Dreszczowiec, który miał być kompromitacją. Radwańska dostała owację na stojąco

- To najpiękniejsze dwa tygodnie w moim życiu - powiedziała ze łzami w oczach Agnieszka Radwańska. To były łzy szczęścia, ale i smutku. Co z tego, że publiczność zgotowała jej owację. Przecież to stojąca obok Serena Williams trzymała w rękach paterę Venus Rosewater.

Tydzień z... to cykl na Sport.pl, w którym codziennie przez siedem dni publikujemy artykuły dotykające wspólnego tematu. Od 11 do 17 maja zajmujemy się najważniejszymi momentami współczesnego polskiego sportu.

Radwańska zawsze dobrze czuła się na kortach przy Church Road, SW19 5AE w Wimbledonie. Nie tylko dlatego, że wygrała tam turniej juniorski. Jako juniorka wygrała też przecież w Paryżu w 2006 roku, ale to Wimbledon najbardziej przypadł jej do gustu. - To tam najlepiej potrafiła wykorzystać swoje możliwości: gibkość, szybkość i czucie gry - twierdzi Adam Romer, redaktor naczelny magazynu Tenisklub. - Żeby dobrze grać, Agnieszka musiała mieć komfort psychiczny. Wimbledon dawał jej ten komfort. Uwielbiała tam jeździć i już w bramie All England Lawn Tennis and Croquet Club wstępowały w nią dodatkowe moce - dodaje.

Zobacz wideo Krzyżówka z Agnieszką Radwańską

Filozofia Radwańskiej

Na trawie gra się szybciej, piłka bardziej się ślizga, niż odbija, a dla filigranowej Radwańskiej to były idealne warunki do wprawiania rywalek w zakłopotanie. Pewnie mogła być silniejsza, ale jej ojciec i trener Piotr Radwański nie chciał niczym wspomagać swoich córek, choć widział, co dzieje się dookoła w światowym tenisie. Kolejny trener Tomasz Wiktorowski mówił wprost: - Nie szukamy w grze siły. Musimy wykorzystać to, co mamy. Agnieszka nie jest tak duża jak Vika, Maria czy Serena i nie potrafi grać z taką mocą. Szukamy więc innych rozwiązań i to jest nasza filozofia tenisa.

Aga jak Dżadża

Ta filozofia zaprowadziła Agnieszkę do 126. finału kobiecego turnieju na Wimbledonie. 73 lat po finale, w którym zagrała "Dżadża", jak Anglicy mówili na Jadwigę Jędrzejowską. Zabrakło jej wtedy dwóch gemów do wygranej z Brytyjką Dorothy Round. Przyszedł czas na Radwańską, która w półfinale wyeliminowała w dwóch setach (6:3, 6:4) Niemkę Andżelikę Kerber.

To zwycięstwo wlewało sporo nadziei, bo przecież Kerber prezentowała taki sam styl gry oparty na sile jak Serena Williams. I to z nią miała się zmierzyć Radwańska. Czterokrotną zwyciężczynię tego turnieju, będącą w rewelacyjnej formie Amerykankę, która wróciła na korty rok wcześniej po walce z zatorem płuc. Miała już na koncie 13 wygranych turniejów wielkoszlemowych i siała postrach siłą gry oraz potężnymi serwisami.

Dominacja Sereny. Zapowiadało się na kompromitację

Punktualnie o godzinie 14 na korcie pojawiły się bohaterki. Obie z bukietami biało-fioletowych kwiatów. Jako pierwsza na kort weszła Radwańska. Tuż za nią wkroczyła Williams.

Kolejne minuty nie były dla Polki już tak kwieciste. Pierwszy set Radwańskiej charczał jak jej struny głosowe, które odmówiły posłuszeństwa dzień przed meczem. Kiepska pogoda, wilgoć i przeciągi sprawiły, że Polka nabawiła się zapalenia krtani. Kiedy Serena objęła prowadzenie 5-0 w pierwszym secie, 15-tysięczny tłum zaczął nerwowo pomrukiwać. Zamiast wytwornej uczty otrzymywał właśnie kilka liści szpinaku na wielkim talerzu.

Komentujący to spotkanie dla BBC John McEnroe krzyczał o możliwej kompromitacji i powtórce finału z 1988 r., gdy Steffi Graff nie oddała Nataszy Zwieriewej ani jednego gema. Kiedy Agnieszka wygrała w końcu gem na 1-5, publiczność poderwała się z miejsc. I choć Amerykanka zwyciężyła 6-1, Radwańska nabrała więcej wiary w siebie. - Po meczu przyznała, że wyjście na finał Wimbledonu jest nieporównywalne z niczym innym i że po prostu zjadły ją nerwy. Na to nie da się przygotować - wspomina obecny na tym meczu Artur Rolak, autor książki “Skazany na Wimbledon”.

Z pomocą deszczu

Na pewno pomogła jej przerwa spowodowana deszczem. Dachu nad kortem nie zamknięto, ale trawę trzeba było przykryć specjalną plandeką. Gdy po około 20 minutach tenisistki wróciły na kort, kibice wreszcie zobaczyli mecz, o jakim marzyli. Finalistki czarowały kibiców długimi wymianami, skrótami, grą przy siatce i asami serwisowymi. Polka nie złożyła broni, a Amerykanka zaczęła popełniać błędy i psuć uderzenia z backhandu.

- Jeszcze nigdy tenisistka, która przegrała pierwszy set 1-6, nie wygrała Wimbledonu - donosił The Guardian w relacji z meczu, wietrząc po cichu sensację. Analizy wskazywały, że do wygrania seta Polka powinna wykorzystać ponad 50 procent szans na przełamanie gema rywalki. Wykorzystała dwie szanse, jakie miała, czyli 100 procent. Gdy zwyciężyła w drugim secie 7-5, na trybunach kortu centralnego zrobiło się naprawdę gorąco.

Cztery asy Sereny

Regularna wymiana ciosów potrwała jeszcze trzy gemy. W czwartym Serena zabiła mecz czterema asami. Cały gem trwał niecałe 40 sekund i podciął Agnieszce skrzydła. - To moja nowa broń, którą odkryłam niedawno. Cztery asy, koniec gema. Z wiekiem mój serwis stał się lepszy. To pewnie kwestia doświadczenia - opowiadała po meczu. W sumie wygrała na trawiastych kortach siedem razy (plus zwycięstwo w turnieju olimpijskim w 2012 roku). Tylko dwa z tych meczów zakończyły się po trzysetowej walce. W 2003 roku w starciu z siostrą oraz w 2012 w pojedynku z Radwańską.

Najlepsza tenisistka w historii

- Zagrała świetny mecz. Proszę państwa, brawa specjalnie dla niej! - krzyknęła Williams do mikrofonu, a widzowie po raz kolejny pokazali, jak podobał im się występ Polki. - Myślę, że były to najlepsze dwa tygodnie w moim życiu. Jestem szczęśliwa, że zagrałam w finale. Pamiętałam 2005 rok, gdy wygrałam juniorski Wimbledon. Niestety, dziś nie miałam swojego dnia. Spróbuję ponownie za rok - odpowiedziała chrypiącym i drżącym z emocji głosem Radwańska.

Serena wygrała do dziś 23 turnieje wielkoszlemowe. Polce pozostało wspomnienie z jedynego finału wielkoszlemowego, w którym wystąpiła. Może pocieszać się tym, że osiągnęła ten finał na ukochanych kortach Wimbledonu i że przegrała z "najlepszą tenisistką w historii", jak określił po tym meczu Serenę John McEnroe.

Przeczytaj także: