Tenis. Niebezpiecznie fascynujący Janowicz

Proszę mi wierzyć, że zarówno wiecznie skoncentrowany i wyciszony Łukasz Kubot, jak i szalejący na korcie Jerzy Janowicz czy słaniający się między punktami w rytm wygłaszanego monologu Michał Przysiężny to sportowcy, którzy za zwycięstwo w turnieju ATP daliby się pokroić. Reprezentacyjna koszulka wyzwala w nich jeszcze większą dawkę emocji, więc uznanie wyższości 16 reprezentacji, które dumnie rozpychają się w prestiżowej Grupie Światowej, musi być dla naszych zawodników bardzo bolesne - pisze na swoim blogu ?Vamos? Marek Furjan.

Marek Furjan powrócił jeszcze raz do sytuacji, jaka miała miejsce podczas i po meczu Pucharu Davisa pomiędzy Polską a Chorwacją. Meczu, który zdecydował, że nie awansujemy do Grupy Światowej, i który został zapamiętany głównie z powodu konferencji prasowej Jerzego Janowicza.

"O trzech pięciosetowych pojedynkach, stojącym na wysokim poziomie meczu deblowym i dalszych losach polskiej reprezentacji wielu oceniających nawet nie wspomniało. Byliśmy faworytami, czego nie krył przed meczem nawet kapitan Szymanik, lecz gdyby wyniki w sporcie ustalane były na podstawie rankingów i notowań, Marion Bartoli nie wygrałaby Wimbledonu, a Kubot i Lindstedt nie sięgnęliby po trofea w Melbourne Park. Co gorsza, nie narodziłaby się gwiazda Agnieszki Radwańskiej, bo w końcu jakim prawem 17-latka ograła w 2006 r. w Warszawie Anastazję Myskinę?!?

Głównymi tematami, jakie po występie na Torwarze pojawiły się w mediach, były występy Janowicza na konferencjach prasowych i fakt, iż nasz najlepszy singlista przegrał z 17-latkiem. Bornę Coricia, bo o nim mowa, przedstawiano jako 295. rakietę świata i chłopaka, który nie wygrał ani jednego meczu w turnieju ATP. To, że utalentowany mieszkaniec Zagrzebia był niedawno liderem juniorskich list, we wrześniu ubiegłego roku sięgnął po juniorski tytuł US Open, wygrał pięć seniorskich turniejów ITF, a w grudniu przygotowywał się do nowego sezonu w Hiszpanii z Rafaelem Nadalem, kłóciło się z założeniami tekstów i programów oceniających występ Janowicza i kolegów.

Tematem numer jeden, nie tylko w środowisku sportowym, stało się niedzielne wystąpienie Jerzego Janowicza. Zraniony drugą przegraną pięciosetówką zawodnik najwyraźniej nie ochłonął po intensywnej wizycie na korcie i z łatwością wyrzucił z siebie myśli, które siedziały w jego głowie zapewne od dłuższego czasu. W swoich poglądach miał wiele racji, jednak większa część środowiska dziennikarskiego uznała treść i formę za nieodpowiednie. Pobudzony tenisista, który spotkał się z dziennikarzami niedługo po przegraniu zaciętego meczu z Marinem Ciliciem wygłaszał swoje przemyślenia tubalnym głosem, charakterystycznym dla giganta, który ma ponad dwa metry wzrostu.

W przeciwieństwie do lwiej części osób, które po niedzielnym wystąpieniu zabierały na jego temat głos, absolutnie nie jestem zbulwersowany wypowiedzią tenisisty. Forma, w którą Janowicz ubrał swoje wystąpienie, rzeczywiście nie pasuje do opowieści o tenisie jako sporcie dla dżentelmenów, którzy po rozegranym spotkaniu zasiadają przy jednym stole, aby dobre ciastko popić aromatyczną herbatą - koniecznie z wyprostowanymi plecami. Ale czy musi? Jeżeli ktoś uważnie śledzi rozwój dyscypliny, bez problemów stwierdzi, że łatka "krystalicznego sportu" już wiele lat temu zaczęła się od tenisa odpruwać. Kibice i eksperci, którzy są w stanie odgrzebać najbardziej odległe wspomnienia, muszą zaakceptować zmiany i odchylenia od drogi, którą niegdyś podążało 99 proc. zawodników. To, że obok skromnego Nadala i wyciszonego Ferrera w dzisiejszych rozgrywkach jest miejsce dla wybuchowego Gulbisa i przepełnionego pewnością siebie Paire'a, jest jedną z największych zalet tenisa. Jedynym punktem na tenisowej mapie, który wciąż stara się pozostać sterylny, jest Wimbledon - dla jednych turniej mdły, dla innych magiczny. Dyrektorzy pozostałych 64 męskich zawodowych imprez zmierzają w zupełnie innym kierunku. Nieprzypadkowo.

