US Open. Novak Djoković znów był skałą na korcie

Serbski terminator pokonał Rogera Federera 6:4, 5:7, 6:4, 6:4 w finale US Open i zdobył dziesiąty tytuł wielkoszlemowy. - Do zobaczenia za rok - powiedział 34-letni Szwajcar, dając do zrozumienia, że nie zamierza kończyć kariery.

Federera pchał do zwycięstwa tłum 20 tys. zakochanych w nim fanów, którzy czasem zachowywali się bardzo nieładnie, wiwatując na przykład przy przestrzelonych serwisach Djokovicia. Nadzieję dawały Szwajcarowi statystyki - w tym sezonie dwukrotnie Serba pokonał, w tym przed trzema tygodniami w finale w Cincinnati. Media pękały od analiz, na ile pomocna może się okazać nowa ofensywna taktyka SABR (sneak attack by Roger - tak nazwali ją dziennikarze), polegająca na tym, że Federer ruszał do siatki przy drugich serwisach rywali. Ale gdy nadeszła dla niego godzina próby, czyli połowa trzeciego seta, okazało się, że od finału Wimbledonu nic się zmieniło.

Federer może i potrafi pokonać Djokovicia w Cincinnati i Dubaju, ale gdy stawka gwałtownie rośnie, ręka pierwsza drży jemu, a nie Serbowi. Szwajcar miał w trzeciej partii piłki na przełamanie podania rywala, ale Djoković przyparty do ściany zagrał genialnie, wybronił się serią doskonałych akcji defensywnych, a potem przypuścił wyborny kontratak. Scenariusz porażki Federera był taki sam jak w Londynie, gdzie też w finale Serb triumfował 3-1 w setach. Djoković w defensywie był jak skała, biegał jak szalony, przebijał nieprawdopodobnie trudne piłki i przeważał w dłuższych wymianach. A w nich, tak jak niegdyś Rafael Nadal, bombardował nieustannie jednoręczny bekhend Szwajcara, jego jedyny słaby punkt. Federer odbijał piłkę kilka razy, ale w końcu się mylił. W sumie popełnił aż 54 niewymuszone błędy (Djoković - 37), większość właśnie z bekhendu.

Federer od turnieju w Halle w połowie czerwca doskonale serwował, bywały całe turnieje (Cincinnati), gdy nie stracił podania ani razu. Nie licząc starć z Djokoviciem, dał się od czerwca przełamać rywalom ledwie trzykrotnie (raz Gillesowi Simonowi i dwa razy Philippowi Kohlschreiberowi). Gdy stawał jednak naprzeciwko Djokovicia, najlepiej returnującego gracza świata, tracił najsilniejszą broń. Djoković w finałach Wimbledonu i US Open przełamał go w sumie dziesięć razy! Federer nie umiał na to odpowiedzieć, choć momentami grał wspaniale, czarował piękną techniką, to na 23 próby tylko cztery razy zabrał podanie Serbowi.

- Do zobaczenia za rok - powiedział po meczu Szwajcar, a stadion odetchnął z ulgą, bo nie było pewne, czy wciąż będzie miał ochotę walczyć o 18. tytuł wielkoszlemowy. Federer podkreślił, że przegrał, bo nie umiał znaleźć optymalnej dawki ryzyka w swojej grze. - Musiałem grać odważnie, agresywnie, ale zawaliłem decydujące momenty meczu - przyznał.

Sytuacje, gdy cały stadion był przeciw niemu, Djoković znosił kiedyś znacznie gorzej. Potrafił się nawet wdawać w pyskówki z kibicami. W poniedziałek z uśmiechem mówił, że kibiców rozumie, że to zaszczyt grać z Federerem, bo "i tak jest największy z nas wszystkich".

Serb zdobył dziesiąty tytuł wielkoszlemowy, na liście wszech czasów zrównał się z Billem Tildenem. Tylko jednego trofeum brakuje mu do Björna Borga. Do Nadala i Pete'a Samprasa - czterech.

Kto wie, czy szybko ich nie dogoni. Ma 28 lat i jeszcze kilka sezonów gry na wysokim poziomie przed sobą. A na razie ciężko znaleźć mocnych na serbskiego terminatora. W tym roku czekaliśmy na klasycznego Wielkiego Szlema Sereny Williams, ale to Djoković był bliżej - na 28 meczów w Szlemie przegrał tylko jeden, w finale Rolanda Garrosa ze Stanem Wawrinką.

Więcej o: