US Open. Fantastyczne widowisko w czwartej rundzie. Juan Martin del Potro dokonał niemal niemożliwego

Gdyby zrobić ankietę wśród kibiców, spotkanie czwartej rundy US Open pomiędzy Dominikiem Thiemem a Juanem Martinem del Potro zostałoby najprawdopodobniej uznane najlepszym meczem turnieju. Panowie stworzyli fantastyczny spektakl, a Argentyńczyk zaliczył kapitalny pościg - od stanu 1:6 2:6 wygrał trzy sety z rzędu i awansował do dalszej fazy. Czeka go tam kolejne arcytrudne zadanie - jego rywalem będzie główny faworyt do tytułu, Roger Federer.

Pojedynek rozstawionego z numerem 24 del Potro i Thiema (6) miał być jednym z ciekawszych starć ósmego dnia rozgrywek. Kibice zgromadzeni na Grandstandzie mocno się jednak na początku zawiedli, ponieważ Argentyńczyk przez pierwsze dwa sety niemal nie istniał. Miał problemy z poruszaniem się po korcie, kasłał i ewidentnie nie był w pełni zdrowy. Jego rywal konsekwentnie to wykorzystał i wyszedł na prowadzenie 2:0 w setach, kończąc odpowiednio do jednego i dwóch.  Komentatorzy zastanawiali się, czy kontynuowanie gry przez del Potro ma jeszcze sens. Jak się niebawem okazało – jak najbardziej miało.

Kwestią czasu wydawało się, aż Thiem po raz kolejny przełamie i szybko zakończy mecz w trzech setach. Stała się jednak rzecz nadzwyczajna – del Potro coraz pewniej zaczął sobie poczynać na korcie, a jego atomowe forehandy sprawiały Austriakowi coraz większą krzywdę. Wiele wygrałby ten, kto przewidziałby taki wynik trzeciej partii – 6:1 – a raczej nie wynik, lecz tego, kto go osiągnie. Argentyńscy kibice głośno dopingujący swojego faworyta już wiedzieli – ich rodak nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Czwarta odsłona był prawdziwą wojną na wyniszczenie. Doszło w niej do czterech przełamań na korzyść obu tenisistów, a Thiem przystanie 6:5 miał dwie piłki meczowe. Del Potro zdołał się wybronić znakomitym serwisem, co oznaczało, że o losach seta musiał zadecydować tie-break. Był on popisem jednego zawodnika – Argentyńczyk stracił tylko jeden punkt i wygrywając 7:1 doprowadził do piątej, decydującej partii.

Obaj zawodnicy byli bardzo skupieni na swoich gemach serwisowych, dlatego przez długi czas nie doszło do żadnego przełamania. Thiem bombardował w końca kortu, kończąc bezpośrednio wiele piłek, ale od czasu do czasu nadziewał się na potężny forehand del Potro, który siał spustoszenie i był nie do obrony. Argentyńczyk coraz ciężej biegał i ledwo oddychał, ale przy stanie 5:4 wywalczył w końcu piłki meczowe. Austriak pierwszą z nich wybronił, przy drugiej nie wytrzymał presji – popełnił podwójny błąd serwisowy i zakończył tym samym spotkanie. Del Potro odniósł wielki triumf i po 3 godzinach i 37 minutach wygrał 1:6 2:6 6:1 7:6(1) 6:4.

- Nie wiem, co mogę powiedzieć po tak wielkiej bitwie. Przez ostatnie dwa dni byłem chory, ale przyszedłem tu, by zagrać najlepiej jak potrafię. Starałem się poprawiać z gema na gem i myślę, że dałem radę walczyć dzięki wam – powiedział po meczu w kierunku kibiców.

Tenisista z Tandil dokonał rzeczy niebywałej – po fatalnych dwóch setach powrócił i odwrócił losy spotkania. Po raz kolejny udowodnił, że wygrywanie arcytrudnych meczów to jego specjalność. Wiele osób wspomina finał US Open 2009, w którym po słabym pierwszym secie i połowie drugiego potrafił postawić się wielkiemu Rogerowi Federerowi, zwyciężyć w pięciu setach i zdobyć swój pierwszy i jak dotąd jedyny tytuł wielkoszlemowy. Czy ostatni?

Tego przekonamy się już niebawem. W ćwierćfinale rywalem del Potro będzie właśnie Federer, który miał już kilka okazji zrewanżować mu się za tamtą porażkę, ale jeszcze nigdy na kortach Flushing Meadows. Zapowiada się kolejne wspaniałe widowisko, z którego tylko jeden zawodnik wyjdzie zwycięsko.

W półfinale może czekać Rafael Nadal, który również ma z del Potro rachunki do wyrównania – we wspomnianym turnieju sprzed ośmiu lat zdołał zdobyć jedynie sześć gemów, a Argentyńczyk pokonał go w boju o finał 6:2 6:2 6:2, co do dziś pozostaje jedną z najdotkliwszych porażek Hiszpana w jego pełnej sukcesów karierze.

Zobacz wideo