US Open. Djoković pokonał dyżurnego błazna współczesnego tenisa

Djoković jest w finale US Open po zwycięstwie nad błazeńskim Monfilsem, ale czeka tam na niego bestia, która niespodziewanie pojawiła się w piątek w Nowym Jorku. Nazywają ją Stanimal.

Wszystkich, którzy zapowiadali, że Gael Monfils spoważniał, spotkał zimny prysznic. W półfinale US Open Francuz - znany z tego, że na korcie bardziej od zwycięstw zależy mu na tym, żeby się popisać zwinnością lub efektownymi zagraniami - po raz kolejny, tym razem już chyba ostatecznie, udowodnił, że jest dyżurnym błaznem współczesnego tenisa.

Mecz z Novakiem Djokoviciem rozpoczął beznadziejnie, ale to był dopiero początek nieszczęścia. Przy stanie 0:5 w gemach zaczął się zachowywać naprawdę dziwacznie. Przed serwami rywala stawał w korcie - zdecydowanie za blisko jak na odbiór mocnego pierwszego podania - ze spuszczoną rakietą i udawał, że ma wszystko gdzieś (lub nie udawał, tylko faktycznie miał). Piłki posyłane przez Djokovicia odbijał jedynie przystawiając rakietę - wracały na stronę rozstawionego z jedyną Serba jako powolne baloniki - czy jak kto woli - półloby. Żeby było jeszcze dziwniej, ta kuriozalna taktyka początkowo przynosiła rezultaty. Monfils wygrał trzy gemy z rzędu i przy stanie 3:5 miał dwie piłki na przełamanie. Gdyby je wygrał, to w pierwszym secie zostałaby przywrócona równowaga (bo przy 4:5 serwowałby Francuz).

- Przyznaję, że byłem kompletnie zaskoczony i trochę w kropce. No ale Gael taki jest, zupełnie nieprzewidywalny - mówił potem Djoković na konferencji prasowej. Ale pozbierał się i wygrał pierwszego seta, a potem drugiego, w którym Monfils kontynuował swoje błazeństwa.

- To była zaplanowana taktyka, chciałem coś zamieszać, chciałem, żeby Djoković stracił koncept - wyjaśniał Monfils dziennikarzom. Kiedy "taktyka" przynosiła opłakane rezultaty, pod koniec drugiego seta Francuz zaczął grać normalnie, ale ewidentnie bez zaangażowania. Jak dla mnie było tego za wiele - po drugim secie wyszedłem ze stadionu Arthura Ashe'a. Widzowie, którzy płacili za bilety po kilkaset lub kilka tysięcy dolarów, zostali, ale dwa gemy później zaczęli gwizdać. To podziałało. Wygwizdany Monfils wziął się do roboty i nawet wygrał trzeciego seta, bo Djoković również miał swoje problemy, tyle że fizyczne, a nie psychologiczne. Serwował lżej niż zwykle, masażyści rozmasowywali mu najpierw lewe, potem prawe ramię. Co gorsza, było strasznie gorąco i parno, więc na początku czwartego seta obydwaj zawodnicy wyraźnie słabowali i słaniali się po korcie niczym muchy w smole. Ostatecznie Djoković wymęczył zwycięstwo 6:3, 6:2, 2:6, 6:2.

Niemal tak samo dziwaczny jak mecz z Monfilsem jest fakt, że w zasadzie nie wiadomo, w jakiej formie jest Djoković przed finałem. Z sześciu graczy, z którym Serb grał w tegorocznym US Open, jeden nie stawił się na korcie, dwaj szybko skreczowali, a jeden błaznował. Djoković rozegrał tylko dwa normalne mecze - w pierwszej rundzie z Janowiczem, który mu urwał seta, oraz w czwartej rundzie szybką trzysetówkę z Brytyjczykiem Edmundem, 84. na liście ATP.

Jeśli jednak Djoković chce marzyć o 13. tytule wielkoszlemowym - i trzecim w tym roku, po Australian Open i Roland Garros - to powinien być w wybornej formie. W finale czeka nań bowiem bestia, która od trzech lat od czasu do czasu grasuje po światowych kortach i która go już dwa razy dotkliwie ukąsiła. Nazywają ją Stanimal.

Kibice tenisa wiedzą oczywiście, że jest to ksywka Stana Wawrinki, szwajcarskiego gracza z najmocniejszym i najpiękniejszym jednoręcznym bekhendem świata, który od 2014 roku sporo namieszał w męskim tenisie. Najpierw w wieku 29 lat wygrał swój pierwszy tytuł wielkoszlemowy w Australii - po drodze pokonując Djokovicia i Nadala - a w zeszłym roku drugi we Francji, bijąc Federera i w finale znowu Djokovicia. W tym roku Stanimal - ksywka jest zbitką imienia Stan i angielskiego słowa "zwierzę" (animal) raczej się nie pokazywał (tzn. Wawrinka grał przeciętnie w dużych turniejach, z wyjątkiem Roland Garros, gdzie dotarł aż do półfinału).

W US Open też nie błyszczał, a w trzeciej rundzie musiał bronić meczbola w spotkaniu z Brytyjczykiem Evansem (64. w rankingu). Ale w półfinale ze świetnie dysponowanym Nishikorim, pogromcą Andy'ego Murraya, znowu oglądaliśmy piękne, mocarne bekhendy i forhendy, które są znakiem rozpoznawczym Stanimala. Po znakomitym meczu wygrał 4:6, 7:5, 6:4, 6:2.

Zobacz wideo

Największe tenisowe piękności, których nie znasz [ZOBACZ]

Więcej o: