Lech Sidor: Ująłbym to w ten sposób: w tych okolicznościach Kuzniecowa musiała być faworytką. Radwańska nie była za bardzo przygotowana fizycznie, miała problemy zdrowotne, brakowało jej meczów o stawkę, nie była przyzwyczajona do gry z dużym stresem. To że ona w ogóle doszła do czwartej rundy, jest bardzo dużym sukcesem. To dwa razy większa skala przedsięwzięcia niż to, co było na Rolandzie. Wtedy też wiedzieliśmy, że ona żadnej wielkiej historii nie zrobi, ale tam pokazała minimalizm. A tu po drodze do czwartej rundy wybroniła się z dwóch meczboli z Christiną McHale [w drugiej rundzie], a ja znam tę Amerykankę, wiem, jak ona gra, więc dużym zaskoczeniem było dla mnie jak bardzo Agnieszka trzymała się pazurami tego spotkania, żeby je wygrać. Albo później mecz z Timeą Bacsinszky. Odwrócony, a przecież wcześniej bilans z nią Radwańska miała tragiczny, bo 0:2.
- Z Kuzniecową to są stare dzieje, a z Bacsinszky to nowa historia, pisana bardziej przez Szwajcarkę niż przez Polkę. Dlatego zwycięstwo Radwańskiej było dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. W ogóle ja wolę być miło zaskoczony niż się srodze rozczarować, prorokując wcześniej, że Radwańska nie wiadomo co zrobi, że zawojuje Wimbledon. To by była bzdura kompletna. Na obecny stan Agnieszki – fizyczny, psychiczny – przy jej niedawnych chorobach i przy zamieszaniu w życiu prywatnym, które sprawiają, że ona wolnej głowy nie ma, to czwarta runda Wimbledonu jest sukcesem. I to potężnym. Gdyby ktoś jej powiedział przed startem turnieju, że daje jej w ciemno czwartą rundę, to ona by wzięła.
- Tenis to jest taka dyscyplina, że „nigdy” lepiej nigdy nie mówić. Dopóki ona gra, to pewnie ma jakąś nadzieję. Jak powie „kończę karierę, od jutra idę na emeryturę”, to wtedy powiedzmy, że nigdy nie wygra. A teraz jeszcze bym się wstrzymał.
- Oczywiście, że inaczej. Już nie jest tak, że jest pierwsza trójka trudna do dziabnięcia, że dalej jest z 15 zawodniczek i w tej grupie wszystko się kotłuje, że następnie jest 20 dziewczyn, z którymi się wygrywa dziewięć na dziesięć meczów, a jeszcze dalej są takie zawodniczki, z którymi już nikt z czołówki się nie liczy. Czasy stagnacji minęły. Dzisiaj jest zupełnie inaczej, jest huśtawka, karuzela, młode dziewczyny grają świetnie, nie mają żadnego respektu, wchodzą na kort i nie to, że się nie boją, kiedy widzą Radwańską, tylko są podwójnie zmotywowane, całe dzikie, żeby ją pokonać. Już idą roczniki 1999, 2000, 2001, niesamowicie wchodzą nowe dziewczyny, dlatego Agnieszce będzie strasznie ciężko szlema wygrać. Wydaje mi się, że jednak może podzielić los takich zawodniczek, które były bardzo wysoko, a szlema nigdy nie wygrały. Do głowy od razu przychodzi Karolina Woźniacka, ale ona chyba jeszcze cały czas ma argumenty. Jest trochę młodsza, ciągle ma zdrowie, jest inaczej przygotowana. Ale weźmy taką Dinarę Safiną. Była numerem 1, miała finały, ale nie wygrała. Agnieszka też była w finale, na Wimbledonie.
- Oj, tak, to Agnieszka będzie pamiętała do grobowej dechy. Pamiętam, że zanim weszły na kort na ten półfinał, to trzy czwarte Polski mówiło, że Radwańska w końcu będzie miała upragnionego szlema. A ja dobrze znam Lisickiego, wtedy utrzymywaliśmy zażyłe kontakty i on mówił, że dla Sabiny to jest taka sama szansa.
- Też mi się tak wydaje. W finale faktycznie decydowała głowa. Agnieszka by wytrzymała, Lisicka nie dała rady. Miała argumenty, czyli siłę, swój piekielny serwis, ale pod czapką jej zabrakło. Szkoda, że zostało nam tylko wspominanie wielkich szans.