US Open. Chińskie déja vu Radwańskiej

Agnieszka Radwańska niespodziewanie przegrała w II rundzie US Open z Chinką Shuai Peng, tak samo jak w 2010 r. Pierwszy mecz w Nowym Jorku wygrał Jerzy Janowicz

Można się było spodziewać, że z Chinką nie będzie lekko, bo Radwańska zawsze toczyła z nią zacięte pojedynki. Raz nawet przegrała - właśnie w US Open cztery lata temu.

Tym razem zaczęła jednak dobrze. Prowadziła 2:0, miała cztery piłki na 3:0, ale żadnej nie wykorzystała i nagle zrobiło się 2:3. Mecz stał na wysokim poziomie, Chinka - szczególnie jak na swoje 39. miejsce w rankingu - grała świetnie. Regularnie wchodził jej agresywny bekhend po linii. Nawet loby i skróty uderzała znakomicie i często, jakby chciała udowodnić Radwańskiej, że jest lepsza nawet w tych elementach gry, z których Radwańska słynie. Zakończyła pierwszego seta asem. Taką wszechstronność i dobrą rękę Peng wyrobiła sobie w deblu, w którym zdobyła 16 tytułów, m.in. wygrała Roland Garros i Wimbledon.

Mecz rozgrywany był na najprzyjemniejszym stadionie US Open, drugim co do ważności korcie Louisa Armstronga. Główny stadion im. Arthura Ashe'a, który mieści 22,5 tys. widzów, przytłacza swoim rozmiarem. Ludzie z najwyższych sektorów z trudnością rozpoznają zawodników. Tymczasem Armstrong jest na tyle duży, żeby stworzyć atmosferę teatru, ale wystarczająco mały, żeby widzowie mogli podglądać zawodników, ich tenisową technikę, emocje i cieszyć się świadomością, że ciężko zarobione dolary, które wydali na bilet, nie poszły na marne. Tego wszystkiego nie mieliby w telewizji.

Polacy dość licznie reprezentowani na Armstrongu mogli mieć nadzieję, że Chinka nie utrzyma takiego poziomu, bo gdyby grała tak cały czas, byłaby w pierwszej dziesiątce rankingu, a nie pod koniec czwartej. Ale były to nadzieję płonne. Na drugiego seta wyszła taka sama Peng. I znowu sytuacja się powtórzyła, Radwańska prowadziła 2:1 i miała trzy piłki na 3:1. W trzecim przypadku po mocnym returnie w linię sędziowie przyznali jej gema, ale Chinka zaprotestowała i system Hawk Eye pokazał najmniejszy z możliwych autów.

Tym sposobem jeden milimetr przesądził zapewne o losach meczu.

Radwańska zdeprymowała się i za chwilę zamiast 3:1 zrobiło się 2:4. Trochę brakowało jej siły rażenia - kiedy Chinka była w tarapatach, najczęściej broniła się półlobami pod końcową linię, których Polka nie umiała zgasić (różni eksperci twierdzą, że brak kończących uderzeń jest jej największą słabością). Ale walczyła dzielnie, dosłownie do ostatniej piłki wynik spotkania nie był przesądzony. Przy trzecim meczbolu Chinka trafiła siarczystym bekhendem w samą linię i było po wszystkim. Skończyło się 3:6, 4:6.

Radwańska zostawiła kibiców w stanie konsternacji, jakby podarowała im beczkę dziegciu i łyżkę miodu. Z jednej strony przegrała, z drugiej - zrobiła to w meczu, który potwierdził jej największy atut. A mianowicie: Polka jest jedną z niewielu tenisistek, które potrafią stworzyć ciekawe widowisko. Trzeba sobie powiedzieć szczerze: większość zawodniczek gra dość monotonnie. Niestety dziesiątki nudnych tenisistek grają dalej w US Open, a błyskotliwa i finezyjna Radwańska jedzie do domu.

- Sama nie wiem dlaczego mi nie idzie w Nowym Jorku. Jedyny pozytyw kiedy tutaj przyjeżdżam jest taki, że nie mam dużo punktów do obrony z poprzedniego roku - wisielczo żartowała Radwańska na konferencji prasowej. Ożywiła się i poweselała na chwilę dopiero, kiedy jeden z dziennikarzy zapytał, czy nosi w torbie misia. O meczu mówiła: - Nie grałam źle, to było całkiem dobre spotkanie, ale ona grała bardzo dobrze...

Ostatnim Polakiem w singlu jest Jerzy Janowicz. W środę pokonał Serba Dusana Lajovicia (ATP 61) 6:3, 7:5, 5:7, 7:5. Polak był od rywala o głowę wyższy, jego serwy o 25 km/godz. szybsze, a forhendy na oko też, choć w tej sprawie turniejowi statystycy milczą. Mecz rozgrywano na małym korcie nr 5, który - ze względu na siłę fizyczną Polaka - był dość niebezpiecznym miejscem. Jeden z atomowych serwisów Janowicza ominął głowę korespondenta "Wyborczej" zaledwie o kilkanaście centymetrów.

Zobacz wideo
Więcej o: