Roland Garros. Finał kobiet. Chiński triumf o smaku wolności

Na Li pokonała Francescę Schiavone 6:4, 7:6 (7-0) i zdobyła pierwszy singlowy Szlem dla najludniejszego kraju świata. Chiński sukces udał się dzięki niezależności od polityków, odsunięciu od władzy męża i duńskiemu trenerowi.

Li przeważała od początku. Grała dokładniej od broniącej tytułu Włoszki, rzadziej popełniała błędy, potrafiła fantastycznie atakować (31 "winnerów", Schiavone - 12). Pomagał jej serwis i wewnętrzny spokój - którego zabrakło pięć miesięcy temu, gdy sensacyjnie doszła do finału Australian Open, by nie sprostać w nim Kim Clijsters.

W sobotę imponowała pewnością siebie, tie-break rozegrała genialnie, nie dając ugrać Schiavone jednego choćby punktu. - W Melbourne się denerwowałam. Teraz wiedziałam, co robić - uśmiechała się Li, która w poniedziałek awansuje na najwyższe w karierze, czwarte miejsce na liście WTA.

Sobotni finał wygrała dokładnie w 22. rocznicę masakry na placu Tiananmen. Zapytana o to na konferencji, Chinka odparła wzburzona, żeby nie mieszać sportu i polityki (- Szaleństwo! - rzuciła w pierwszym odruchu po chińsku). "Zrobiła słusznie, ale my możemy napisać, że jej zwycięstwo jest symboliczne, bo tamci ludzie walczyli o wolność także dla niej. To dzięki nim mogła uprawiać sport na swój rachunek" - napisał w emocjonalnym tekście John Leicester, dziennikarz Associated Press, który 4 czerwca 1989 r. widział na żywo, jak czołgi tratowały w Pekinie demonstrujących studentów, a teraz oglądał w Paryżu triumf chińskiego sportowca w jednej z najbardziej indywidualnych, niezależnych, ale też skomercjalizowanych dyscyplin sportu.

65 mln chińskich telewidzów

Rozluźnianie więzów trwało długo. Dopiero w 2008 r. chińskie władze zdecydowały się dać najlepszym tenisistom niemal pełną swobodę. W ramach programu "Fly Alone" mogli wyjechać i trenować na Zachodzie, zatrudniać zagranicznych trenerów. Li trafiła do Niemiec, pracowała ze Szwedem, bez problemów latała po świecie, od USA po Australię. I zarabiała do własnej kieszeni - skończyło się płacenie aż 65-procentowego haraczu od nagród zdobytych na korcie (choć pozostał 12-proc. podatek). Dopiero dzięki tej wolności jej kariera wystrzeliła.

"Kiedy nad kortem centralnym powiewała w sobotę czerwona flaga i grano "Marsz ochotników" [hymn Chińskiej Republiki Ludowej], zastanawiałem się, czy chińskie władze patrzą. I czy zobaczą, że ludzie mogą dokonać wielkich czynów, jeśli da im się samodzielnie kierować losem" - pisał John Leicester. Swoboda, jaką mają tenisiści, jest bowiem w Chinach wyjątkiem. Nawet w sporcie - nastawionym wciąż na wojskowy dryl, hierarchię i masowość, a nie indywidualizm. Li na początku kariery była zresztą w trybach tej chińskiej maszyny, bo zaczynała od badmintona. Przestała, bo autorytatywnie uznano, że jest za słaba, by osiągnąć sukces.

- To był eksperyment i dziś można powiedzieć, że się udał. Być może teraz reformę przejdą kolejne dyscypliny - powiedziała w Paryżu Sun Jinfang, w latach 80. świetna siatkarka, a dziś sekretarz chińskiej federacji tenisowej, współautorka programu "Fly Alone". Li nie zabrała głosu w sprawach na styku polityki, ale na konferencję po finale przyszła w koszulce z wiele mówiącym napisem po chińsku: "Sport zmienia wszystko".

Na Li zmieni na pewno wizerunek tenisa w Azji, a zwłaszcza w Chinach. Zarządzające sportem federacje ATP i WTA już od kilku lat wdzięczą się głównie na tych rynkach. Próżno dziś np. szukać dużych imprez tenisowych w Niemczech, bo tamten rynek nasycił się tenisem w latach 80., przejadł go dekadę później i dziś czeka na nową Steffi Graf. W Azji z jej potężnymi sponsorami, ale bez wielkich sukcesów, wciąż jest głód. Pierwsze singlowe zwycięstwo Chinki w Szlemie rozbudzi go jeszcze bardziej. Szacuje się, że ok. 14 mln spośród 1,3 mld ludzi w Państwie Środka gra w tenisa, a rynek wart jest ponad 4 mld dol. Co będzie, jeśli te liczby się zwielokrotnią? - Chiński tenis? Duuuży i coraz większy - zaśmiała się Li na konferencji.

Według WTA jej półfinałowe zwycięstwo nad Marią Szarapową oglądało w telewizji CCTV-5 ok. 65 mln ludzi. Finał mógł dobić do 100 mln, co jest prawdopodobnie wartością większą niż widownia w całej Europie i Ameryce. - Kariera Na Li wystrzeli jak kiedyś koszykarza Yao Minga, który dzięki grze w NBA zyskał w Chinach status gwiazdy rocka - przewiduje Stacey Allaster, szefowa WTA. Przy okazji liczy ona oczywiście na deszcz sponsorskich dolarów z Azji dla swojej organizacji.

Trener z Eurosportu

Analizując, dlaczego 29-letnia Li odniosła tak wielki sukces akurat teraz, trzeba też podkreślić roszady trenerskie. Pod koniec zeszłego roku Chinkę opuścił szwedzki szkoleniowiec Thomas Hogstedt, który podpisał kontrakt z Szarapową (rozstał się z Li, wysyłając SMS-a). Chinka pracowała wyłącznie ze swoim mężem, ale w pewnym momencie powiedziała mu: - Kocham cię, ale jako trener się nie sprawdzasz. Zamiast robić postępy, ciągle się tylko spieramy, kłócimy. Musisz usunąć się w cień.

Mąż posłuchał, a na jego miejsce przyszedł Duńczyk Michael Mortensen - do tej pory bardziej znany w środowisku jako komentator lokalnego Eurosportu (w Paryżu mieszkał w jednym hotelu z polskimi sprawozdawcami). - Nie wprowadziłem w tenisie Li rewolucji. Kilka rzeczy wygładziłem, podpowiedziałem, żeby bardziej przysunęła się do siatki, bo wtedy jej ataki będą groźniejsze. Dodałem jej wiary w siebie - opowiadał Mortensen, który w kilka dni stał się trenerską gwiazdą światowego formatu. - Nigdy nie byłem w Chinach, ale czuję, że chyba się tam cieszą - stwierdził Duńczyk, którego polecił Chince... Piotr Woźniacki, ojciec Karoliny, numeru jeden światowego tenisa - która od dawna bezskutecznie próbuje wygrać pierwszego Szelma.

- Młode dziewczyny za bardzo chcą. One każdą piłkę grają na 100 procent. A kiedy masz 29 czy 30 lat, to wiesz, że czasem można odpuścić, złapać drugi oddech, żeby potem mieć siłę przyśpieszyć i zwyciężyć - zakończył duński trener.

1,7

mln dolarów zarobiła Li za zwycięstwo. 12 proc., czyli ok. 205 tys. dol. odda chińskiej federacji. To podatek za jej tenisową wolność

Rafael Nadal po raz szósty wygrał Roland Garros ?