Tenis. Król wciąż na tronie, lecz młode wilki powoli dochodzą do głosu, czyli co pokazał turniej ATP w Miami

Roger Federer ponownie zachwycił wszystkich kibiców tenisa, zwyciężając swój trzeci prestiżowy turniej w tym roku. W Miami zabrakło Novaka Djokovicia i Andy'ego Murraya, lecz uwagę od tego faktu odwrócili za pomocą dobrej postawy "Król Roger", Rafael Nadal oraz młodzi gniewni, czyli Nick Kyrgios i Alexander Zverev. Czy można więc mieć przypuszczenia, że turnieje wielkoszlemowe zostaną w tym roku zdominowane przez tych czterech zawodników?

Federer lepszy niż kiedykolwiek?

Nikt nie wierzył w jego triumf przed Australian Open i mało kto przypuszczał, by stać go było na zwycięstwo w Indian Wells. On jednak w obu tych turniejach zaprezentował się znakomicie i w fenomenalnym stylu zdobył dwa cenne puchary.

Przed Miami, gdzie miała się odbyć kolejna impreza rangi Masters 1000, wycofali się zarówno Andy Murray, jak i Novak Djoković. Co ciekawe, obaj z tego samego powodu - kontuzji prawego łokcia. Dzięki temu grono faworytów do zwycięstwa na Florydzie znacząco się zmniejszyło. Był Stan Wawrinka, Kei Nishikori, Milos Raonić, lecz tym razem wszyscy przyglądali się od początku Rogerowi Federerowi i Rafaelowi Nadalowi. Inaczej niż w Indian Wells, w Miami znaleźli się po przeciwnych stronach drabinki, ich bezpośrednie starcie mogło więc nastąpić dopiero w finale. Tak się właśnie stało.

Szwajcar miał znacznie trudniejszą drogę od Hiszpana. W 3. rundzie zmierzył się z Juanem Martinem del Potro, czyli rywalem, z którym podczas US Open 2009 stworzyli jedno z najwspanialszych widowisk w historii dyscypliny. Osiem lat po tamtym wydarzeniu znacząco lepszy okazał się starszy z nich - Federer zwyciężył 6:3 6:4, nie dając swoim znakomitym backhandem i agresywną grą żadnych szans wspieranemu przez południowoamerykańską publiczność Argentyńczykowi.

Kolejne dwie rundy z Roberto Bautistą-Agutem i Tomasem Berdychem były dla faworyta dużo cięższe niż można się było spodziewać. Ostatecznie Federer wygrał te spotkania, z Hiszpanem w dwóch tie-breakach, a z Czechem w trzech zaciętych setach, lecz jego gra nie wyglądała już tak imponująco. Wielu kibiców i ekspertów twierdziło, że pomimo geniuszu, wiek daje o sobie znać i Szwajcar wyraźnie spuszcza powoli z tonu.

Na prawdziwy spektakl zapowiadał się jego półfinałowy pojedynek z Nickiem Kyrgiosem. Panowie spotkali się wcześniej jeden raz, na ceglanym korcie w Madrycie w 2015 roku. Wtedy po trzech tie-breakach triumfował nieoczekiwanie Australijczyk, dzięki czemu przez niemal dwa lata miał korzystny bilans z Federerem. Rewanż w Miami lepiej będzie wspominał zaś Szwajcar - zawodnicy, których różnica wieku wynosi 13 lat stworzyli wspaniałe widowisko, ponownie rozegrali trzy tie-breaki, lecz tym razem górą był właśnie "Król Roger".

Przed finałem, w którym miał po raz kolejny stawić czoła Nadalowi, dużo wskazywało na wygraną Hiszpana. Bardzo łatwe zwycięstwo z Fabio Fogninim w półfinale, wciąż korzystny bilans spotkań z Federerem i pragnienie triumfu w Miami, gdzie przegrywał dotychczas czterokrotnie w finałach, przemawiały za 30-latkiem z Majorki. Argumentem Szwajcara była jednak fantastyczna postawa w ostatnim czasie i jak na mistrza przystało - po raz kolejny zaprezentował się znakomicie i po raz kolejny triumfował nad odwiecznym rywalem. Już trzeci raz w tym sezonie.

Jak długo będziemy jeszcze obserwować dominację Szwajcara? Wielkie pieniądze wygrałby ten, kto przewidziałby przed sezonem, że Federer zdobędzie trzy najważniejsze tytuły pierwszego kwartału roku. Niebawem rozpocznie się sezon na kortach ceglanych, z którego postanowił się wycofać i zdecydował się jedynie na występ w Paryżu. Przy obecnej formie Djokovicia i Murraya nikt się nie zdziwi, jeśli podczas Rolanda Garrosa ponownie ujrzymy finałowy pojedynek Rogera z Rafą. O Wimbledonie i US Open już nie mówiąc, bo tam Szwajcar będzie niezaprzeczalnie ogromnym faworytem do zdobycia kolejnego pucharu wielkoszlemowego. 20 szlemów Federera? Niedawno nierealne, dziś całkiem prawdopodobne.

Znakomity Kyrgios

Wiele razy czytało się o występkach Nicka Kyrgiosa, które tak bardzo szargały opinię całego tenisa. 21-latek w Indian Wells i Miami zaprezentował się jednak naprawdę dobrze, pokazując, dlaczego przez wielu jest uważany za niebywały talent.

Można go lubić lub nie, ale trzeba przyznać jedno - mecze Kyrgiosa są bardzo ciekawe, nie tylko dla koneserów tenisa, lecz także dla niezaznajomionego widza. Australijczyk daje bowiem dyscyplinie pewną odmienność od tego, do czego wszyscy się przyzwyczailiśmy. Obrażaniem rywali i przeklinaniem na korcie sympatii kibiców nie zyska, ale jego postawa w Miami, szczególnie w meczach ze Zverevem i Federerem, budzi ogromne zainteresowanie.

Doradzenie Niemcowi, aby skorzystał z wideoweryfikacji, bo jego zdaniem piłka była dobra, czy opóźnienie gry z powodu "niepełnosprawnej" pszczoły na korcie to zachowania, którymi został nagrodzony brawami. Jeśli chodzi o samą grę, nie można nie zwrócić uwagi na jego hot-dogi, tweenery, czyli po prostu uderzenia między nogami. Stały się one znakiem firmowym Australijczyka, bo choć popisuje się nimi często w zaskakujących momentach i wielu ekspertów go za to krytykuje, to jednak większość z tych wymian, o dziwo, wygrywa. A póki tak się dzieje, nikt nie może mu nic zarzucić.

U niepokornego młodzieńca ważniejsza jest w tej chwili jednak inna rzecz, a mianowicie: Kyrgios ewidentnie przykłada się do gry i co najważniejsze - zależy mu. Od dawna spekulowano, że talent ma ogromny, umiejętności wcale nie mniejsze, lecz największym problemem jest jego głowa. Teraz, kiedy daje z siebie maksimum, stał się zawodnikiem równym Federerowi i Nadalowi. W Miami o zwycięstwie Szwajcara przesądziły detale, bo po wyniku 7:6 6:7 7:6 nie można powiedzieć, że któryś był lepszy. Kyrgiosowi zabrakło naprawdę niewiele, by sprawić po raz kolejny niespodziankę, lecz tym meczem i wcześniejszym ze Zverevem wysłał wszystkim sygnał, że jego czas powoli nadchodzi. Jeszcze niedawno nikt o tym nie mówił, ale przy takiej postawie i przede wszystkim chęci do gry, zwycięstwo Australijczyka w turnieju wielkoszlemowym wydaje się być kwestią czasu.

W najbliższym czasie czeka nas wiele turniejów na nawierzchni ziemnej, z których najważniejsze odbędą się w Monte Carlo, Madrycie i Rzymie. Podczas mowy końcowej po finale w Miami Federer zapowiedział, że w tej chwili nie myśli o żadnych rozgrywkach i ponownie zobaczymy go dopiero pod koniec maja na wielkoszlemowym Roland Garros. Można się było spodziewać takiego ruchu Szwajcara, dla którego mączka nigdy nie była ulubioną nawierzchnią. Przy tak fantastycznej dyspozycji nie mogło też zabraknąć pytań o możliwy powrót na miejsce lidera rankingu ATP, lecz "Król Roger" przyznaje, że tym się nie przejmuje, a celem numer jeden jest zwycięstwo na Wimbledonie.

Kto więc będzie rządził światowym tenisem w ciągu najbliższych dwóch miesięcy? Odpowiedź nasuwa się sama - nie dość, że również przeżywa swoją drugą młodość, to jeszcze na mączce czuje się jak ryba w wodzie - Rafa Nadal. Możliwe, że zobaczymy go we wszystkich trzech turniejach Masters 1000, lecz u niego cel na bieżący sezon jest zapewne nieco inny - triumf we French Open. Hiszpan i jego kibice widzą, że stworzyła się znakomita szansa na dziesiąty puchar w Paryżu, bowiem w stolicy Francji może okazać się lepszy zarówno od mocnego Federera, jak i od Novaka Djokovicia, który, zgodnie z ostatnią regułą, powinien odpaść gdzieś wcześniej. Nie mówiąc, oczywiście, o Murrayu, który, z całym szacunkiem, ale na mączce jest najsłabszy z całej "Wielkiej Czwórki".

Już od 10 kwietnia zawodnicy walczyć będą w Houston i Marrakeszu, turniejach rangi Masters 250. Wielkoszlemowy Roland Garros rozpocznie się 28 maja i będzie trwał tradycyjnie dwa tygodnie.

Więcej o: