meranim. To argentyński trener reprezentacji Kataru w bowlingu. Z Kataru prowadzi warsztaty radzenia sobie z presją dla Podoroskiej i innych klientów. - Wychodząc od buddyzmu, nauczył mnie patrzeć na wszystko z dystansem i nie szukać wymówek. Możecie mnie uznać za szaloną, że opowiadam tutaj o zen, ale to mnie ostatnio wiele nauczyło - opowiadała w Paryżu podczas jednej z wirtualnych konferencji prasowych.  

Rywalka Igi Świątek: - Wreszcie nie muszę się martwić, z czego zapłacę trenerom

- Tak szczerze, to nie mam pojęcia kim ona jest - mówiła Elina Switolina przed ćwierćfinałem. I to, że mało kto o Podoroskiej wcześniej słyszał, nie oznacza, jak widać po dwóch setach ze Switoliną, że Iga Świątek będzie dziś miała łatwiej niż w poprzednich rundach. Nie da się dojść do półfinału Wielkiego Szlema szczęśliwie i przypadkiem. Przed Podoroską powiedzielibyśmy też, że nie da się dojść do półfinału Roland Garros, zaczynając od eliminacji. Ale ona jako pierwsza dała radę. Zaczęła tę drogę od wyeliminowania Magdaleny Fręch, by po ośmiu meczach stanąć do walki o finał ze Świątek. Wyeliminowała już Julię Putincewą, która każdy mecz traktuje, jakby był ostatnim w życiu, potem Annę Karolinę Schmiedlową, która po pokonaniu Wiktorii Azarenki mogła się już poczuć największą sensacją turnieju. A w ćwierćfinale zadziwiająco łatwo, w dwóch setach, odprawiła rozstawioną z numerem 3, Elinę Switolinę. Podoroska nie tylko nigdy wcześniej nie pokonała tenisistki z Top 10. Ona do meczu ze Switoliną nigdy z taką tenisistką nie zagrała.  

Przed meczem z Putincewą nigdy nie pokonała tenisistki z Top 50. Wcześniej tylko raz, cztery lata temu w US Open, przebrnęła eliminacje Wielkiego Szlema. I już po pierwszej rundzie została odesłana do domu. Nigdy wcześniej w turnieju WTA Tour, o Szlemie nie wspominając, nie wygrała dwóch meczów z rzędu. A w Paryżu wygrała już pięć. I sezon, który zaczynała na 255. miejscu, kończy w czołowej czwórce Wielkiego Szlema. Z wypłatą, o której mówi: "Wreszcie nie będę się musiała martwić o to, z czego zapłacić moim trenerom i jak sfinansować podróże na turnieje". Ma też uwagę świata. Choć nadal nie ma zdjęcia w biogramie w WTA.  

Przeczytaj także: