Momentami tenis nie był zbyt ładny - mówił Djoković po ćwierćfinałowym zwycięstwie 7:6 (7-1), 6:7 (1-7), 6:2, 6:4 z rozstawionym z nr. 8 Andym Murrayem. Samokrytyka była uzasadniona - choć obaj zawodnicy niewielką ponoszą za to winę - problem polega na tym, że są do siebie zbyt podobni i kiedy się spotykają, to nieuchronnie kończy się to przynajmniej trzema godzinami nudnego przebijania.
Zarówno Murray, jak i Djoković mają bardzo przyzwoite - ale nie mordercze - forhendy, serwisy i oburęczne bekhendy. Obydwaj świetnie poruszają się po korcie i są mistrzami obrony oraz kontrataku. Dlatego uderzenia Djokovicia, które w spotkaniu z kimś innym byłyby kończące, Murray niemal zawsze potrafi odparować. I na odwrót. Wymiany dłużą się niemiłosiernie i zwykle kończą się błędem któregoś z nich - autem albo odbiciem w siatkę.
Już nawet zwięzły opis ich spotkań jest, jak zapewne państwo zauważyli, nudny. A co dopiero ich oglądanie! W Nowym Jorku spotkali się w ćwierćfinale - po raz pierwszy od finału US Open 2012, w którym Murray wygrał w pięciu setach i zdobył pierwszy tytuł wielkoszlemowy. Rok później Szkot znowu pokonał Serba w walce o najwyższą możliwą stawkę, czyli w finale Wimbledonu.
Generalnie Dojoković jest trochę solidniejszy, o czym zresztą mówił na konferencji. - Mam takie poczucie, że jeśli walczę z nim równo, pracuję, staram się, jeśli nie zdekoncentruję się ani nie dam ponieść emocjom, jeśli nie dam mu zdobyć dużego prowadzenia, to przychodzi taki moment, że zaczynam być górą. Być może chodzi o przygotowanie fizyczne - wyjaśniał Serb.
W środę w nocy taki moment przyszedł po dwóch setach, które zajęły dwie godziny z kwadransem. Zanosiło się, że zawodnicy będą mordować siebie i publiczność do samego rana, ale Murray, który wciąż nie doszedł do siebie po ubiegłorocznej kontuzji pleców i operacji, nie wytrzymał fizycznie. Co zresztą zakomunikował całemu światu na początku seta trzeciego, wydając raz po raz gromkie okrzyki: "Nie mam już nic w nogach!".
Nieco ponad godzinę później Djoković awansował do ósmego z rzędu półfinału US Open. Tam zmierzy się z Kei Nishikorim, zwycięzcą w ćwierćfinale ze Szwajcarem Stanislasem Wawrinką (3:6, 7:5, 7:6 (9-7), 6:7 (5-7), 6:4). Dla Japończyka był to drugi z rzędu ponadczterogodzinny maraton, po którym przypominał zombi. Na konferencji zachowywał się tak apatycznie, że dziennikarze dopytywali, czy się cieszy ze zwycięstwa. Ale może wydobrzeje, bo ma czas na odpoczynek aż do soboty.
Jest dosyć ponurym paradoksem, że mecze Djokovicia z Murrayem są tak monotonne, bo przecież obaj, razem z Federerem i Nadalem, zaliczani są do tzw. wielkiej czwórki, która wygrała 36 z ostatnich 38 turniejów wielkoszlemowych. Na szczęście, kiedy obu nudziarzy rozdzielić, potrafią - z kimś innym - stworzyć fantastyczne widowisko. Szczególnie Djoković, którego wypada wysławiać za piękny finał Wimbledonu, w którym pokonał Federera, i za mordercze batalie z Wawrinką w ostatnich dwóch turniejach Australian Open.
Takich meczów, niestety, w tym roku w Nowym Jorku jeszcze nie oglądaliśmy, ale były nadzieje, że zmieni się to w czwartek, kiedy rakiety skrzyżować mieli Roger Federer i Francuz Gaël Monfils, przez jednych uważany za zmarnowanego geniusza tenisa, a przez innych za błazna (ich spotkanie rozegrane zostało nad ranem czasu polskiego). Gra Monfilsa jest niesłychanie dynamiczna, a dodatkowo lubi on popisywać się na korcie - często wydaje się, że od zwycięstwa ważniejsze jest dlań stworzenie dobrego show.