Goran Ivanisević - wybitny tenisista, a obecnie trener Marina Cilicia - mówił mi w Melbourne: "Często nie rozumiem publiczności, która na barwne zachowania reaguje buczeniem. Jeżeli chcę złamać rakietę, to moja sprawa. Nie rozumiem, co to kogo obchodzi". Słowa chorwackiego mistrza Wimbledonu z 2001 r. dobrze oddają to, co od wielu miesięcy tworzy się wokół Jerzego Janowicza. Słynne "how many times", które w naszym kraju wzbudziło tyle kontrowersji, na ówczesnym rywalu Janowicza Somdevie Devvarmanie nie zrobiło żadnego wrażenia. Hindus, który przegrał wspomniane spotkanie w pięciu setach, z uśmiechem na twarzy podkreślał, że pomimo barwnych zachowań Janowicz w stosunku do rywala zachowuje się zawsze fair. Można przypomnieć również zdarzenia z Miami, gdzie po niegroźnym przekomarzaniu się z kibicami Thomaza Bellucciego Janowicz ponownie stał się w Polsce symbolem chamstwa i antyreklamy dla kraju. Obejrzałem spotkanie dwukrotnie, od deski do deski, pauzując przy drugim podejściu obraz w momentach uznanych przez niektórych moich kolegów za kontrowersyjne. Nie znalazłem żadnej sytuacji, po której musiałbym za reprezentanta swojego kraju się wstydzić.

To, co po ostatnich wydarzeniach na obiekcie Torwaru zaskoczyło mnie najbardziej, to liczba dziennikarzy i ekspertów, którzy zabrali głos w tej sprawie. Wypowiadał się każdy: prowadząca program śniadaniowy, która stwierdziła, że Cilić to 17-latek, pan od marketingu sportowego, który napomknął, że "Janowicz jest po prostu słabym tenisistą, a jego sukces podczas turnieju w Paryżu był przypadkowym zwycięstwem", przedstawiciele innych dyscyplin. Zgadza się: każdy obywatel ma prawo do oceny. Tylko jaką wartość ma opinia człowieka, który nie wie nawet, że "słaby tenisista Janowicz" dotarł nie tak dawno do półfinału Wimbledonu? Ja również mogę raczyć Was wpisami o siatkówce, piłce wodnej i hokeju, o których nie mam bladego pojęcia. Tylko w jakim celu?

Żaden z oceniających sytuację - ze mną włącznie - nie zna wszystkich problemów, jakie dotykają naszego tenisistę. W ostatnich dwóch tygodniach dotarło do mnie wiele głosów mówiących o tym jak wyglądają kulisy Pucharu Davisa i kuchnia Polskiego Związku Tenisowego. Niewiele było historii zabawnych, przy kilku można było za to zrobić duże oczy.?

Nie mam wątpliwości, że w zależności od osiąganych wyników sportowych, charakter Janowicza odbierany będzie jako atut lub wada. Jeżeli będzie wygrywał - przysłowiowy Kowalski będzie z niego dumny, bo wyrazisty zawodnik utrze nosa przeciwnikowi, przed którym innym ugięłyby się nogi. Jeżeli będzie przegrywał - ten sam człowiek będzie się za niego wstydził, bo Jerzy ciśnie kilkukrotnie rakietą i podyskutuje z arbitrem na temat spornych piłek. Ot, tradycyjne piekiełko.?

"To, co jest w Janowiczu niebezpieczne to fakt, że nie wiesz czego się po nim spodziewać" - mówił mi w styczniu 2013 roku Somdev Devvarman. Jedni się tego boją, dla innych jest to fascynujące- pisze na swoim blogu Marek Furjan.

Zobacz wideo

Marek Furjan na blogu, na Twitterze i na Facebooku

Więcej o: