Tenis. Szczęśliwy turniej Jerzego Janowicza czy początek powrotu do wielkiej formy?

Najlepszy polski tenisista, Jerzy Janowicz, bardzo solidnie zaprezentował się w turnieju rangi ATP 250 w Stuttgarcie. Łodzianin doszedł do ćwierćfinału, a po drodze pokonał dużo wyżej sklasyfikowanego Grigora Dimitrowa. Czy istnieje więc szansa na powrót 26-latka do czołówki rankingu ATP? Tego przekonamy się niebawem - 3 lipca startuje Wimbledon, czyli turniej, w którym w 2013 roku osiągnął swój najlepszy rezultat wielkoszlemowy - półfinał.

Dwa dobre mecze

O meczu pierwszej rundy w Stuttgarcie przeciwko Andriejowi Kuzniecowowi mówiło się głównie ze względu na dość dziwne zachowanie Polaka. Wypowiadanie słów „Kocham burgery” – taki sposób motywacji wybrał sobie Janowicz, ale skoro przyniosło to zamierzony efekt, to nie można mieć do niego żadnych pretensji. Najważniejsze, że po przegraniu drugiego seta potrafił wrócić na swój poziom gry i zakończyć mecz pierwszym od lutego zwycięstwem.

Kolejnym rywalem był 12. tenisista świata i półfinalista ostatniego Australian Open, Grigor Dimitrow. Niektórzy twierdzą, że Bułgar rozegrał najgorsze spotkanie w ostatnim czasie i to było głównym powodem zwycięstwa Janowicza. Łodzianin wygrał w dwóch setach, raz przełamując rywala, ale co najważniejsze, ani razu nie oddał swojego gema serwisowego.

Mecz z punktu widzenia kibiców był dość nudny, ponieważ rzadko która wymiana miała więcej niż pięć uderzeń. Jeśli jednak tak właśnie mają wyglądać zwycięstwa Polaka, to nie powinniśmy mieć nic przeciwko. Był to też jego pierwszy triumf nad zawodnikiem z pierwszej „20” rankingu od marca 2015 roku, czyli od ponad dwóch lat.

Zimny prysznic

Kolejny przeciwnik, Benoit Paire, to dużo niżej sklasyfikowany zawodnik niż Dimitrow, ale paradoksalnie nie zwiastowało to nic dobrego. Wiadomo, że Polak często lepiej radzi sobie w roli totalnego „underdoga”, a mimo o wiele gorszego rankingu (155. kontra 49. Paire’a) był niewielkim faworytem meczu z Francuzem.

Paire to człowiek bardzo nieobliczalny. Często rzuca rakietami i kłóci się z sędziami, pokusił się kiedyś nawet o stwierdzenie, że nie lubi grać na trawie, a samego Wimbledonu nienawidzi. Do spotkania z Janowiczem podszedł jednak bardzo profesjonalnie. Wychodziła mu spora gama uderzeń i choć w polu serwisowym był zmienny – asy przeplatał podwójnymi błędami – to ostatecznie nie dał rywalowi żadnej szansy na przełamanie.

Janowicz nie mógł z kolei kompletnie wejść w uderzenie, często trafiał ramą, a na jego twarzy z biegiem czasu można było dostrzec coraz większą irytację. Serwował jak za starych dobrych lat, grubo ponad 200 km/h, ale co z tego, skoro w całym meczu zagrał tylko dwa asy i dał się przełamać dwukrotnie już w pierwszym secie. Przegrał dość gładko, ale patrząc na cały turniej, i tak pozostawił po sobie dobre wrażenie.

Co wiemy o grze Janowicza?

Każdy z trzech meczów Janowicza w Stuttgarcie coś nam powiedział o jego aktualnej dyspozycji. Z Kuzniecowem – że pomimo chwilowej zniżki formy potrafi wrócić na zwycięską ścieżkę, wspomagając się nawet nie tyle kontrowersyjnym, co po prostu dziwnym zachowaniem. Z Dimitrowem – że jeśli gra na najwyższym poziomie, to jest w stanie nawiązać wyrównaną walkę z dużo wyżej sklasyfikowanymi zawodnikami. Paire obnażył natomiast największą broń Polaka. Pokazał, że mocny serwis to nie wszystko i że można z łatwością przełamać wyższego i mocniej serwującego rywala.

Turniej w Stuttgarcie na pewno możemy uznać za dobry znak przed zbliżającym się Wimbledonem. W grze Janowicza widać jeszcze ogromny brak ogrania po kontuzji, ale trawa jest nawierzchnią, na której może się przełamać. Zwycięstwo nad Dimitrowem pokazało, że Polak jest w stanie pokonać dużo wyżej notowanego przeciwnika, którego spotkanie przy dobrej grze w Londynie będzie nieuniknione.

Wszystko zweryfikuje Wimbledon

Janowicz wciąż korzysta z tzw. zamrożonego rankingu, który pozwala mu startować w turniejach, do których nie mógłby być dopuszczony z aktualnym rankingiem. Dzięki temu mimo 138. lokaty, na którą awansował, nie musi się przebijać przez kwalifikacje, lecz od początku zagra w głównej drabince Wimbledonu. Będzie to na pewno dużym plusem, zważywszy na to, że nie wiemy w jakiej formie wydolnościowej jest łodzianin i jak długie batalie będzie w stanie znieść na korcie.

Trudno wskazać, czym powinien kierować się Janowicz, aby grać lepiej. Wszystkie jego uderzenia funkcjonują w miarę dobrze, pewność siebie w meczu z młodszym rywalem również nie powinna zawieść. Największym problemem jest w tej chwili tradycyjny brak ogrania.

Nie da się oszukać organizmu i może zdarzyć się mecz, w którym Janowicz nie będzie po prostu czuł gry. Kryzysowy moment przyjdzie na pewno, bo jest to rzecz nieunikniona nawet u największych mistrzów, a w połączeniu z brakiem ogrania może zakończyć marzenia o powtórzeniu sukcesu z 2013 roku. Porażkę będzie można wtedy usprawiedliwić, lecz polscy kibice mają nadzieję, że nastąpi ona możliwie jak najpóźniej.