Halep była sfrustrowana grą Świątek. "Mundo Deportivo" znalazło specjalne określenie dla Polki

Iga Świątek weszła do pierwszego w karierze ćwierćfinału Wielkiego Szlema głównym wejściem, w samo południe, skupiając na sobie całą uwagę: bez straty seta, grając koncert bez fałszywej nuty w meczu z Simoną Halep. Nierozstawiona Świątek oddała rozstawionej z jedynką Halep ledwie trzy gemy.

Nie minęło 25 minut, a już miała wygranego seta. 6:1. Nie minęła godzina, a już w drugim prowadziła 4:1. Przypomnijmy: to była teoretycznie najbardziej nierówna para niedzielnych meczów czwartej rundy. Simona Halep to mistrzyni z Paryża z 2018, druga rakieta świata, niepokonana od półfinału Australian Open (na US Open nie poleciała), zwyciężczyni z Pragi i Rzymu, dwóch turniejów na mączce po wznowieniu sezonu. Iga Świątek rok temu w Paryżu przegrała z nią w 45 minut, nie mając żadnych odpowiedzi.

Teraz miała odpowiedź na wszystko, tyle że Halep rzadko miała okazję dać jej jakieś wyzwanie. To Rumunka musiała szukać odpowiedzi, biegała po korcie coraz bardziej zmęczona, coraz mniej pewna, że jeszcze ma czas, że jeszcze coś się tu zmieni, że jeszcze może się zdarzyć jakiś cud. Odprowadzała wzrokiem piłki, których nie sięgnęła za linią, dobiegała spóźniona do skrótów, była gorsza w niedzielę we wszystkim: od serwisu, przez pojedynki przy siatce, po długie wymiany. Iga Świątek miała przeciw Halep więcej wygranych uderzeń niż w poprzedniej rundzie przeciw Eugenie Bouchard. A wydawało się, że większy pokaz mocy i precyzji niż w meczu z Kanadyjką będzie już na tym etapie w Paryżu niemożliwy.

Roland Garros to festiwal dreszczowców. Ale Świątek idzie na razie inną drogą

Świątek jest w ćwierćfinale, choć wcale nie miała w Paryżu łatwej drabinki. W pierwszej rundzie grała z finalistką sprzed roku (triumfatorki z 2019, Ashleigh Barty, nie ma w tegorocznym turnieju) Marketą Vondrousową. W drugiej było teoretycznie łatwiej, z Su Wei Hsieh. Ale już w trzeciej czekała wracająca do formy Eugenie Bouchard. I teraz Halep. Żadna nie wygrała z Polką nawet seta. Następna rywalka Polki, Włoszka Martina Trevisan w niedzielę pokonała rozstawioną z piątką Kiki Bertens 6:4, 6:4, ma za sobą już dwa trzysetowe dreszczowce: z Coco Gauff w drugiej rundzie i Marią Sakkari w trzeciej. Kobiecy tenis to ciągłe zwroty akcji. A Iga na razie idzie w Paryżu najkrótszą drogą.

Koncert z meczu z Bouchard publika w Paryżu mogła jeszcze w tym młynie pierwszego tygodnia turnieju przegapić. Koncertu z Halep już nie. To był jeden z tych tenisowych meczów, przy których się odkłada wszystko inne i pyta: jak długo można grać tak znakomicie? Polka nie wyszła na kort, by wyczekiwać na swoją szansę, na jakąś uchyloną furtkę. To ona od pierwszej chwili chciała decydować jak będzie wyglądać ten mecz. To ona karciła ryzykownymi uderzeniami, a bardzo rzadko była karcona. To ona posyłała do boku piłki, których rakieta Halep nie sięgała. I choć najbardziej rzucała się w oczy siła i rozmaitość uderzeń Polki w ataku ("recital ofensivo", nazwało jej grę "Mundo Deportivo"), to jednak dla Halep najbardziej frustrująca musiała być lekkość, z jaką Polka się broniła. Sięgała bardzo trudnych piłek, i takie wymiany kończyła z kamienną twarzą, gdy Halep już musiała łapać oddech. Świątek potrafiła się nawet poślizgnąć i mimo to wybronić się przy kluczowej wymianie, jak przy piłce na 5:1 w drugim secie.

Świątek dała pokaz siły uderzeń, pewności siebie i zarządzania energią. A teraz musi nie dać sobie wmówić, że coś musi

Rok temu z Halep grała jeszcze Świątek sprzed tenisowej matury (tę szkolną zdała trzy miesiące temu), już świetna, ale jeszcze niedoświadczona. Traciła wtedy czasem energię w meczach, nakładając na siebie obowiązek biegania do każdej, nawet ewidentnie przegranej piłki. A w meczu z Halep dała popis zarządzania energią i emocjami. Nie było tu zbędnych ruchów, dyskusji o sporne piłki, ani razu emocje nie były górą, choć był trudny psychologicznie moment, gdy w drugim secie Halep była bliska wyrównania na 2:2. Zacząć świetnie mecz z faworytką to jeszcze w tenisie żadna sztuka, wspinaczka zaczyna się później, gdy się rywalkę rozdrażni, a zmęczenie stopniowo tępi precyzję własnych uderzeń. W sobotę Leylah Annie Fernandez, młodziutka Kanadyjka, też pięknie rozpoczęła walkę z faworytką Petrą Kvitową. A potem była klasyka tenisa: przerażenie, że tyle się już wygrało w tym meczu, ale tyle jeszcze trzeba wygrać, żeby wyjść zwycięsko. I Kvitowa skończyła to w dwóch setach.

Iga Świątek nie pozwoliła, by Halep skruszyła jej pewność siebie. Nawet wtedy, gdy po gemie dla Halep w drugim secie, przy 2:1 dla Polki, grały gema na przewagi przez ponad osiem minut. Świątek tego gema wygrała. I już było wtedy jasne, że nic jej tego dnia nie zatrzyma. Po US Open, w którym grała znakomicie, ale odpadła po starciu z późniejszą finalistką Wiktorią Azarenką, teraz pierwszy raz wśród seniorek zagra w drugim tygodniu wielkiego szlema. Nauczyła się nie tylko jak zarządzać energią w meczach, ale też w całym sezonie, bo starty między szlemami wyraźnie potraktowała ulgowo. I tak zapracowała na kolejny egzamin, który ją czeka teraz: jak pozostać w swoim świecie, myśleć tylko o własnych przewagach, i cieszyć się tym, co przeżywa, gdy wszyscy zaczną jej mówić, że teraz już coś musi.

Przeczytaj także: