Wimbledon 2014. Czy Janowicz może pokonać Hewitta [ANALIZA]

W normalnych okolicznościach to byłby hit II rundy Wimbledonu. Starcie dwóch skrajnych stylów gry, choć dość podobnych osobowości. Ale okoliczności normalne nie są. Zarówno Jerzy Janowicz, jak i Lleyton Hewitt są ostatnio w kryzysie. To będzie raczej bitwa o przetrwanie. Jej faworytem wydaje się Australijczyk, bardziej doświadczony i bardziej regularny, ale Janowicz w takich właśnie sytuacjach, czyli gdy wiara w niego spada, a patrzą na niego wszyscy, potrafi się mobilizować i zagrać lepiej niż zwykle. Czy uda się tym razem? Relacja na żywo w czwartek w Sport.pl.

Bukmacherzy stawiają na Hewitta - 1,61 do 2,2. I trudno im się dziwić.

Janowicz w I rundzie nie zachwycił, męczył się w pięciu setach z Hindusem Somdevem Devvarmanem (ATP 125), popełnił aż 19 podwójnych błędów serwisowych oraz aż 60 tzw. niewymuszonych błędów.

W grze Polaka było dużo niepewności, nie umiał znaleźć właściwego rytmu uderzeń. Zawodziła najważniejsza broń mającego 204 cm tenisisty, czyli serwis. Przez pięć setów posłał tylko osiem asów. Dla porównania: w szybkim trzysetowym meczu I rundy Wimbledonu przed rokiem z Brytyjczykiem Kyle'em Edmundem asów było 11, a podwójne błędy tylko trzy.

Janowicz o swoich problemach rozmawiać jednak nie chciał. - Po co tyle o tym myśleć, analizować mecze, trzeba się wyluzować. Wiadomo, że tych podwójnych błędów musi być mniej, ale dziś nic z tym nie zrobię, poczekamy, zobaczymy - rzucił na konferencji prasowej.

Rozstawiony z nr. 15 Polak milczy o swojej formie, ale rzut oka na tegoroczne wyniki wystarczy, żeby zrozumieć, że w jego głowie może się nieźle kotłować. Zeszłoroczny półfinalista Wimbledonu na 14 ostatnich meczów wygrał trzy - dwa z 33-latkami na Rolandzie Garrosie i jeden ze 125. na liście ATP Hindusem, który przed przyjazdem do Londynu grał słabiutko.

Gdyby Janowicz wysilił się trochę, by opowiedzieć, co powoduje jego tegoroczne załamanie formy, usłyszelibyśmy pewnie, że źle przygotował się do sezonu, bo zimną w ogóle nie trenował, lecząc kontuzję stopy. Brak treningów i ogrania spowodował porażki, a one - utratę pewności siebie. Być może usłyszelibyśmy też coś jeszcze, np. o problemach w życiu osobistym. Ale nie usłyszeliśmy nic. Janowicz, odpowiadając na pytanie amerykańskiego dziennikarza, co było dla niego najtrudniejsze w ostatnich miesiącach, odparł, że zabolały go gorsze wyniki w grze komputerowej.

33-letniego Hewitta z młodszym o dekadę Janowiczem łączy to, że obaj budzą w ojczyznach skrajne emocje. Polak bywa krytykowany za to, co i jak mówi, a także za wojownicze gesty na korcie. Hewitt też budzi kontrowersje. Australijczycy przyzwyczaili się przez lata, że ich mistrzowie to dżentelmeni, gładcy i elokwentni. Po raz pierwszy trafił im się chuligan, którego twarz w ogniu walki wygląda jak reklama filmów grozy. "Jego tenis to złość w czystej postaci" - pisał kiedyś "Guardian". - Rywale się go boją, bo on na nich warczy - mówiła Mary Carillo, amerykańska komentatorka.

Hewitt pluł kiedyś w kierunku przeciwników i sędziów, zaciskał pięść nawet po błędach rywali, awanturował się z arbitrami, ale ostatnio nieco złagodniał. Niezmienny jest tylko jego znak firmowy - wyryczane na całe gardło: "C'mon!", żeby się nabuzować i wkurzyć wszystkich dookoła. Z ust Hewitta nigdy nie usłyszymy pięknych zdań i taktycznych analiz. - Korty są jak krowie gówno - powiedział kiedyś o nawierzchni w Melbourne. - Kobiety i pięć setów? Baby tego nie wytrzymają - to o żeńskim tenisie.

Ale o Janowiczu Australijczyk, mistrz Wimbledonu z 2002 r. i US Open z 2001 r., wielka postać tenisa ery "przed Federerem", mówił we wtorek na konferencji prasowej z respektem. - To jeden z graczy, którzy ostatnio się wybili i pokazali się w czołówce. Czeka mnie ciężki mecz - stwierdził Hewitt, który ostatnio też nie zachwycał wielką formą. Na liście ATP zajmuje 48. miejsce, w tym sezonie tylko dwukrotnie przebrnął przez drugie rundy w turniejach.

Australijczyk zazwyczaj mobilizuje się jeszcze na Wielkie Szlemy (przed rokiem sięgnął IV rundy US Open) i Puchar Davisa (w poprzednim sezonie zapewnił rodakom wejście do Grupy Światowej w Warszawie po zwycięstwie nad Polską, Janowicz wtedy nie grał z powodu kontuzji). Na konferencji mówił, że kluczem do pokonania Janowicza będzie solidność, regularność, ale też wywieranie presji w gemach serwisowych rywala.

Stylowo są na przeciwległych biegunach - Janowicz to wulkan ofensywy, strzelający z linii końcowej kortu niczym samobieżna wyrzutnia rakiet. Hewitt, pozbawiony w swoim arsenale kończących uderzeń, musi bazować na kontrataku, szybkości i sprycie. Zamęcza rywali, przebijając piłki, i zmusza ich do błędów. - Nie ma w tenisie drugiego człowieka, który mając tak mało atutów, osiągnąłby tak wiele - powiedział o Hewitcie Amerykanin John McEnroe, siedmiokrotny zwycięzca wielkoszlemowy.

Janowicz - i był to jedyny moment na konferencji prasowej z Polakiem, gdy merytorycznie mówił o tenisie - też odniósł się do Hewitta z wielkim respektem.

- To świetny gracz, wygrał Wimbledon, jest doświadczony, bardzo solidny, ma doskonały bekhend, nie myli się często, jest dokładny, ma nieprzyjemny serwis - wyliczał Janowicz.

- Możecie wrzucić Hewitta w najgorszy tygiel, posadzić na trybunach najbardziej wrogich kibiców, a za siatką najlepszego gracza świata, a on będzie walczył, jakby od tego jednego meczu zależało jego życie - powiedział kiedyś Darren Cahill, australijski trener i przyjaciel Hewitta. We wtorek Cahill napisał na Twitterze: " Janowicz - Hewitt. Mecz, że palce lizać".

Janowicz nie będzie faworytem starcia z australijskim weteranem, ale Polak ma jeszcze coś, co łączy go z czwartkowym rywalem - Polak też zazwyczaj najlepiej gra w sytuacjach, gdy jest pod ścianą i mało kto na niego stawia. Tak było przed rokiem w Wimbledonie, gdy bił na korcie centralnym Nicolasa Almagro, a potem urwał seta Andy'emu Murrayowi, tak było przed rokiem w Rzymie, gdy pokonywał Jo-Wilfrieda Tsongę i Richarda Gasqueta, a potem toczył zacięty bój z Rogerem Federerem.

Dziś tamte chwile są dalekim wspomnieniem, ale może - o ile Janowicz przypomni sobie, jak potrafił wtedy serwować i z jaką drapieżnością atakować - w czwartek w Londynie polski olbrzym jakimś cudem się przebudzi.

Kto wygra mecz?
Więcej o: