Tenis. Wyspy mają nowego bohatera. Ivan Lendl obudził bestię

Andy Murray - Novak Djoković w finale Australian Open. Szkot w pięciu setach ograł Rogera Federera. - Był lepszy - przyznał Szwajcar. W niedzielę faworytem będzie jednak Serb, bo lepiej gra pod presją. Relacja na żywo z tego meczu na Sport.pl. Transmisja w Eurosporcie.

Śledź relację z finału na swoim telefonie ?

Rozstawiony z trójką Murray zwyciężył w półfinale po czterech godzinach 6:4, 6:7 (5-7), 6:3, 6:7 (2-7), 6:2.

Powinien wygrać szybciej. Od początku przeważał, znacznie lepiej od Federera (nr 2) serwował - posłał aż 21 asów (Szwajcar - tylko pięć), łatwo wygrywał własne podania. Federer przy swoich serwisach męczył się, bo Murray świetnie returnował i kontratakował.

Zamiast trzech setów była jednak pięciosetowa bitwa. Federer w kluczowych momentach błyszczał bowiem jak za najlepszych lat, a Szkot grał nerwowo.

W tie-breaku drugiego seta po nonszalanckiej szarży zepsuł prosty smecz, a w czwartej partii, gdy serwował przy 6:5, nagle przestał trafiać w karo serwisowe. Po raz pierwszy i ostatni w meczu. Szwajcar prezenty wykorzystał.

Piąty set pokazał w końcu, że Murray jest mocniejszy. Stary mistrz wyhamował, mylił się częściej, jego obrona pękła, a Szkot wciąż biegał szybko, uderzał jak maszyna i trafiał.

Murray zagrał agresywniej od Szwajcara - miał aż 62 tzw. winnery (tak określa się bezpośrednio wygrane piłki), a Federer tylko 47. Jeszcze kilka lat temu ta statystyka wyglądałaby dokładnie odwrotnie. To Szwajcar uchodził za gracza atakującego, a Murray za pasywnego.

"Przestańcie już pokazywać zbliżenia Ivana Lendla" - półżartem strofował na Twitterze kolegów ze stacji ESPN John McEnroe, który 30 lat temu z Lendlem wojował na korcie i poza nim. Telewizja z uporem prezentowała jednak byłego rywala, bo znów został bohaterem.

To właśnie Lendl przez rok pracy trenerskiej zmienił Murraya z gracza defensywnego, wiecznie człapiącego za czołówką i przegrywającego wielkoszlemowe finały, w odważnego i pewnego siebie prawdziwego zwycięzcę.

Wzmacniając serwis, forhend i przede wszystkim ego Szkota, doprowadził go do złotego medalu na igrzyskach i zwycięstwa w US Open. Na Wyspach Lendl już jest półbogiem, bo na triumf w Szlemie Brytyjczycy czekali 75 lat.

"Oto jak dobry trener i zwycięstwo w Szlemie są w stanie zmienić człowieka" - podsumował amerykański FoxSports.

- Był lepszy, stwarzał sobie więcej okazji do ataku, przegrałem zasłużenie - przyznał Federer, któremu dostało się od części fanów, bo w emocjach, po jednej z przegranych wymian, krzyknął w kierunku Murraya "F..., stop!", czyli "K..., przestań już!". - Zdarza się. W końcu tenis to konfrontacja jeden na jednego. Nie mam pretensji. Wiem, że to wyłącznie emocje - stwierdził Murray.

W finale w niedzielę o 9.30 rano polskiego czasu zmierzy się z Novakiem Djokoviciem. Zdaniem Federera i większości fachowców faworytem będzie Serb, lider rankingu ATP, który od trzech lat jest w Melbourne niepokonany.

Djoković, jak Murray, nauczył się zwyciężać z Federerem, przechodząc dwa lata temu podobną do Szkota metamorfozę. Jest solidniejszy w ofensywie, lepiej serwuje. To, co ich wciąż różni, to psychika. Djoković, co pokazał m.in. wygrywając pięciosetowy thriller w IV rundzie ze Stanislasem Wawrinką, jest wciąż mentalnie silniejszy od Szkota. Nie miewa wahań. W kluczowych momentach nie pali się, ale gra najlepszy tenis. Napędza go adrenalina.

Cokolwiek się zdarzy, zwycięzca przejdzie do historii. Jeśli wygra Djoković, zostanie pierwszym w erze zawodowego tenisa (po 1968 r.) graczem, który zatriumfuje w Melbourne trzy razy z rzędu. Jeśli zwycięży Szkot, zostanie pierwszym, który po zdobyciu debiutanckiego Szlema (US Open 2012) od razu wygrał drugiego.

Marcin Matkowski i Czeszka Kveta Peschke nie awansowali do finału miksta. W półfinale pokonali ich Czesi Lucie Hradecka i Frantisek Cermak 3:6, 7:5, 10-7.

Więcej o: