Wimbledon. Serena kroczy po czwarty tytuł

Serena Williams zagra w kobiecym finale Wimbledonu z Wierą Zwonariewą i będzie zdecydowaną faworytką. W piątek męskie półfinały: Andy Murray - Rafael Nadal i Novak Djoković - Tomasz Berdych.

Wśród kobiet z młodością wygrało doświadczenie. Najpierw znacznie bardziej utytułowana Rosjanka Wiera Zwonariewa (WTA 21) przerwała piękny sen kopciuszka z Bułgarii, czyli 22-letniej Cwetany Pironkowej (WTA 82), wygrywając 3:6, 6:3, 6:2. W drugim półfinale na początku zapachniało sensacją, bo 20-letnia Czeszka Petra Kvitova (WTA 62) prowadziła z Sereną Williams 4:2, ale później broniąca tytułu Amerykanka (WTA 1) wprowadziła na korcie swoje porządki i skończyło się zgodnie z planem - 7:6 (7-5), 6:2.

Wiera w pierwszym szeregu

Pironkowa na konferencjach prasowych w Wimbledonie opowiadała zdumionym zachodnim dziennikarzom, że w jej kraju nie tylko nie ma kortów trawiastych, ale w ogóle w bułgarskim tenisie było raczej biednie i smutno, a ona sama mogła grać w tenisa, bo jej dziadek sprzedał obrazy, które sam malował (tak samo było z Agnieszką Radwańską i jej dziadkiem!). Musiała też tłumaczyć, że Sofia to nie jest jedyne bułgarskie miasto, jest jeszcze Płowdiw, z którego pochodzi, i kilka innych. Rozbawiła też wszystkich, wyznając, że w Londynie nie spodziewała się wielkiego wyniku i zwycięstw z Venus Williams oraz Marion Bartoli, więc wynajęła sobie noclegi tylko na pierwszy tydzień, przez co z rezerwacją czegoś na ostatnią chwilę musiała ratować ją później bułgarska ambasada.

Ani ambasada, ani dziadek nie mogli jednak uratować Pironkowej od porażki w półfinale. Zwonariewa, choć przegrała pierwszego seta, była tenisistką lepszą, dojrzalszą, z większą różnorodnością uderzeń i z większą taktyczną wizją tego, co na korcie zdarzyć się może. 22-letnia Bułgarka biła piłki mocno, w miarę możliwości po rogach, ale na tym właściwie jej plan się skończył. Zwonariewa umiała zagrać dropszota, ruszyć do siatki, zmienić rytm, rotację, więcej kombinowała i dzięki temu wygrała.

Dla Zwonariewej, 25-letniej Rosjanki z Moskwy, to największy życiowy sukces. Wprawdzie wygrała już 10 turniejów WTA, a rok temu, zanim na długo kontuzjowała sobie kostkę, była nawet piąta na świecie, ale do naprawdę wielkiego tenisa zawsze kilku kroków jej brakowało. Nigdy wcześniej nie grała w wielkoszlemowym finale, a w półfinale tylko raz - w Melbourne w 2009 r. Wśród niezmierzonych zastępów rosyjskich tenisistek Zwonariewa ginęła gdzieś w trzecim szeregu, zawsze były od niej lepsze, bardziej wyraziste postaci. Wiera nie jest ładna jak Szarapowa, nigdy nie była też mocna jak Safina czy Kuzniecowa, była zwyczajna. Mówiło się, że stoi w miejscu, bo nie ma głowy do wielkich meczów, pali się psychicznie. W czwartek, po raz pierwszy, nie pękła do samego końca.

Jej sukces już jest ogromny, bo 1400 pkt, które otrzyma za finał, da jej powrót w rankingu na minimum dziewiąte miejsce. Oznacza to też, że z dziesiątki wypadnie Agnieszka Radwańska. Polka wyląduje na 11. miejscu.

Lewa ręka to za mało

W drugim półfinale 20-letnia Petra Kvitova, która pokonała w poprzednich rundach m.in. Karolinę Woźniacką i Viktorię Azarenkę, nie dała rady sprawić trzeciej megasensacji i poległa z broniącą tytułu Sereną Williams. Kvitova ma w lewej ręce dynamit (ostatnią leworęczną finalistką była jej rodaczka Martina Navratilova), ale na zwycięstwa z tenisistkami tak solidnymi jak Serena, jest dla niej jeszcze za wcześnie. Amerykanka, która awansowała właśnie do 16. wielkoszlemowego finału i szóstego finału w Londynie, w chwilach zagrożenia serwowała tak, że ziemia trzęsła się aż po Tamizę.

W sobotnim finale Serena będzie zdecydowaną faworytką. W sześciu pojedynkach Zwonariewa wygrała z nią dotąd tylko raz - cztery lata temu w Cincinnati.

Na Wyspach wymrą ulice

W piątek męskie półfinały. Najpierw Tomasz Berdych zagra z Novakiem Djokoviciem, a potem Wielka Brytania wstrzyma oddech, bo Andy Murray stanie naprzeciw Rafaela Nadala. Szkot ma szansę zostać pierwszym Brytyjczykiem w finale Wimbledonu od 1938 r. (Bunny Austin), a potem pierwszym zwycięzcą od 1936 r. (Fred Perry). Jeśli mecz przeciągnie się do wieczora, przed telewizorami może zasiąść nawet 18-20 mln ludzi, czyli prawie tyle, ile oglądało mecze reprezentacji Anglii na mundialu. Do tej pory tenisowe rekordy oglądalności padały na Wyspach, gdy w półfinałach przegrywał Tim Henman, ale nigdy nie przekroczyły bariery 15 mln widzów.

Brytania wierzy w Murraya mocno, bo tak dobrego tenisisty rzeczywiście od prehistorycznych czasów Freda Perry'go nie miała. Szkot jest szybki, zwinny, świetny technicznie i w efektowny sposób pokonał już w tym roku Nadala w Australian Open. Ale ma też jedną wadę - czasem tego spojrzenia narodu, liczonego w dziesiątkach milionów, po prostu nie wytrzymuje. Najważniejsze mecze dotąd zawsze przegrywał - finał US Open z Federerem, zeszłoroczny półfinał Wimbledonu z Roddickiem i tegoroczny finał Australian Open, znów z Federerem. "Jestem gotowy" - napisał teraz w swoim blogu Szkot, ale gotowy jest też Nadal, który w Wimbledonie jest niepokonany od 12 meczów. Odkąd w 2008 r. wygrał cały turniej, nie przegrał z nikim - w zeszłym roku nie wystartował przez kontuzję. Nadal wygrywa w Londynie w stylu Bjoerna Borga, który tak jak Hiszpan teraz, adoptował 30 lat temu na trawie defensywny styl rodem z Rolanda Garrosa z mocno podkręconą top-spinową piłką. Szwed zatrzymał się na pięciu tytułach, Nadal ma dopiero jeden. Wielka Brytania o tym też powinna pamiętać.

7

razy wygrał Rafael Nadal z Andym Murrayem, w tym jedyny ich mecz w Wimbledonie w 2008 r. Szkot zwyciężył Hiszpana tylko trzykrotnie, ale był lepszy w ostatnim pojedynku - w styczniu w Australian Open

Specjalny tenisowy serwis o Wimbledonie ?

Więcej o: