Wielki turniej tenisa w Polsce? Na przeszkodzie stoi Robert Kubica

Polska białą plamą na tenisowej mapie. Nasi kibice, by zobaczyć najlepszych zawodników świata, muszą jechać za granicę. W kraju dużych turniejów nie organizuje się. Czy to się może zmienić, skoro Iga Świątek i Hubert Hurkacz są coraz wyżej w rankingu? - Wielki turniej może zorganizować tylko spółka Skarbu Państwa, ale po krytyce, jaka spadła na Orlen za wspieranie Roberta Kubicy, to mało prawdopodobne - mówi w rozmowie ze Sport.pl Adam Romer z Tenisklub.
Zobacz wideo

Pod koniec kwietnia w Budapeszcie odbył się turniej tenisistów rangi ATP 250. W imprezie wzięli udział m.in. Marin Cilić (11 ATP), zwycięzca wielkoszlemowego US Open z 2014 roku i 22-letni Borna Corić (15 ATP), jeden z najbardziej utalentowanych zawodników młodego pokolenia. Do stolicy Węgier przyjechali także Gruzin Nikoloz Basilaszwili (17 ATP), Serb Lasjo Djere (32 ATP) czy Hubert Hurkacz (52 ATP). Naszego tenisistę już w 1. rundzie wyeliminował reprezentant gospodarzy, Attila Balazs (218 ATP). Cały turniej wygrał Włoch Matteo Berrettini (31 ATP), który w finale pokonał Serba Filipa Krajinovicia (74 ATP).

Będzie duży turniej tenisowy w Polsce?

W Budapeszcie rozegrano imprezę, o jakiej kibice tenisa w Polsce mogą aktualnie tylko pomarzyć. Tak silnie obsadzonego turnieju nie było w naszym kraju od lat. I to mimo, że na Węgrzech nie grali przecież Rafael Nadal, Roger Federer czy Novak Djoković. Czy w sytuacji, gdy Hubert Hurkacz pnie się coraz wyżej w światowej hierarchii, jest szansa, że i do nas przyjadą niebawem zawodnicy z czołówki?

- Jeśli ktoś miałby zainwestować w organizację takiej imprezy, to obecnie może to uczynić tylko spółka Skarbu Państwa. Mógłbym wymienić kilka z nich, które teoretycznie mogłyby się tym zająć. Jeśli jednak spojrzymy na to, jakie reakcje wywołuje przypadek Roberta Kubicy, na którego wsparcie w Formule 1 Orlen wydał 10 mln euro, to wydaje się wątpliwe, by nasze państwo chciało zainwestować w duży turniej tenisowy. Odbiór społeczny sytuacji Kubicy jest bardzo negatywny. Pojawia się powszechna krytyka, że państwowa firma wydaje tak wielkie pieniądze na jednego człowieka. Zatem mało prawdopodobne, by pojawił się niebawem duży turniej w Polsce - zauważa Adam Romer z Tenisklub.

Droga licencja

Zdaniem naszego rozmówcy tylko spółka Skarbu Państwa byłaby w stanie zorganizować duży turniej w Polsce, gdyż taka przyjemność kosztuje ogromne pieniądze. Zacząć trzeba od licencji na organizację imprezy. Te należą w większości do dużych agencji marketingowych, które dzierżawią je zainteresowanym podmiotom. - Jeśli chcemy zorganizować turniej, to wpierw musimy zapłacić sporo za samą licencję. Przykład? Licencja ostatniej imprezy WTA, która odbyła się w Katowicach w 2016 roku kosztowała kilkaset tysięcy dolarów. A to był najniższej rangi turniej WTA. Im większa impreza, tym ta licencja kosztuje więcej - mówi Romer.

Do tego trzeba mieć też zabezpieczone fundusze na organizację zawodów i na pulę nagród. Ta w stolicy Węgier wynosiła około 0,5 mln dolarów czyli prawie 2 mln złotych. Drugie tyle trzeba liczyć na samą organizację. Łączny budżet tygodniowej imprezy tenisowej rangi Budapesztu wynosi więc między 3,5 a 4 mln złotych. Prócz tego pamiętać trzeba o koszcie licencji. - Wydanie dużych środków na turniej tenisa przez prywatną firmę jest obecnie w Polsce praktycznie niemożliwe - twierdzi Romer. Jego zdaniem tylko spółki państwowe mogłyby dźwignąć takie wydatki.

Węgrzy mają swój sposób

Jak wytłumaczyć rozwój tenisa na Węgrzech w ostatnich latach? Właśnie zainteresowaniem państwa tą dyscypliną sportu. W lutym w Budapeszcie miał miejsce turniej WTA, w kwietniu ATP. W ciągu roku Węgrzy organizują u siebie aż 18 turniejów zawodowych. - Budżet ich federacji tenisowej jest obecnie na poziomie 10 mln euro, co w naszym kraju jest nieosiągalne. Co ciekawe, Węgrzy 6-7 lat temu startowali z poziomu niższego niż Polacy. Dlaczego dziś rozwijają się szybciej? Bo do tej pory prezesem węgierskiego związku tenisowego był poseł Fideszu, który jednocześnie jest jednym z założycieli tej partii i przyjacielem Viktora Orbana - tłumaczy nasz rozmówca.

J&S Cup narzędziem biznesowym

Polska jest krajem kilkukrotnie większym od Węgier, a mimo to od paru lat największą u nas imprezą tenisową pozostaje challenger w Szczecinie. Uznawany za jeden z najlepszych na świecie, ale to wciąż jedynie turniej drugiej kategorii. W głównym cyklu ATP lub WTA brakuje imprez organizowanych w naszym kraju. Nie mówiąc już o tak silnie obsadzonych, jak np. J&S Cup, który w latach 1995-2007 odbywał się na kortach Warszawianki. Do stolicy przyjeżdżały wówczas m.in. Venus Williams, Justine Henin, Amelie Mauresmo, Kim Clijsters czy Swietłana Kuzniecowa - czołowe wtedy tenisistki świata. To tam w 2006 roku 17-letnia Agnieszka Radwańska ograła Anastazję Myszkinę, byłą nr 2 na świecie. Co ciekawe, J&S Cup był finansowany z prywatnych środków.

- To były pieniądze spółki paliwowej, która była pośrednikiem między Rosją, a Polską. Turniej traktowano jako narzędzie do załatwiania interesów, bo na trybunach bywali ludzie biznesu. Panowie Grzegorz Jankilewicz i Sławomir Smołokowski wydawali olbrzymie jak na tamte czasy pieniądze na ściąganie gwiazd. Mogli sobie na to pozwolić, bo pośredniczyli w handlu ropą. Nie sądzę, by dziś jakiś prywatny biznesmen zdecydował się wyłożyć podobne środki - twierdzi Romer.

Brakuje tradycji i cierpliwości

Do organizacji poważnego turnieju głównego cyklu ATP lub WTA brakuje nam nie tylko finansów, ale i cierpliwości. - Dlaczego pozycja szczecińskiego challengera jest tak wysoka? Bo to impreza organizowana od ponad 20 lat w tym samym miejscu przez niemal tych samych organizatorów. Władze światowego tenisa to cenią. Znaczenie tego turnieju jest dużo większe, niż pula jego nagród. To się wypracowuje latami - tłumaczy nasz rozmówca.

Imprezy głównego cyklu w Sopocie czy w Warszawie przestały być kontynuowane. Brak dbania o tego typu tradycję odbija nam się czkawką. Inna sprawa, że od ponad 10 lat dostrzec można trend, zgodnie z którym turnieje tenisowe odpływają z Europy - głównie do Azji i USA. Stworzenie nowych zawodów w Europie to dziś spore wyzwanie. - Gdyby Krzysztof Bobala, szef imprezy w Szczecinie, chciał zorganizować w mieście turniej ATP zamiast challangera, to musiałby zmienić termin, bo obecnie w tym czasie rozgrywany jest Puchar Davisa. Musiałby też na pulę nagród przeznaczyć mniej więcej 4 razy więcej środków - mówi Romer. Problemem nie byłaby zapewne publiczność, bo ta w Szczecinie od ćwierćfinałów zapełnia zawsze kort centralny. Podobnie dużo widzów przychodziło na Warszawiankę zobaczyć Williams czy Clijsters.

Katowice tylko na chwilę

Hubert Hurkacz jest obecnie 52. na świecie. To najwyżej sklasyfikowany polski tenisista. Najlepszą Polką jest Magda Linette - 86. miejsce. Iga Świątek jest 107. na świecie. Czy rozwój kariery Świątek i Hurkacza może przyczynić się do powrotu dużego turnieju do Polski? To nie takie proste. - Jak miał być na stałe jakiś turniej kobiecy w Polsce, to wtedy, gdy mieliśmy Agnieszkę Radwańską drugą na świecie. Był nawet moment, że cztery nasze tenisistki były w główne drabince Wielkiego Szlema. Potem jednak się okazywało, że żadna z nich nie grała w Katowicach, a przecież takie imprezy robi się także dla swoich. Wystarczy spojrzeć, ile Szwajcarek zagrało w turnieju w Lugano, który dziś zastępuje Katowice - zauważa Romer.

Impreza w katowickim Spodku rozgrywana był w latach 2013 – 2016 dzięki zaangażowaniu Piotra Woźniackiego, który przeniósł ją z Kopenhagi. Sponsorem przez cztery lata był bank BNP Paribas. - Zawsze jest to kwestia strategicznej decyzji. Ktoś musi chcieć wyłożyć pieniądze na organizację turnieju. Tak, jak Ryszard Krauze w Sopocie, który w ogóle uwielbia sport albo jak biznesmeni w Warszawie, którzy chcieli zaistnieć przy J&S. Obecnie wydaje się, że tylko państwowa spółka mogłaby się tym zainteresować, ale na razie nic na ten temat nie słychać - kończy Romer.