Agnieszka Radwańska wygrała WTA Finals. Nie ma chwały bez cierpienia

Od zakończenia US Open do rozpoczęcia Mistrzostw WTA, Szarapowa, Halep, Kvitova, Pennetta i Safarova rozegrały łącznie o jedno spotkanie więcej od Radwańskiej. Nie miałem pojęcia, że przy takim natężeniu startów, sukces w Turnieju Mistrzyń jest dla człowieka możliwy - pisze na swoim blogu ?Vamos? komentator Eurosportu Marek Furjan.

Marek FurjanMarek Furjan Fot. twitter.com/MarekFurjan Plan na kilka ostatnich tygodni był jasny: dogonić oddalający się pociąg z napisem Singapur 2015. Aby tego dokonać, Agnieszka Radwańska musiała zdecydować się na morderczy kalendarz startów. Żadna inna zawodniczka ze ścisłej czołówki nie rywalizowała w ostatnich tygodniach z taką intensywnością. Od rozpoczęcia turnieju w Tokio do rozegrania ostatniej piłki w imprezie w Tiencinie minęło zaledwie dwadzieścia osiem dni. W tym czasie Polka rozegrała aż szesnaście meczów o stawkę, bo o bilet do Singapuru biła się niemal do ostatnich chwil. Po odniesieniu czternastego zwycięstwa w ciągu czterech tygodni i zagwarantowaniu sobie udziału w Turnieju Mistrzyń, mogła z uczuciem wielkiej ulgi wycofać się z wcześniej planowanego startu w Moskwie.

Ci, którzy jeszcze nie doceniają morderczego, lecz skutecznego finiszu Polki, powinni przypomnieć sobie początek tego sezonu. Na odniesienie czternastu zwycięstw Agnieszka pracowała przez cztery miesiące - od styczniowego startu w Sydney aż do maja, gdy ślizgała się po czerwonej mączce w Madrycie. W sumie: dziewięć turniejów.

Pomimo zrezygnowania ze startu w stolicy Rosji, organizm smukłej Polki musiał być bardzo wyeksploatowany. Gdy dzielący się obowiązkami Krzysztof Guzowski i Jason Israelsohn doprowadzali organizm tenisistki do stanu używalności, przyszłe rywalki odpoczywały lub startowały ze zmiennym szczęściem. Biorąc pod uwagę czas od zakończenia US Open do rozpoczęcia Mistrzostw WTA, Szarapowa, Halep, Kvitova, Pennetta i Safarova rozegrały łącznie o jedno (!) spotkanie więcej od Radwańskiej. Trudno było oczekiwać, że Agnieszka wydusi ze zmęczonego organizmu siły na kolejnych pięć meczów.

A jednak wydusiła, chociaż każdy występ sprawiał jej coraz więcej bólu. Polka wygrała Turniej Mistrzyń (brała w nim udział po raz siódmy; w ostatnich trzynastu latach równie regularne były tylko Serena Williams, Maria Szarapowa i Jelena Dementiewa) i osiągnęła - jak sama przyznała - największy sukces w zawodowej karierze.

Radwańska rozegrała w tym sezonie aż siedemdziesiąt sześć spotkań. Spośród tych, które widziałem, chciałem wyróżnić dwa ostatnie. To, co zobaczyłem w pojedynkach z Muguruzą i Kvitovą przeszło moje oczekiwania. Już po meczu z Hiszpanką moja szczęka leżała przez długi czas na podłodze. Agnieszka była dynamiczna, agresywna i rozgrywała wiele punktów na swoich zasadach. Możliwie rzadko dopuszczała do sytuacji krytycznych, w których podeszwy jej obuwia szorowały w okolicy napisu "Singapur". Po tym pojedynku przyznałem, że był to najlepszy mecz Radwańskiej jaki kiedykolwiek widziałem. Zdania nie zmieniam.

Finał niejako potwierdził teorię, że gdy są dobre wyniki i dzika wola zwycięstwa, adrenalina jest w stanie uśmierzyć prawie każdy ból. Agnieszka w ostatnich dniach zmagała się z urazem uda, ale wsłuchana w słowa trenera Wiktorowskiego (podczas półfinału z Muguruzą: "Nie ma chwały bez cierpienia") postanowiła żyć z urazem w symbiozie. Zapomniała o wszystkich rzeczach, które miały prawo krępować jej tego dnia ruchy. Z transu nie wyszła do końca spotkania i być może dlatego pracujący podczas finałowego starcia fotoreporterzy nie wyślą do swoich agencji wyjątkowych zdjęć. Przed rokiem uśmiechnięta Serena Williams wyrzuciła w górę ramiona i puściła oczko do kamery. Dwa lata temu Amerykanka padła po finale z Na Li na kolana. Na pierwszy uśmiech Polki musieliśmy czekać do ceremonii wręczenia nagród. Zgaduję, że jej powściągliwa reakcja miała związek z katorżniczą pracą, jaką wykonała w ostatnim czasie. Być może w momencie rozluźnienia po ostatniej piłce sezonu uświadomiła sobie, jak cholernie wiele rzuciła na szalę, aby w ogóle umożliwić sobie podjęcie walki w Singapurze.

Jak zdążyliście już zauważyć, nie zacząłem tego wpisu od słów: "miałem przeczucie, że tak się stanie". Nie miałem pojęcia, że przy takim natężeniu startów, sukces w Turnieju Mistrzyń jest dla człowieka możliwy.

Dyskutuj z autorem na jego blogu "Vamos"

Piąta kreacja Radwańskiej w tym sezonie. Która najładniejsza? [ZDJĘCIA]

Zobacz wideo
Czy Agnieszka Radwańska wygra w przyszłym roku turniej Wielkiego Szlema?
Więcej o: