Wimbledon. Radwańska - Kuzniecowa 2:6, 4:6. Lech Sidor: czwarta runda to sukces. I to potężny

- Na obecny stan Agnieszki czwarta runda Wimbledonu jest sukcesem. I to potężnym - mówi Lech Sidor po porażce Agnieszki Radwańskiej ze Swietłaną Kuzniecową 2:6, 4:6 w meczu o awans do ćwierćfinału wielkoszlemowego turnieju w Londynie. Były zawodnik, a obecnie trener i komentator zastanawia się czy najlepszą polską tenisistkę będzie jeszcze stać na lepsze wyniki, włącznie z wygraniem turnieju wielkoszlemowego

Łukasz Jachimiak: Agnieszka Radwańska – Swietłana Kuzniecowa 2:6, 4:6 i nie ma ćwierćfinału Wimbledonu dla Polki. Ale zaskoczenia chyba też nie ma?

Lech Sidor: Ująłbym to w ten sposób: w tych okolicznościach Kuzniecowa musiała być faworytką. Radwańska nie była za bardzo przygotowana fizycznie, miała problemy zdrowotne, brakowało jej meczów o stawkę, nie była przyzwyczajona do gry z dużym stresem. To że ona w ogóle doszła do czwartej rundy, jest bardzo dużym sukcesem. To dwa razy większa skala przedsięwzięcia niż to, co było na Rolandzie. Wtedy też wiedzieliśmy, że ona żadnej wielkiej historii nie zrobi, ale tam pokazała minimalizm. A tu po drodze do czwartej rundy wybroniła się z dwóch meczboli z Christiną McHale [w drugiej rundzie], a ja znam tę Amerykankę, wiem, jak ona gra, więc dużym zaskoczeniem było dla mnie jak bardzo Agnieszka trzymała się pazurami tego spotkania, żeby je wygrać. Albo później mecz z Timeą Bacsinszky. Odwrócony, a przecież wcześniej bilans z nią Radwańska miała tragiczny, bo 0:2.

Powiedzmy, że zły, a „tragiczny” rezerwujmy raczej dla określenia bilansu z Kuzniecową, z którą teraz ma już 14 porażek przy tylko czterech zwycięstwach.

- Z Kuzniecową to są stare dzieje, a z Bacsinszky to nowa historia, pisana bardziej przez Szwajcarkę niż przez Polkę. Dlatego zwycięstwo Radwańskiej było dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. W ogóle ja wolę być miło zaskoczony niż się srodze rozczarować, prorokując wcześniej, że Radwańska nie wiadomo co zrobi, że zawojuje Wimbledon. To by była bzdura kompletna. Na obecny stan Agnieszki – fizyczny, psychiczny – przy jej niedawnych chorobach i przy zamieszaniu w życiu prywatnym, które sprawiają, że ona wolnej głowy nie ma, to czwarta runda Wimbledonu jest sukcesem. I to potężnym. Gdyby ktoś jej powiedział przed startem turnieju, że daje jej w ciemno czwartą rundę, to ona by wzięła.

Zgoda, wynik jest dobry, styl też, zwłaszcza że pamiętam, jak rozmawialiśmy po porażce Radwańskiej z Alize Cornet na Rolandzie Garrosie, czyli po meczu oddanym bez walki, bez wygranego gema przy własnym podaniu. Ale z drugiej strony, to przykre, że jeszcze rok temu płakaliśmy, że Radwańska straciła wielką szansę na wygranie Wimbledonu, gdy w IV rundzie odpadła z Dominiką Cibulkovą, przegrywając decydującego seta 7:9, a dziś się cieszymy, gdy na tym samym etapie gładko ulega Kuzniecowej. Pogodziliśmy się z tym, że turnieju wielkoszlemowego Radwańska już raczej nigdy nie wygra?

- Tenis to jest taka dyscyplina, że „nigdy” lepiej nigdy nie mówić. Dopóki ona gra, to pewnie ma jakąś nadzieję. Jak powie „kończę karierę, od jutra idę na emeryturę”, to wtedy powiedzmy, że nigdy nie wygra. A teraz jeszcze bym się wstrzymał.

Dobrze, „nigdy” to za duże słowo, ale jednak jeszcze rok temu inaczej ocenialiśmy szanse Radwańskiej.

- Oczywiście, że inaczej. Już nie jest tak, że jest pierwsza trójka trudna do dziabnięcia, że dalej jest z 15 zawodniczek i w tej grupie wszystko się kotłuje, że następnie jest 20 dziewczyn, z którymi się wygrywa dziewięć na dziesięć meczów, a jeszcze dalej są takie zawodniczki, z którymi już nikt z czołówki się nie liczy. Czasy stagnacji minęły. Dzisiaj jest zupełnie inaczej, jest huśtawka, karuzela, młode dziewczyny grają świetnie, nie mają żadnego respektu, wchodzą na kort i nie to, że się nie boją, kiedy widzą Radwańską, tylko są podwójnie zmotywowane, całe dzikie, żeby ją pokonać. Już idą roczniki 1999, 2000, 2001, niesamowicie wchodzą nowe dziewczyny, dlatego Agnieszce będzie strasznie ciężko szlema wygrać. Wydaje mi się, że jednak może podzielić los takich zawodniczek, które były bardzo wysoko, a szlema nigdy nie wygrały. Do głowy od razu przychodzi Karolina Woźniacka, ale ona chyba jeszcze cały czas ma argumenty. Jest trochę młodsza, ciągle ma zdrowie, jest inaczej przygotowana. Ale weźmy taką Dinarę Safiną. Była numerem 1, miała finały, ale nie wygrała. Agnieszka też była w finale, na Wimbledonie.

Akurat o finale z Sereną Williams z 2012 roku trudno mówić, że Polka straciła wielką szansę, ale już nie da się tak nie powiedzieć o półfinale z 2013 roku, przegranym z Sabiną Lisicką 4:6, 6:2, 7:9. Wtedy w finale czekała Marion Bartoli, z którą Radwańska nigdy nie przegrała.

- Oj, tak, to Agnieszka będzie pamiętała do grobowej dechy. Pamiętam, że zanim weszły na kort na ten półfinał, to trzy czwarte Polski mówiło, że Radwańska w końcu będzie miała upragnionego szlema. A ja dobrze znam Lisickiego, wtedy utrzymywaliśmy zażyłe kontakty i on mówił, że dla Sabiny to jest taka sama szansa.

Jednak nie była, Lisicka finał z Bartoli przegrała, a Radwańska chyba by nie przegrała?

- Też mi się tak wydaje. W finale faktycznie decydowała głowa. Agnieszka by wytrzymała, Lisicka nie dała rady. Miała argumenty, czyli siłę, swój piekielny serwis, ale pod czapką jej zabrakło. Szkoda, że zostało nam tylko wspominanie wielkich szans.