Tenis. Federer walczy o Londyn, dolary i o to, by rósł chiński tenis

Po raz pierwszy od 11 lat nie jest pewne, czy Szwajcar zakwalifikuje się do kończącego sezon turnieju Masters. 26 dni przed początkiem ATP World Tour Finals w Londynie, wieńczącej rok imprezy z pulą nagród 4,5 mln dol. dla ósemki najlepszych, Roger Federer zajmuje siódme miejsce w rankingu.

Po piętach depczą mu: rodak Stanislas Wawrinka, Francuz Richard Gasquet, Kanadyjczyk Milos Raonic i Francuz Jo-Wilfried Tsonga. Siódmego Federera od 11. Tsongi dzieli ledwie 400 pkt. Tyle można zdobyć za półfinał średniej wielkości turnieju, a do listopada zostały jeszcze: jeden duży, dwa średnie i jeden mały.

Gdyby Szwajcara w Londynie zabrakło, byłby to pierwszy taki przypadek od 2001 r. Federer jest sześciokrotnym zwycięzcą, nikt nie wygrywał kończącej rok imprezy częściej.

Zazwyczaj udział w Masters zapewniał sobie latem, gdzieś między Wimbledonem i US Open. Teraz 17-krotny triumfator turniejów Wielkiego Szlema o awans musi walczyć do końca, bo rozgrywa najsłabszy sezon od 2002 r. Po raz pierwszy od tego czasu nie zagrał w żadnym finale Szlema, zdobył tylko jeden mały tytuł w Halle. Gorsze wyniki to po części efekt rosnącej w siłę konkurencji, ale też dołującej formy 32-letniego mistrza. Eksperci uważają, że jest wolniejszy niż kiedyś, a z jego finezyjnym stylem coraz trudniej oprzeć mu się grającym siłowo rywalom.

- To był słaby rok, ale chcę zakończyć go mocnym uderzeniem - powtarza Federer, który dziś w Szanghaju zmierzy się z Włochem Andreasem Seppim. W Chinach ma trudne losowanie, bo trafił do ćwiartki z Novakiem Djokoviciem. Punktów będzie jeszcze potem szukał w Bazylei i Paryżu.

Federerowi w awansie może pomóc Andy Murray (ATP 3), który kilka tygodni temu przeszedł drobną operację kręgosłupa i niewykluczone, że się wycofa. "Masters bez Murraya i Federera? To dopiero byłby koszmar" - napisał "Daily Telegraph". - Roger pojedzie do Londynu. Jestem o to spokojny. Koniec sezonu to zawsze był jego najlepszy czas - stwierdził Rafael Nadal, który od poniedziałku po dwóch latach przerwy wrócił na prowadzenie w rankingu ATP.

W sensie sportowym opuszczenie Masters byłoby kolejnym ciosem, ale finansowo - prawie żadnym. Imperium Federera trzyma się mocno i bez wielkich wyników. "Forbes" szacuje, że z 400 mln dol., które Szwajcar zarobił od początku kariery, tylko 77 mln pochodziło z nagród w turniejach. Reszta to kontrakty sponsorskie. Federer jest ambasadorem wielu ekskluzywnych marek, m.in. zegarków Rolex, samochodów Mercedes, szampanów Moët & Chandon. Sporo umów jest wieloletnich - będą trwały nawet po zakończeniu jego sportowej kariery. Np. kontrakt z Nike, dający 16 mln dol. rocznie, jest ważny co najmniej do 2018 r. bez względu na to, czy Federer będzie grał, czy nie.

W Szanghaju Szwajcar zainkasował już kilkaset tysięcy dolarów ekstra - za sam przyjazd od Rolexa, głównego sponsora. I od chińskiej federacji, która poprosiła go, by w celach promocyjnych wystąpił w deblu z najlepszym chińskim tenisistą Zhang Ze (ATP 271). Media przezwały ich egzotyczny duet "Team FeZerer". - Mam nadzieję, że chiński tenis będzie dalej rósł w siłę - stwierdził z uśmiechem Federer po zwycięskim meczu, w którym koalicja szwajcarsko-chińska rozbiła 6:2, 6:1 Kevina Andersona z RPA i Rosjanina Dmitrija Tursunowa.

Federer przyciągnął do hali ponad 10 tys. fanów wyposażonych w transparenty z napisem "Kochamy Cię, Roger" i inne dowody uwielbienia. Choć w singlu nie wygrał jeszcze w Chinach meczu, biznesowo już jest królem.

Więcej o: