Wimbledon. Wielki przegrany mecz Agnieszki Radwańskiej

Agnieszka Radwańska miała nawet piłkę meczową, ale przegrała w IV rundzie Wimbledonu z Dominiką Cibulkovą 3:6, 7:5, 7:9. Trzygodzinny mecz był jednym z najbardziej zaciętych w całej karierze Polki. Słowaczce nie spieszy się na własny ślub.

Ben Rothenberg piszący do "NY Timesa" spytał Polkę na konferencji prasowej, jak się czuje po przegranej w najlepszym kobiecym meczu w tym roku. Faktycznie, było w nim wszystko: niesamowita walka, kilka zwrotów akcji, piłki meczowe dla obu zawodniczek i wzruszające przytulenie się rywalek po ostatniej piłce.

- Dziewczyny znają się świetnie - mówił przed meczem trener Tomasz Wiktorowski. W poniedziałek zmierzyły się już po raz 13. w karierze i po raz czwarty w tym sezonie. Jeszcze w 2013 roku Radwańska potrafiła ograć Cibulkovą 6:0, 6:0, ale gdy ostatnio na siebie trafiają, można w ciemno oczekiwać thrillera. W tym sezonie Polka przegrała ze Słowaczką już trzeci z czterech meczów. Wszystkie były trzysetowe, żaden nie skończył się szybciej niż w trzy godziny.

Tym razem nic takiego dramatu nie zapowiadało. Cibulková od początku kipiała energią. To ona więcej pokrzykiwała i wojowniczo zaciskała pięść. Radwańska w pierwszych gemach starała się wyprowadzać rywalkę z uderzenia, grać kombinacyjnie, ale szybko dała się zdominować. Przegrała gema serwisowego i od stanu 1:3 strat w pierwszym secie już nie odrobiła.

- Jej siłą jest to, jak się porusza po korcie, i intensywność, z jaką gra. Jeśli do tego jest skuteczna i narzuci swój styl, to jest bardzo groźna. Agnieszka musi zrobić wszystko, by wybić ją z uderzenia i wypchnąć ze strefy, w której czuje się najlepiej - mówił Wiktorowski. Przedmeczowy plan wydawał się dobry, ale w praktyce trudny do zrealizowania. Gdy Cibulková przełamała Radwańską w trzecim gemie drugiego seta, nastąpił nagły odpływ kibiców i dziennikarzy z kortu. Wydawało się, że Słowaczka lekko, łatwo i przyjemnie zmiecie drobną Polkę z kortu.

Cibulková ma zaledwie 160 cm wzrostu, nie posyła więc bomb z serwisu. Ma jednak ten element perfekcyjnie opanowany. Odprawiała za każdym razem rytuał: powolny, wysoki wyrzut piłki i szybki ruch ręki. Zagrała tylko jednego asa (Radwańska cztery), ale 74 proc. pierwszych prób trafiało w kort (u Polki tylko 61 proc.).

Radwańska miała problemy w swoich gemach serwisowych, ale nie dała rywalce odskoczyć i mecz zaczął się wyrównywać. Wymiany i - co za tym idzie - gemy stawały się coraz bardziej zacięte. Cibulková, serwując przy stanie 5:4, miała pierwszą piłkę meczową, ale pomyliła się z bekhendu. Wcześniej Radwańska obroniła trzy meczbole w meczu II rundy z Chorwatką Aną Konjuh. Mówiła, że dzięki temu lepiej będzie sobie radzić z presją w kolejnych pojedynkach, i faktycznie, w kluczowych momentach przeciw Cibulkovej to ona zachowywała więcej zimnej krwi. Wygrała dziesiątego gema, potem dwa kolejne i doprowadziła do trzeciego seta.

Kort numer trzy z powrotem zaczął się zapełniać. Na sektorze, w którym siedzieli dziennikarze, nie było wolnych miejsc. Cibulková wciąż atakowała forhendem, ale nie był już tak zabójczy i piłka często lądowała za linią. Albo na linii. Sędziowie mieli sporo problemów, by prawidłowo oceniać kolejne zagrania na styku, posyłane przez zawodniczki, a w niektórych wymianach było ich po dziesięć. Myliły się też same tenisistki. Radwańska trzykrotnie nie miała racji, prosząc o powtórkę wideo, i o kolejną mogła poprosić dopiero przy stanie 6:6, gdy zawodniczkom przywrócono po trzy szanse. Polka, być może zniechęcona błędami, nie poprosiła o sprawdzenie piłki w przedostatniej akcji meczu. Słowaczka wyrzuciła wtedy piłkę na aut, a sędzia go nie wywołała.

Cibulková była coraz bardziej zmęczona. Coraz więcej czasu zajmowało jej przygotowanie do serwisu, na co zgodnie z przepisami ma 20 sekund. Już w pierwszym secie dostała za to ostrzeżenie, a potem, w końcówce trzeciego, sędzia ukarała ją odebraniem pierwszego serwisu. Wściekła się, próbowała protestować, ale nic nie wskórała.

Wcześniej Radwańska miała szansę na skończenie meczu, ale Cibulková obroniła się udanym atakiem. Od tego momentu Słowaczka znów zaczęła dominować. Tak jak zmarnowana piłka meczowa podcięła jej skrzydła w drugim secie, tak obroniona dodała wiary w trzecim. Zagrania Agnieszki, do których dobiegała i z których atakowała skutecznie w końcówce, trafią zapewne do zestawienia najlepszych akcji turnieju. Choć między wymianami ciężko oddychała, to zdołała wygrać końcówkę, wykorzystując trzeciego meczbola.

Zwycięstwo Cibulkovej było minimalne, ale zasłużone. - Kiedyś tenis był grą błędów, teraz czasy się zmieniają. Teraz to jest gra winnerów. Zawodników bazujących na pomyłkach rywali jest coraz mniej. Trzeba iść z czasem - opowiadał przed meczem Wiktorowski. - Będę musiała być agresywna, grać po swojemu, a nie czekać na jej błędy - mówiła Radwańska. Tego zabrakło, zwłaszcza na początku.

Spokój Radwańskiej i jej obozu kontrastował z szaleństwem po stronie Słowaków. Cibulkovą żywiołowo dopingowali trenerzy i narzeczony Michal Navara, raz po raz wstając i zagrzewając do walki przyszłą żonę okrzykiem: "Domi!". Para zaplanowała ślub w Bratysławie na sobotę 9 lipca, czyli w dniu finału kobiet. - Tyle razy grałam na Wimbledonie i tylko raz doszłam do ćwierćfinału. Wszystko może się zdarzyć. Tak czy inaczej spełni się moje marzenie - mówiła Cibulková. Na razie po wielkim meczu z Radwańską awansowała do ćwierćfinału drugi raz. Data ślubu wydaje się coraz bardziej zagrożona.

Więcej o: