US Open. Ostatnia nadzieja białych wciąż żywa - kroniki korespondenta Sport.pl

Weekend na US Open ma szczególny charakter, bowiem na kortach unosi się wszechobecny smród hamburgerów, hot dogów i grilla. Jego źródłem są nie tylko pożeracze owych amerykańskich przysmaków, którzy tłumnie ściągają na trubuny, i nie tylko budy z jedzeniem na zapleczu kortów, ale również cały otaczający US Open wielki Corona Park, gdzie latynoskie rodziny urządzają sobie pikniki i na potęgę grilują.

Sukienka w groszki, czyli I odcinek kronik Mariusza Zawadzkiego

Federer bez lornetki, czyli II odcinek kronik Mariusza Zawadzkiego

To zupełnie inna Radwańska niż dwa lata temu, czyli III odcinek kronik Mariusza Zawadzkiego

W takich to niełatwych warunkach zapachowych, a też i pogodowych, bo upał był niemiłosierny, wyszły w niedzielę na kort centralny Maria Szarapowa, czyli najlepiej zarabiająca tenisistka świata (ok 25 mln dolarów rocznie, wliczając wpływy z reklam), oraz Carolina Woźniacki, czyli ostatnia nadzieja białych. "Łozniaki", jak wymawiają jej nazwisko Amerykanie, ma największe szanse pokonać murowaną faworytkę turnieju Serenę Wiliams. Wprawdzie w ostatnich kilku tygodniach dwukrotnie z nią przegrała - w Montrealu i Cincinnati - ale w obu przypadkach po trzech zaciętych setach.

Jeśli chodzi o Szarapową, to jak powszechnie wiadomo również jest biała, ale wielkich nadziei na pokonanie, a nawet stawianie oporu Serenie, nie rokuje. Wygrała z nią 10 lat temu w finale Wimbledonu, ale od tamtej pory potężna, czarnoskóra Amerykanka młóci Rosjankę jak kombajn zboże. Obie mają silne, pewne forhendy i bekhendy, obie są twarde psychicznie jak skała, ale Serena lepiej rusza się po korcie i ma znacznie mocniejszy serwis.

Żeby zatem turniej żeński miał szansę zakoczyć się ciekawym finałem, to mecz z Szarapową musiała wygrać Wozniacki. Ma ona zresztą dodatkową, niebagatelną zaletę - w odróżnieniu od Rosjanki nie wydaje przeraźliwych jęków przy każdym uderzeniu.

Niedawno Szarapowa proponowała, żeby wprowadzić opłaty za przerwy medyczne - dzięki temu dziewczęta przestałyby brać je ze względów taktycznych, żeby odpocząć albo wybić przeciwniczkę z rytmu. Osobiście wolałbym wszakże, żeby wprowadzić opłaty za jęki na korcie. Rosjanka osiąga w porywach do 101 decybeli (dla porównania - ryk lwa to około 110 decybeli).

Na początku meczu Szarapowa dużo pudłowała, dlatego przegrała pierwszego seta. Ale w drugim wyregulowała celownik i jej laserowe bekhendy i forhendy nagle zaczęły wchodzić. Wozniacki, która nie ma takiej mocy uderzeń, broniła się coraz bardziej rozpaczliwie. Szarapowa wydawała sie nie do zatrzymania, ale polską Dunkę uratował upał. Ze względu na skrajną temperaturę i wilgotność - osobicie po wejściu na piechotę po schodach na trybuny stadionu Arthur Ashe byłem mokry - mecz przerwano na 10 minut. Kiedy zawodniczki wróciły, nastąpiła zaskakująca odmiana. Słońce zakryły chmury, a Szarapowa przestała trafiać.

Mecz miał również wymiar glamour. Obydwie uchodzą za urodziwe, obydwie stroja się i są popularne w USA. Wozniacki nie tylko ze względu na urodę, ale na głośny związek z golfistą Rory'm McIlroy'em, który w zeszłym roku porzucił ją tuż przed ślubem. Z kolei Sharapowa jest znakomicie naoliwioną maszyną autopromocyjną - ostatnio sprzedaje swoje cukiereczki z wydętymi usteczkami.

Rosjanka jest przyzwyczajona, że na amerykańskich kortach jej kibicują. Musiało być dla niej przykrą niespodzianką, kiedy na początku trzeciego seta, po długiej, intensywnej wymianie zakończonej jej przegraną, cały stadion wydał z siebie dziki okrzyk entuzjazmu. Wozniacka wygrała na trybunach, a wkrótce potem na korcie 6:4, 2:6, 6:2, co korespondent "Gazety" przyjął z ulgą. Koniec jęko-wrzasków na korcie centralnym. Niestety nie koniec smrodu fast-foodu, bowiem w poniedziałek jest Labour Day, czyli tradycyjnie obchodzony w Ameryce ostatni dzień wakacji.

Program na dzisiaj:

Djokovic - Kohlschreiber. Bardzo lubię Niemca, który ma stoickie usposobienie, jednoręczny bekhend i jest jednym z najinteligentniejszych (na korcie) tenisistów. W ostatnich trzech latach na US Open trzy razy wygrał z amerykańskim osiłkiem Johnem Isnerem, najmocniej serwującym człowiekiem świata. Kohlschreiber tak sobie z nim pykał, leciutko serwował, ale pewnie wygrał trzy tie-breaki. Jednakże z Serbem, który w US Open gra znakomicie, nie ma raczej żadnych szans. Przegra w trzech szybkich setach.

Murray - Tsonga. Zwykle w tej parze zwycięża Szkot (prowadzi 9-3), ale od zeszłorocznej wygranej w Wimbledonie Murray - uważany do niedawna za jednego z "wielkiej czwórki" obok Nadala, Federera i Djokovicia - nie jest sobą. Spadł na 10. miejsce w rankingu i nie pokonał nikogo z pierwszej dziesiątki. Tsonga tymczasem wygrał ostatnio w Toronto, pokonując kolejno właśnie Murraya, Djokovicia, Dymitrowa i Federera. W US Open też gra dobrze i dynamicznie, dlatego wygra w czterech setach.

Wawrinka - Robredo. Wawrinka, czyli najlepszy i najmocniejszy jednoręczny bekhend świata, był w zeszłym roku w półfinale US Open, ale w tegorocznym turnieju, choć wygrywa, gra trochę w kratkę. Z kolei hiszpański weteran Robredo był znakomity w meczu III rundy z australijskim szalonym młodzikiem Kyrgiosem. W dodatku Hiszpan Wawrince nie leży - na osiem spotkań wygrał z nim tylko dwukrotnie. Więc z bólem w sercu obstawiam wygraną Robredo w pięciu setach, mając nadzieję, że się mylę. Na ten mecz nastawiam się szczególnie.

Więcej o: