"Federer: wiesz, jakie ja mam wspomnienie z Polski? Izba przyjęć w szpitalu w Zabrzu"

- Iga Świątek dojdzie do czołowej dziesiątki WTA, ona ma wszystko, jej nie zadowoli nic poza wygraną. A przed Hubertem Hurkaczem otworzą się zupełnie nowe możliwości, gdy odejdzie Rafael Nadal, Roger Federer i Novak Djoković. Bo wobec pozostałych tenisistów Hubert w ogóle nie musi się czuć gorszy - mówi przed rozpoczynającym się US Open Mariusz Fyrstenberg, były deblista, dziś kapitan reprezentacji w Pucharze Davisa i dyrektor turnieju w Sopocie.
Zobacz wideo Czy tegoroczny US Open ma sens? "Tenis najbardziej ucierpiał na pandemii"

Paweł Wilkowicz: Rozumie pan tenisistów, którzy nie przyjechali na zaczynający się właśnie US Open? 

Mariusz Fyrstenberg: Rozumiem. Ktoś martwi się o to, czy się nie zarazi i nie zaszkodzi np. swoim rodzicom, nie zarazi dzieci. Ktoś się boi, że jeśli złapie koronawirusa, to będzie miał kwarantannę w USA i nie zdąży na turnieje do Europy. Ktoś się boi, że nie wytrzyma kondycyjnie dwóch szlemów tak blisko siebie, na różnych kontynentach, bo niedługo po US Open będzie Roland Garros.  

Wszystko to są zrozumiałe argumenty. Ale jednak nadszedł bardzo ważny moment dla tenisa: pierwszy Wielki Szlem po pandemii, w Nowym Jorku, który został tak mocno doświadczony przez ostatnie miesiące, a podniósł się. Szlem w Ameryce, na wielkim tenisowym rynku, który daje gwiazdom miliony. A tu odmowa za odmową. Trochę jak policzek. Szlem bez Rafaela Nadala, Rogera Federera, Nicka Kyrgiosa, bez wielu zawodniczek z czołówki WTA.  

Gdyby Rafael Nadal miał 20 lat, to pewnie bym się dziwił, że nie przyjechał. Ale mając tyle lat, on już musi kalkulować, żeby chronić zdrowie. Do pewnego momentu w karierze myślisz o tym, co powinieneś zrobić ze względu na innych. A potem uczysz się, że najważniejsze jest dbanie o swoje mięśnie i ścięgna. US Open dostaje 92 mln dolarów za dokończenie turnieju. Bardzo im zależało, żeby to zrobić, może nawet trochę na siłę. Szli na ustępstwa. Miała być ze względów epidemicznych jedna osoba towarzysząca na każdego uczestnika. Ale Serena Williams powiedziała: to ja nie gram. I nagle się okazało, że mogą być trzy osoby, żeby do Sereny mogła przychodzić córeczka.  

W tenisie się wiele robi, żeby gwiazdy były zadowolone. Wasze federacje, ATP i WTA, są jednocześnie i organizatorami biznesu i waszymi związkami zawodowymi. Rynek pracownika. 

Chcielibyśmy, żeby to był rynek pracownika. Taki jest w NHL czy w NBA. Z Wielkich Szlemów na nagrody idzie tylko jakieś siedem procent. W amerykańskich ligach zawodowych dużo więcej. W golfie dużo więcej. Wiadomo, zawodnicy zawsze chcą więcej pieniędzy. Ale prawda jest taka, że w tenisie dobrze zarabia 80 najwyżej notowanych. Dalej już się zaczyna kombinowanie. To, że wystarczy być w pierwszej setce, żeby zostać milionerem, to jakieś mity. W deblu musisz być w pierwszej 40, żeby przestać martwić się o pieniądze.  

To od którego miejsca w rankingu jest się milionerem? 

W okolicach dwudziestki. U kobiet jeszcze wyżej. Myślę że od pierwszej ósemki. Kontrakty sponsorskie też dostają tylko najlepsi. Plus najlepsi w swoim kraju.  

Za sam występ w turnieju głównym US Open, przy porażce w pierwszej rundzie, wpada w tym roku 61 tysięcy dolarów. Biedy nie ma. 

Na konto 40 tysięcy. Pomnóżmy to nawet przez cztery szlemy w roku. Odliczmy wydatki na podróże z trenerem. Tak, zarobek będzie. Ale nie taki, jak sobie ludzie wyobrażają.  A nie da się na dłuższą metę jeździć bez trenera. Tenis to są takie negatywne emocje: każdego tygodnia wszyscy poza zwycięzcą odjeżdżają z turnieju przegrani. W tenisie z reguły kończysz tydzień porażką. Ktoś musi być przy tobie, by te emocje zdjąć. Dlatego jest takie ciułanie. My już się z Marcinem Matkowskim łapaliśmy do Wielkich Szlemów, a dalej spaliśmy w pokoju w trójkę, z trenerem Leszkiem Bieńkowskim. Dziś prowadzę parę Frederik Nielsen i Tim Puetz i oni też mnie potrzebują mieć cały czas przy sobie. Bo trudno jest wytrzymać razem dwóm osobom, które spędzają razem tyle czasu. Potrzebują mediatora, na którym mogą się wyżyć. Czasami nie jestem pewien, czy mogę im zaoferować te usługi, moje ego jest jeszcze za wysoko.  

Gdy podczas pandemii powstawał fundusz solidarnościowy dla niżej notowanych tenisistów, Dominic Thiem powiedział: jestem przeciw, znam ten świat turniejów niższej rangi. Dlaczego mam się zrzucać na ludzi, którzy często nie porobili karier dlatego, że nie traktowali tenisa dość poważnie?  

Po tym jak Thiem to powiedział, dołożyli ograniczenie wiekowe, że te pieniądze będą wypłacane tylko młodym tenisistom. Jakaś logika w tym rozumowaniu Thiema była, choć ja bym się na fundusz złożył bez szemrania. Traktuję świat tenisa jako rodzinę i jeśli ktoś w rodzinie ma problemy, to trzeba pomóc. Thiem był zawsze dobrym tenisistą, zawsze miał sponsora i wsparcie związku. Może zna świat turniejów niższej rangi, ale chyba nie zna świata problemów finansowych, składania się na jedzenie. Ja pamiętam mieszkanie po sześciu, siedmiu w pokoju. Pamiętam futures we Wrocławiu. Mieliśmy pokój czteroosobowy, dwa łóżka piętrowe, a zdarzało się, że spało tam wtedy pięć czy sześć osób. Ktoś wcześnie przegrał, ktoś nie miał pieniędzy.  

Do którego momentu w karierze się zdarzają takie historie? W drugiej setce się jeszcze zdarzają? 

Jasne, że się zdarzają. Jesteś dwusetny i jesteś na minusie. Gdy już byłem w czołówce deblowej, ale przyjeżdżałem zagrać jakiegoś challengera, dostawałem wiadomości od kumpli: słuchaj, mogę u ciebie przespać? W Winston-Salem, to już duży turniej, 250 ATP Tour, Lukas Rosol napisał, czy może u mnie przekimać, bo przegrał w eliminacjach. A on już pukał do czołówki. 

No to chyba lubi oszczędzać.  

Człowiek się nie zmienia. Jak został nauczony w domu oszczędności, to będzie oszczędzał nawet jako milioner. Królem oszczędzania był Nikołaj Dawydienko. On nie wykupował śniadań w hotelu, tylko szedł do sklepu po bułki i jogurt. Dzień w dzień. Trzeci tenisista świata.  

Podczas pandemii tenisiści nie dawali o sobie zapomnieć, ale ze złych powodów: spierali się o fundusz solidarnościowy, wywołali potężne zamieszanie turniejem Adria Tour, pokazówką zorganizowaną przez Novaka Djokovicia, spierali się o wypowiedzi Djokovicia. A u kobiet były cisza, spokój, i szybszy powrót do poważnej gry. 

Może to kwestia osobowości? Mamy taki moment w światowym tenisie, że to mężczyźni rozbudzają wyobraźnię i napędzają to wszystko. To w męskim tenisie łatwiej dziś zorganizować pokazowy turniej, który przyciągnie uwagę świata. Więc i przy wpadkach większy był rozgłos. W moich czasach też mężczyźni w tenisie byli bardziej bojowi, jeśli chodzi o walkę o swoje prawa. To oni wyrywali dla siebie, wykłócali się. Klaudia Jans mi kiedyś opowiadała, że na takich samych zebraniach w WTA zawodniczki przyjmowały wszystko, co proponowano. Bez woli walki. WTA Tour wrócił o dwa tygodnie szybciej niż ATP Tour, bo im bardziej zależało na szybkim powrocie. Ponad 50 procent przychodów WTA pochodzi z Azji. Głównie z Chin. A tam wszystkie turnieje zostały odwołane. Był bardzo duży nacisk, żeby wznawiać, co się da, bo finansowo robiło się nieciekawie. Sytuacja ATP jest o wiele lepsza. Oni się nie spieszyli. Poza tym, kobiety mogły zagrać np. w Pradze, bo tam jest turniej dotowany z publicznych pieniędzy. A tam, gdzie wszystko stoi na sponsorze prywatnym, tam było trudniej. Wiele prywatnych firm pouciekało z tenisa podczas pandemii. Wiele turniejów padło. Wiele turniejów jeszcze padnie.  

Gdybym był sponsorem tenisa, to przez ostatnie tygodnie trzymałbym kciuki, żeby Novak Djoković się już nie odzywał.  

No niestety, wyrósł na czarną owcę tenisa. Novak już wcześniej miał takie zachowania, powiedzmy: nienaturalne. Trochę jakby pozował na kogoś innego. Nie za bardzo nam się to podobało. Nie powiem, że był nielubiany, bo takich naprawdę nielubianych to było ze dwóch. Ale trochę irytował.  

Co to za dwaj nielubiani? 

Radek Stepanek. Na korcie zmieniał się w zwierzaka, żywił się konfliktem. Są tacy.  

A drugi? 

Wspomniany już Lukas Rosol. On bywał straszny. Pamiętam jak z nim grałem debla. Pokazywał mi, jak się przykłada lód na kontuzjowaną rękę. Że nie wystarczy przykładać, trzeba masować tym lodem. „Tylko nie mów nikomu. Tenis to jest biznes”. On tak podchodził do życia: niczym się nie dzielić, a przeciwnikowi zaszkodzić.  

Jest wyjątkiem? 

Nie było u nas takich wielu. Tenisiści to jest raczej zżyta grupa. W szatni jest głośno, dużo śmiechu. U pań jest trochę inaczej, one mają swoje sztaby i się ich trzymają. Są w swoich bańkach, bardziej skryte, bardziej osobiście odbierają porażki. Kiedy idziesz w środku dnia przez turniejowy korytarz, to u dziewczyn płacz, trener pociesza, jakaś kłótnia. A chłopaki szybko wyrzucają to z siebie. Agnieszka Radwańska była ewenementem w czołówce WTA. Ona pod tym względem była jak chłopak, bardzo szybko wyrzucała porażkę z głowy.  

Zapłaciła za to podczas igrzysk w Londynie, została zaatakowana za to, że się zdaniem niektórych nie dość przejęła olimpijską porażką.  

To akurat była maska, reakcja obronna, sposób żeby przetrawić gigantyczne rozczarowanie. Gwarantuję. Agnieszka to jest w ogóle fenomen, mój wyrzut sumienia. Gdy mnie kiedyś zapytali, gdzie może dojść, powiedziałem, że pięćdziesiątka to maks. A ona nas wszystkich potem zadziwiała przez lata. Wycisnęła swoje możliwości jak cytrynę.  

A gdzie dojdą Iga Świątek i Hubert Hurkacz?  

Iga do czołowej dziesiątki. Ona ma wszystko. Pamiętam ją z juniorskiego Roland Garros, jak płakała przegrywając w finale. Było jasne, że jej nic poza pierwszym miejscem nie da satysfakcji. Hubert? Myślę że gdy zejdzie z kortu pokolenie Nadala, Federera, Djokovicia, przed Hubertem otworzy się świat zupełnie innych możliwości. Znikną przeciwnicy, wobec których może czuć obezwładniający respekt. Przed innymi nie musi go czuć.   

Ci najwięksi tenisiści, jak Nadal czy Federer, też się nie chowają w swoich bańkach? 

Federer jest bardzo lubiany.  Gdy zrobił swoje, to rzeczywiście szedł do swojej bańki, często spał w innym hotelu niż reszta. Ale w szatni był zupełnie normalny, pamiętam, jak z Marcinem Matkowskim grał w Pacmana w Cincinnati. Postawili nam tam takie automaty, że stawało się po dwóch stronach do jednej rozgrywki. Strasznie się wkurzał, że nie może z Marcinem wygrać. A Nadal? Najnormalniejszy ziomek, jakiego można sobie wyobrazić. Pamiętam turniej w Barcelonie, Rafa był wśród swoich, jako król hiszpańskiego sportu mógł sobie wybrać w hotelu pokój jaki chciał, śniadania brać na górę, żeby go nie niepokoili kibice. A on mieszkał w takim standardzie jak wszyscy – wiem bo zajrzałem do niego wtedy - schodził na śniadania ze wszystkimi, jedną ręką sięgał do talerza, drugą nie przestawał się podpisywać na zdjęciach, które mu podsuwali kibice. Wyluzowany, uśmiechnięty. I zawsze w pokoju Play Station rozłożone, bo dla niego i Marca Lopeza, z którym często grał debla, mecze na konsoli były ważniejsze niż te w Wielkim Szlemie. Andy Murray? Świetny gość. Bardzo wciągnięty w fantasy Premier League, jesteśmy w grupie na Whatsappie. Ludzie z jego otoczenia mają niedosyt, że on w mediach jest zawsze takim sztywusem, bo prywatnie jest zupełnie inny. I pewnie sporo traci na umowach sponsorskich przez to, że nie chce się lepiej sprzedawać. Choć pewnie nie tak jak Dawydienko, który przez wygląd i styl gry nie mógł znaleźć wielkiego sponsora. Gdyby Murray umiał tak błysnąć jak Federer, to byłby marketingowo w innym miejscu. Roger to uwielbia: dobra marynarka, uśmiech, salony. Murraya to męczy, on się czuje przebrany.  

Federer wyrósł na uśmiechniętego księcia, ale to był przecież kiedyś straszny nerwus.  

Był. Pamiętam jakiś jego mecz z Andre Agassim. Po drugiej stronie wielki tenisista, więc tym bardziej warto by zachować pokorę. A Roger jak się wkurzył, to rzucił rakietę na drugą stronę siatki. Publiczność go wygwizdała. I to był chyba ten moment, gdy go ostatni raz widziałem przegrywającego z nerwami. Ja uważam, że można tenisiście pracą bardzo mocno poprawić styl, ale głowę - tylko o kilka procent. A Roger jest przykładem kompletnej metamorfozy. Gdy jako osiemnastolatek przyjechałem do akademii Juana Carlosa Ferrero w Hiszpanii, to Ferrero – wtedy numer 1 – mówił mi, że jest chłopaczek, z którym często przegrywa, który może być świetny, ale nerwy go zjadają. To był Roger. Trzy lata później nikt by się już nie domyślił, że to było o nim. A mogło się to przecież potoczyć inaczej. Był taki słynny w polskim tenisie mecz: Polska – Szwajcaria do lat 16 w Zabrzu. Kuba Iłowski pokonał wtedy Federera w dwóch setach i nawet nie była to jakaś wielka sensacja. Kuba do dziś trzyma protokół z tego meczu. On i Filip Anioła to była wtedy nasza reprezentacyjna dwójka. Podczas tego meczu w Zabrzu drugi Szwajcar skręcił sobie kostkę. Pojechali z Rogerem i trenerem do szpitala w Zabrzu. Jak ten Szwajcar zobaczył jak wygląda izba przyjęć, to powiedział: nieee, wcale mnie nie boli, jedźmy stąd. Pamiętam jak wchodziliśmy po latach do deblowej czołówki i zapoznawaliśmy się z Rogerem. Powiedział: moje ostatnie wspomnienie związane z Polską to szpital w Zabrzu. Mówię: Roger, trochę się poprawiło, przyjeżdżaj śmiało. A Roger: okej, okej. Ale jeszcze nie przyjechał. Niesamowitą drogę przeszedł od czasów juniorskich. Choć umówmy się, porażek nadal nienawidzi. Tylko już nie psuje sobie nerwami gry, wyżywa się na sędziach. Rzadko to widzimy, bo gość przegrywa parę razy w roku. Ale jak nie idzie, to lubi podyskutować z sędzią.  

W pańskim pokoleniu Polskę do lat 16 reprezentowali Jakub Iłowski i Filip Anioła, ale furtkę do karier znaleźliście jako pierwski pan i Marcin Matkowski.  

Było w polskim tenisie mnóstwo takich przypadków. Największy nasz talent to był Adam Skrzypczak. Może największy stracony talent polskiego tenisa. Kiedyś w Indian Wells skończyliśmy debla i akurat schodził też debel Nicolas Massu-Fernando Gonzalez. Pierwsze pytanie: „Co u Skrzypczaka? Nigdy nie mogliśmy z nim wygrać”.  

A co u Skrzypczaka? 

Jego sponsorem był Profus Management, dał mu kasę i samochód. Ale trenera przy sobie chłopak nie miał. Wyjechał na turniej do Portugalii, wtedy takie turnieje futures to były wyjazdy nawet i na miesiąc. Posmakował swobody, nie było przy nim nikogo, kto by nad tą karierą czuwał. Adam stracił rok i już później było trudno. Sam talent to zawsze jest za mało. Łukasz Kubot często mówi, że on w ogóle nie ma talentu, wszystko wypracował . Ja też bym się do talenciaków nie zaliczył. Andy Murray zawsze powtarza, że jest pozbawiony talentu i żeby pokonać takich rywali jak Federer czy Nadal, musi mieć świetny dzień, a oni słaby.  

Dla pana, Łukasza Kubota, Agnieszki Radwańskiej też były pieniądze sponsorów, kupowaliście samochody, ale jakoś się udało wytrwać i nie zwariować.  

Pamiętam jeszcze swoją młodzieńczą głupotę: kupiłem sobie hondę accord, używaną, a miałem może na 40 procent tego auta. Ojciec mówił: nie rób tego, co będzie jak złapiesz kontuzję i przestaniesz zarabiać. Miał rację, ale dopiero po latach człowiek wie, że trzeba było inaczej.  

Co by pan jeszcze w karierze zrobił inaczej? 

Zacząłbym od odżywiania. Jak ciało reaguje na różne rzeczy na poziomie komórkowym. Jak ja sobie przypomnę niektóre teorie… Gdy my ruszaliśmy w świat, to przecież nikt w Polsce nie grał na poważnie w tenisa. Był Wojciech Fibak, ale się nie angażował. Serwowano nam treningowe głupoty, które nas hamowały, a nie pomagały. Ktoś usłyszał, że Rosjanie nie piją podczas treningów. To i my nie pijemy. Ktoś zemdlał podczas treningu: a nie, jednak nie tędy droga, można pić. Odżywialiśmy się zupełnie bez pojęcia. Ktoś mi powiedział: zamiast rozgrzewki lepiej weź gorący prysznic przed meczem. Wziąłem, nie mogłem się potem ruszać na korcie. Miałem 16 lat i nie miałem z boku nikogo, kto miałby wiedzę, jak mi pomóc. To cud, że naszemu pokoleniu się udało. Jak my trenowaliśmy: używane piłki, na parkiecie Legii, dziesięć lat uderzania. Bez pojęcia o rzeczach, które dziś już robi w Polsce każde dziecko grające w tenisa.  

Dziś już się w Polsce po szopach nie trenuje? 

Nadal problemem jest klimat i treningi w zimie, brakuje nam też bardzo narodowego centrum tenisa, gdzie wszystkie młode  talenty mogłyby się spotykać, grać, budować więzi. Ale w porównaniu z moimi czasami to jak noc i dzień. Jeśli chodzi o metodykę, to dziś się u nas trenuje tak samo jak na świecie. Kiedyś szukaliśmy po omacku. Wszystkie drzwi trzeba było wyważać. Jak się je wyważyło, to był rozgłos. Jak się z Marcinem dostaliśmy do pierwszego szlema, to telewizja zaczęła z nami robić wywiady przed każdą rundą. Szaleństwo. Gdy wygrywaliśmy challenger w Szczecinie, był taki tłum, że ludzie nie mieli gdzie usiąść. A potem już nawet nasze wielkoszlemowe ćwierćfinały spowszedniały, bo pojawiła się Iśka i jej sukcesy.  

Ale i wy mieliście piękną tenisową bajkę. 

Pewnie. Zawsze uważałem, że lepiej być pierwszym w słabym tenisowo kraju, niż którymś tam u tenisowej potęgi. Rozmawiałem kiedyś z Juergenem Melzerem i wspominał jak u siebie podejmowali w Pucharze Davisa Argentynę. A w Argentynie jest taki zwyczaj, że chorążym jest piąty z rankingu. Czterech wyżej notowanych gra, on niesie flagę. I Melzer mówi: ja byłem u nas numerem jeden, a byłem niżej notowany niż ten który Argentyńczykom niósł flagę. I my w Polsce byliśmy w podobnej sytuacji. Mogliśmy liczyć na zainteresowanie mediów, na pomoc Prokomu, mieliśmy potem umowę z Tauronem.  

Lubiliście się z Marcinem Matkowskim? 

Bardzo. 

Dużo jest par, które się nie lubią? 

Prędzej czy później zawsze pojawi się jakiś konflikt. Średnia żywotność par deblowych to półtora roku. My graliśmy razem 12 lat. Byliśmy lojalni wobec siebie poza kortem. Choć jesteśmy innymi typami ludzi, mamy inne towarzystwo, dziś widujemy się rzadko. Ale lubimy się.  

Co wam zostawiło największy niedosyt? Igrzyska w Pekinie, gdzie mieliście szansę na medal? 

Też, ale chyba bardziej Wielkie Szlemy. 

Przegrany finał US Open? 

Ogólnie, szlemy. Graliśmy w 60 wielkoszlemowych turniejach, byliśmy rozstawiani niemal zawsze od miejsc 4 do 8. Słabo nasz bilans wygląda, jeśli się tak spojrzy. Ale wiedzieliśmy dlaczego. Marcin był bardzo dobrym zawodnikiem, ale miał wahania. Ja byłem taki sobie, ale stabilny. Matka mógł nam sam wygrać mecz z każdym, jak miał dobry dzień. A czasem było bardzo źle i nie mogliśmy utrzymać równego poziomu przez całego Wielkiego Szlema.  

Ale i tak możecie o sobie powiedzieć: tenis ustawił nas na całe życie.  

Tak.  

To jest ogromna siłę przykładu dla młodych tenisistów z Polski, którzy zaczynali po was kariery.  

Tego brakowało naszemu pokoleniu: mieć kogoś niedługo przed nami, kto nam pokaże drogę. Dlatego na pierwszego Wielkiego Szlema czekałem do 24. czy 25. roku życia.  

Dzisiejsze pokolenie tenisistów jest inne? Czy może to przede wszystkim ich rodzice są inni? 

Ja jestem ekstremistą: uważam że dla rodziców nie ma miejsca blisko wyczynowego sportowca. Im wcześniej odpuścisz, tym lepiej. Bądź dla niego dobrą mamą, dobrym tatą, ale w ogóle nie ingeruj w sport. W ATP układu rodzic – zawodnik właściwie w ogóle nie ma, to z założenia nie funkcjonuje. W WTA czasami przetrwa. Naprawdę, to jest robienie dzieciom krzywdy. Zawodnik ma już tyle presji – oczekiwania własne, kibiców, trzeba bronić punktów, trzeba zarobić na podróż i trenera, trzeba to i tamto – że rodzic ze swoimi pretensjami i dobrymi radami może to wszystko wywrócić bezpowrotnie. Ludzie sobie nie wyobrażają, jaką presję nakłada na młodego sportowca sama konieczność wyboru: sport albo edukacja. W pewnym momencie musisz na coś postawić. Jeśli wybierzesz sport i nie zrobisz kariery, to jesteś w dupie. Zwłaszcza w takim kraju jak Polska, gdzie wyższe wykształcenie jest tak bardzo cenione. Każdy polski tenisista, gdy kończy liceum, ma ten ciężar na plecach: pójść na studia, wiedząc że od tego momentu szanse na karierę w tenisie już nie będą takie same, czy nie pójść na studia i narazić się na zarzuty, że nieuk z samą maturą? Znam wielu zagranicznych zawodników, którzy tego ciężaru nie znają, u nich odpuszczanie szkoły wyższej, gdy masz talent do sportu, jest dość oczywiste. W Hiszpanii? Grasz dobrze, to grasz dalej, sport cię nauczy życia. U nas nie. U nas jest kult dyplomu. Masz osiemnaście, dziewiętnaście lat, to jest wiek trudny sam w sobie. A przed tobą jeszcze taka decyzja. 

Jak było u pana? 

Mój ojciec, gdy miałem osiemnaście lat, powiedział: to teraz jesteś już pełnoletni, na turniej jedziesz za własne. To było najlepsze co mógł dla mnie zrobić. Dużo we mnie zainwestował jako dzieciaka i był jedynym w rodzinie, który powiedział: masz iść na całość. Jeśli chcesz coś osiągnąć w sporcie, to musisz teraz zostawić naukę. U mnie w rodzinie nikt wyczynowo nie trenował sportu. Już gdy miałem trzynaście, czternaście lat, to czułem takie oczekiwanie: jeszcze masz tylko kilka lat, żeby pokazać, że możesz zrobić karierę w sporcie, potem trzeba będzie się zdecydować. Słyszysz: ostatni dzwonek, ostatni dzwonek. Z czasem sam zaczynasz w to wierzyć, że masz szesnaście, siedemnaście lat i już masz ostatni dzwonek, teraz albo nigdy.  Tata był za tym, żeby iść na całość. Ale mama raczej przeciw. Pochodzę z rodziny, w której wszyscy mają wyższe wykształcenie. W rodzinie jest profesor zwyczajny, dziekan wydziału germanistyki, ciocia pisząca książki i robiąca przekłady. Gdy po wyborze tenisa a nie nauki siadałem ze wszystkimi do świątecznego stołu, to słyszałem tylko: Mariusz, co teraz? Co teraz?  

Uwierało to pana? 

Pewnie. Denerwowało strasznie. Nie raz się kończyło tak: to wy sobie siedźcie wykształceni przy tym stole, a ja będę trenować. Dla mnie bardzo trudne ambicjonalnie i emocjonalnie było przejście w pewnym momencie do liceum wieczorowego. Ale musiałem to zrobić, żeby zdać maturę pół roku wcześniej, a potem pojechać na kilka miesięcy do akademii tenisowej w Hiszpanii i tam dostać jakąś podpowiedź, na co mam postawić w życiu. Ale po pół roku w Hiszpanii tenisowo nadal stałem w miejscu. A trzeba było wybrać. Zaryzykowałem. 

Poszedł pan potem po latach na studia? 

Poszedłem. Gdy miałem 26 lat poszedłem do Akademii Leona Koźmińskiego. I bywało jak w rodzinie: czarna owca. Jeden wykładowca był młodszy ode mnie, jeszcze się nie odezwałem, a już byłem tym sportowcem, który kiedyś pogardził nauką. Ale był i taki który zapytał: „-Który jesteś na świecie?  - Trzydziesty. – To jeśli ty jesteś w swojej branży trzydziesty na świecie, to jak ja ci mogę piątki nie postawić”. Łączenie nauki ze sportem jest naprawdę trudne. Jedynym wolnym miesiącem jest grudzień. I w grudniu, tuż przed Bożym Narodzeniem, wisisz na karku wszystkim wykładowcom, egzaminatorom, bombardujesz ich mailami i telefonami. Kochają cię. W pewnym momencie przestają od ciebie odbierać i nawet się już na nich nie umiesz gniewać. Przeszedłem dwa lata uczelni w cztery lata, a potem przyszły różnice programowe i okazało się, że muszę zaczynać od nowa, żeby skończyć. Poddałem się. Do dziś na spotkaniach rodzinnych brat potrafi wstać i powiedzieć: mamy tu jednego bez wykształcenia wyższego! 

Ale to pan jest dyrektorem. 

O, to jest argument. 

Jako dyrektor challengera Paribas Sopot Open miał pan jakieś złudzenia, że uda się w 2020 rozegrać turniej? 

Tylko początkowo. Potem już nie mogłem trzymać sponsorów i partnerów w niepewności. Był u wszystkich duży strach o przyszłość podczas pandemii. Nadal mam spore obawy o przyszły rok, choć dostałem ustne zapewnienia sponsorów, że wrócą. Jestem za to wdzięczny, ale czasy nadal są niepewne. Na szczęście pandemia zaczęła się kilka miesięcy przed turniejem, nie zrobiliśmy jeszcze żadnych większych wydatków. W challengerach jest inaczej niż w ATP Tour. Licencję wykupujemy na rok, a nie od razu na cztery lata. W ATP Tour trzeba wpłacić z góry za dwa lata pulę nagród. I gdy się już wzięło licencję, to trzeba zrobić wszystko, żeby turniej się odbył, bo kary są bardzo wysokie.  

Barbara Rittner, szefowa turnieju w Berlinie, który w tym roku miał wrócić do kalendarza, ale pandemia pokrzyżowała plany, tłumaczyła, że aż 30 do 40 procent budżetu turniejów to wpływy z biletów, dlatego ten biznes tak ucierpiał.  

W dużych imprezach tak, u mnie jest inaczej, w Sopocie chodzi raczej o walor promocyjny, tylko na weekendowe mecze mieliśmy płatne bilety i to w symbolicznych cenach. U mnie to wszystko stoi na sponsorach. Tak działają challengery. Znam tylko ze dwa challengery na świecie, które zarabiają grube pieniądze na biletach, jeden w Niemczech, drugi we Francji. Mają pełne hale, biznesmeni wykupują loże VIP. Chciałbym kiedyś wypracować taką markę. 

Mówił pan kiedyś, że jako zawodnik kompletnie nie miał pojęcia jak działają biznesowe mechanizmy tenisa i skąd właściwie biorą się te pieniądze dla was. Co pana zaskoczyło najbardziej po przejściu na drugą stronę? 

Skala trudności organizowania turniejów. Sam się jako zawodnik  wykłócałem o niektóre rzeczy, a dziś sobie myślę: jakim prawem w ogóle? Miałem pretensje, że mój mecz nie jest o tej porze, o której chciałem, bo jeszcze nie odpocząłem po poprzednim. Teraz widzę, że tu decyduje telewizja, kiedy ma okno na antenie i trzeba się dostosować.  

Jak będzie wyglądać świat turniejów po pandemii? O duże zawsze ktoś się zatroszczy, ale małe będą skazane na samotną walkę.  

Te, które mają wsparcie z publicznych pieniędzy, mają o wiele łatwiej. Tam proces decyzyjny jest bardzo szybki. W przypadku prywatnych pieniędzy jest duże ryzyko. Ale te czasy to jest też szansa. Kto teraz sobie poradzi, ten może wyrosnąć ponad resztę. Chciałbym, żebyśmy kiedyś wyrośli na turniej rangi 250 ATP. Tam mierzę.  

Co jest potrzebne? 

Pieniądze. Sześć-osiem milionów złotych.   

I to będzie pana główne zajęcie na najbliższe lata, organizowanie turniejów? Ma pan trochę zajęć: dyrektor, kapitan w Davis Cupie, trener pary deblowej.  

W organizowaniu turnieju najbardziej się spełniam. Czuję też wielką radość, gdy mogę dać polskiemu zawodnikowi dziką kartę. Pamiętam jakie to było dla mnie ważne, dostać szansę zagrania z lepszym zawodnikiem. Strona biznesowa bywa dla mnie wyzwaniem, ale się uczę. Zdziwiłem się, gdy wszedłem w ten świat: jak wiele zależy od relacji między partnerami, a nie samych ofert. Zawsze myślałem, że jak jest biznesplan, wsparcie telewizji, dobrze przygotowany produkt, to musi się udać. A nie musi. Ktoś musi poczuć do ciebie sympatię, może musisz mu się dobrze kojarzyć. Sam arkusz kalkulacyjny to za mało. I tego mnie uczelnia biznesowa nie nauczyła.  

To teraz może pan bratu odpowiadać przy obiedzie: tu siedzi absolwent szkoły życia.  

Sport jest wymierny, w biznesie jest milion zmiennych, które frustrują. Może dlatego sportowcom tak trudno jest się potem odnaleźć w normalnym życiu.  

Panu też było trudno?  

Nie. Jestem w tej szczęśliwej grupie sportowców, która kończyła karierę w momencie takiego przeczołgania organizmu, że gdy już posmakowałem wolności od grania w tenisa, nigdy nie obejrzałem się za siebie. Tenis wiele mi dał. Ale jestem z nim rozliczony.  

Przeczytaj także: