Wimbledon. Novak Djoković triumfuje po raz czwarty w karierze. Kevin Anderson obecny tylko w trzecim secie

Novak Djoković po trzech latach przerwy ponownie najlepszy w wielkoszlemowym Wimbledonie! Serbski tenisista pokonał w niedzielnym finale Kevina Andersona 6:2, 6:2, 7:6(2) i zdobył swój czwarty tytuł na londyńskiej trawie. Spotkanie zawiodło - Afrykaner dorównywał faworytowi tylko w trzecim secie, na co z pewnością miał wpływ wyczerpujący półfinał z Johnem Isnerem.

Skład męskiego finału Wimbledonu był dość nieoczekiwany. Novak Djoković zameldował się w nim pokonując po drodze m.in. Kyle’a Edmunda, Keia Nishikoriego i w półfinale po fantastycznym widowisku Rafaela Nadala. Kevin Anderson sprawił zaś sensację, eliminując w ćwierćfinale głównego faworyta, Rogera Federera. Następnie stoczył zaciętą, niemal siedmiogodzinną batalię z Johnem Isnerem. Niestety, było to widać w niedzielę na korcie centralnym.

Rafał Majka "przejechany" na Tour de France. "To jest rzeźnia"

Novak Djoković znakomicie rozpoczął finałowe spotkanie. Już w pierwszym gemie przełamał serwis Andersona, a chwilę później powtórzył ten wyczyn. Grał niebywale mądrze, spychał rywala do defensywy, mieszał rotacje zmuszając go do uderzania piłki z niskiej pozycji. Wszystko to było doskonałą receptą na Afrykanera, który ewidentnie odczuwał skutki rekordowego półfinału z Johnem Isnerem. Ponadto  bardzo słabo serwował – trafiał tylko 45 procent pierwszego podania. Wyrzucał piłki na aut lub zagrywał w siatkę, przez co pierwsza partia zakończyła się po niespełna pół godzinie gry. Djoković wygrał gładko 6:2 i spokojnie wyszedł na prowadzenie w meczu.

Serb nie szukał skomplikowanych rozwiązań. Nie przechodził do ofensywy i skupiał się na spokojnym przebijaniu piłki. Wystarczał mu bardzo pewny serwis i cierpliwość. Anderson próbował zmienić losy pojedynku, atakował, ale popełniał liczne błędy lub nadziewał się na niszcząca kontrę faworyta. Powtórzył się scenariusz z pierwszego seta – Djoković dwukrotnie przełamał i wyszedł na prowadzenie 5:1. Zakończył identycznym wynikiem i prawie zupełnie niezmęczony usiadł na krzesełku. Przy wielkim zawodzie publiczności, która zdawała sobie sprawę, że może to być jeden z najkrótszych finałów w historii Wimbledonu.

Zbigniew Boniek wyjaśnił, dlaczego nie zatrudnił Gianniego De Biasiego

Anderson zdając sobie strawę ze swojej fatalnej sytuacji, zaczął grać zdecydowane lepiej. Popełniał mniej błędów, a jego ataki wyrządzały krzywdę Djokoviciowi. Nie wszystkie, ale jednak. Serb poziomu swojej gry także nie obniżył, przez co trzecia odsłona była bardzo wyrównana. Obaj zawodnicy pewnie wygrywali swoje gemy serwisowe. Djoković znalazł się w tarapatach i z trudem wybronił kilka setboli, doprowadzając ostatecznie do tie-breaka. W nim to ponownie on dominował. Oddał rywalowi tylko dwa punkty i zakończył spotkanie w trzech setach.

Trzeba powiedzieć jasno – wielki finał zawiódł. Novak Djoković zagrał bardzo dobrze i udało mu się rozpracować przeciwnika. Zmuszał Andersona do tego, czego ten najbardziej nie lubi – defensywy i gry z niskich piłek. Ale Afrykaner mocno mu pomógł. Zaprezentował się wyraźnie poniżej swojego optymalnego poziomu, popełniał wiele błędów i ewidentnie odczuwał skutki maratońskiego półfinału z Isnerem. Tylko w trzecim secie był w stanie nawiązać wyrównaną walkę, zabrakło mu jednak szczęścia.

BEN CURTIS/AP

Wrócił wielki Novak Djoković. Po kontuzji łokcia nie widać już śladu i serbski tenisista ponownie stał się potężnym zawodnikiem. Genialna defensywa, skuteczny serwis, mądrość i cierpliwość – to wszystko pozwoliło mu po raz kolejny wygrać Wimbledon. W 2011 roku pokonał Rafaela Nadala, w 2014 i 2015 – Rogera Federera. Swój czwarty tytuł na londyńskich kortach zdobył po zdecydowanie najłatwiejszym finale. Jest to jego 13. wielkoszlemowe trofeum. Czy ostatnie? Patrząc na jego obecną formę, możemy śmiało odpowiedzieć – na pewno nie. Od poniedziałku znacząco awansuje też w światowym rankingu. Będzie zajmował 10. pozycję.

Lubisz ciekawostki sportowe i niebanalne teksty. Wypróbuj nasz nowy newsletter. Zapraszamy, Łukasz Godlewski i Janusz Sadłowski