US Open. Radwańska przetrwała "bum-bum"

Agnieszka Radwańska pokonała w III rundzie Anastazję Pawliuczenkową 6:4, 7:6 (7:1) i w niedzielę powalczy o ćwierćfinał US Open.

Radwańska zdała pierwszy poważny test w US Open. Pawliuczenkowa (nr 34) to przedstawicielka siłowego stylu, uderza mocno, atakuje. Polka dawała się już zaskakiwać grającym podobnie rywalkom, zwłaszcza w Nowym Jorku, który jest dla niej najtrudniejszym turniejem wielkoszlemowym. W 2011 r. padła w II rundzie pod ciosami Niemki Angelique Kerber, rok wcześniej w tej samej fazie przygniotła ją Chinka Shuai Peng, a w 2009 r., też w II rundzie - Maria Kirilenko.

W piątek "bum-bum" Radwańska jednak przetrwała, ataki odparła, mieszając uderzenia i starając się ruszyć solidnie zbudowaną rywalkę po korcie. Zagrała szczelnie w defensywie. To nie był idealny mecz, bo po objęciu prowadzenia 4:2 w pierwszym secie Polka niepotrzebnie się cofnęła i pozwoliła rozpędzić przeciwniczce. W kluczowych momentach, a zwłaszcza w tie-breaku, umiała jednak przycisnąć z większą werwą. Dobrze funkcjonował jej pierwszy serwis, gorzej drugi - notorycznie kontrowany przez Rosjankę.

- Agnieszka jest jak filmowy superbohater, grasz najtrudniejsze piłki, a ona wszystko odbija - kręciła po meczu głową Pawliuczenkowa.

- Rosjanka zagrała dobry mecz, świetnie serwowała, to na pewno była najtrudniejsza dotąd rywalka, nie dostałam nic za darmo. Spotkanie do końca było zacięte. Wygrałam, bo lepiej koncentrowałam się w ważnych momentach. Na tie-breaka wyszłam z nastawieniem, że nie mogę go przegrać, choćby nie wiem co - powiedziała Radwańska.

IV runda to wyrównanie jej najlepszego osiągnięcia w Nowym Jorku, jedynego Szlema, gdzie nigdy nie udało jej się awansować do ćwierćfinału. W 2007 r. po pokonaniu Marii Szarapowej przegrała niespodziewanie z Shahar Peer, w 2008 r. w 1/8 finału zatrzymała ją Venus Williams, przed rokiem - Roberta Vinci.

Polka kilka razy podkreślała, że nowojorska klątwa polega na najmniej sprzyjającej nawierzchni. Na kortach twardych w Nowym Jorku jest nieco wyższy kozioł piłki niż w Azji czy Australii, gdzie odnosiła już sukcesy. - W US Open trzeba szybciej "wchodzić" na piłkę, grać agresywniej, bliżej siatki, a Agnieszka miała z tym problemy - mówił trener Tomasz Wiktorowski. - Agnieszka może sprawić w Nowym Jorku niespodziankę, ale w kluczowych meczach musi zagrać agresywnie - podkreśliła kilka dni temu Martina Navratilova.

O ćwierćfinał Radwańska zagra w niedzielę z Rosjanką Jekateriną Makarową (24), która dość niespodziewanie pokonała 6:4, 7:5 Niemkę Sabine Lisicki (16). Z jednej strony to dobra wiadomość - z Marakową Radwańska nigdy nie przegrała nawet seta, odnotowując trzy zwycięstwa, ostatnie - w 2011 r. Ale leworęczna Rosjanka, gdy jest w formie, potrafi na korcie czynić cuda, kilka lat temu wyrzuciła z Australian Open Serenę Williams.

- Marakowa jest leworęczna, co zawsze stanowi utrudnienie, i bardzo wszechstronna. Dobrze się broni, świetnie się rusza, nie ma jakichś specjalnych słabych punktów. Na pewno nie będzie łatwo - stwierdziła Radwańska, która w tym roku doszła do ćwierćfinału Australian Open, Rolanda Garrosa i półfinału Wimbledonu. Jest najrówniejszą zawodniczką z czołówki, choć bez spektakularnych sukcesów. Czy odczaruje w końcu Nowy Jork? - Zrobię wszystko, żeby tak się stało. Dodatkowej presji nie odczuwam, od kilku lat jestem w pierwszej dziesiątce na świecie, od ponad roku w piątce, do presji się przyzwyczaiłem - dodała Polka.

Zagraniczni dziennikarze pytali, czy czuje się następczynią Martiny Hingis, która kilkanaście lat temu też torowała sobie drogę do zwycięstw techniką, precyzją i szybkimi nogami, a nie przygniatającą siłą uderzeń. - Na pewno jesteśmy podobne, Martina była moją idolką, lubiłam oglądać jej mecze. Też staram się konstruować akcje, a nie bombardować przeciwniczki - odparła Radwańska.

Jeśli awansuje do najlepszej ósemki, może trafić na Chinkę Na Li, którą ograła po zaciętym boju w ćwierćfinale Wimbledonu. W półfinale jest na kursie kolizyjnym z Sereną Williams.

Więcej o: