Wimbledon. Janusz Kubot dla Sport.pl: Syn przed turniejem skupił się na rehabilitacji. Mam nadzieję, że to zaprocentuje

Łukasz Kubot jest już w półfinale debla na Wimbledonie. Jego ojciec ma powody do radości, ale stara się być racjonalny. Zupełnie jak jego syn. - Jak pytałem go o pary, szanse to stwierdził tylko "Tato, to jeszcze za daleko" - opisuje w rozmowie ze Sport.pl. Wierzy, że Łukasz podoła imprezie pod względem zdrowotnym i kondycyjnym.

Łukasz Kubot i Marcelo Melo są w tym sezonie niepokonani na trawie. Triumfowali ostatnio na turniejach w w s'-Hertogenbosch i Halle. Wcześniej wygrali dwa prestiżowe turnieje ATP Masters 1000 w Miami i Madrycie. Na Wimbledonie właśnie awansowali do półfinału. W poniedziałek w III rundzie zwyciężyli grających z "czternastką" Rumuna Florina Mergeę i Pakistańczyka Aisam'a Ul Haq'a Qureshiego 6:7 (3:7), 4:6, 6:1, 6:4, 6:2. W środę w trzech setach wygrali z brytyjskimi braćmi Kenem i Nealem Skupskimi 7:6 (13-11), 6:4, 6:4.  

Kacper Sosnowski: Zebrał pan już gratulacje? Syn po trudnych meczach, awansował do półfinału gry deblowej...

Janusz Kubot: - Jest dobrze, ale można powiedzieć, że dopiero od ćwierćfinałów zaczyna się poważny turniej. Faworyci się wykruszyli. W drugiej połówce u deblistów nie ma już graczy rozstawionych. Zobaczmy jak wyrównane to są zawody. Łukasz i Marcelo zagrali dwa mecze na styku ( w II i III rundzie - przyp. red.) Bardzo cieszyliśmy się, że zakończyły się one na ich korzyść.

Po dwóch przegranych setach meczu III rundy z Mergeą i Qureshim co pan pomyślał?

- W pierwszym secie Łukasz z Melo nie grali rewelacyjnie. Syn stracił swoje podanie. Widać jednak było, że nie odstają od przeciwników. W tenisie trzeba mieć cierpliwość, a oni ją mieli. Wyciągnęli mecz. Wydaje mi się, że przy remisie 2:2 przewagę miała ta para, która dłużej ze sobą gra i lepiej się rozumie. To zdanie człowieka, który patrzy na to zboku, nie jest ekspertem.

Syn wycofał się z gry w mikście. Uzasadnił to powodami zdrowotnymi. Nie chciał się jeszcze bardziej forsować czy może musimy się o coś martwić?

- Na tegorocznym turnieju stworzyła się spora szansa, Jak mówiłem faworyci poodpadali. W jego połówce w ćwierćfinale też grały ze sobą dwie mocne pary (rozstawieni z jedynką Kontinen i Peers wygrali z turniejową dziesiątką Harrisonem i Venus - przyp red). Wydaje mi się, że to bardzo rozsądna decyzja. Podjęta została przecież po dwóch ciężkich, pięciosetowych meczach. Po takich obciążeniach prawdopodobieństwo złapania przypadkowej kontuzji jest większe. Teraz należy skoncentrować się na deblu. Przed Wimbledonem Łukasz był w Poznaniu. Ma tam swojego zaufanego fizjoterapeutę. To z nim się szykował, by wytrzymać ten turniej.Wydaje mi się, że on wie co robi. Proszę zauważyć, że Łukasz z Melo po tym jak wygrali dwa turnieje na trawie, na tydzień przed Wimbledonem, dalszą rywalizację odpuścili. Łukasz przyjechał do Polski, jednak w Poznaniu wiele nie trenował. Skupił się na rehabilitacji i odpoczynku. Mam nadzieję, że to teraz zaprocentuje.

Tym bardziej, że polsko-brazylijska para jechała do Londynu jako jeden z faworytów Wimbledonu, bez przegranej na trawie i z czterema wygranymi turniejami w sezonie...

Wizytówkę w tym roku mają znakomitą. Rzeczywiście jeśli chodzi o punkty, to w rankingu odjechali konkurencji, ale to nic nie znaczy. To co mi się jednak podoba u Łukasza to, że ciągle twardo stąpa po ziemi. Dla niego zawsze najważniejszy jest najbliższy mecz. Jak pytałem go o pary, jego szanse to odpowiedział: "Tato, to jeszcze za daleko. Najważniejszy jest najbliższy mecz". Tak trzeba chyba do tego podchodzić. Pełna koncentracja na najbliższych przeciwnikach. Nie ma co gdybać, bo bywa różnie. To tak jak niespodziankę zrobił Marcin Matkowski, który w duecie z Mirnym ograł braci Bryanów. Od razu otworzyła mu się drabinka.

 

Trzymamy zatem kciuki za powtórkę Australian Open i zwycięstwo naszego deblisty na Wielkim Szlemie...

Oby! Marzył mi się finał z Marcinem Matkowskim. To by była znakomita promocja naszego tenisa. Fajnie, że deblowe mecze pokazywane są w telewizji. Tu jest duża rola mediów i dziennikarzy, by o tej rywalizacji też pisać i to pokazywać. Jestem zaskoczony, bo odzywają się do mnie koledzy, którzy przeżywają i mówią, że sami grają w debla. Tacy ludzie po 50-tce to bardziej chcą poodbijać tę piłkę niż za nią pobiegać. Do tenisa trzeba zachęcić też młodych. Widziałem, że w jedną z promujących tę grę akcji włączył się Mariusz Fyrstenberg. O to chodzi. Niech tenis trafi do szkół, niech młodzi pograją i się poruszają. Nie muszą od razu być mistrzami. Niech się przynajmniej przez to zmniejszą kolejki do lekarzy...

Więcej o: