Sport.pl

Djoković kontra muszkieterowie

W ogłuszającym ryku 16 tys. fanatycznych kibiców Serbowie zaczynają w piątek w Belgradzie walkę z Francuzami o swoje pierwsze w historii zwycięstwo w Pucharze Davisa.
W Belgradzie szaleństwo totalne. Novak Djoković, trzecia rakieta świata, który ma poprowadzić Serbów do triumfu, spogląda na mieszkańców z plakatów na każdej niemal ścianie. Z telewizorów co kilkanaście minut wylewają się najnowsze wieści o przygotowaniach. Bilety na finał chciało kupić ponad 200 tys. ludzi, ale tak wielkiej hali nie ma nigdzie na świecie. Wyścig wygrało 16 tys. szczęśliwców, ceny wejściówek u koników sięgają tysiąca euro. Na mecz akredytował się też tłum zagranicznych dziennikarzy, wielkie korespondencje z Belgradu śle m.in. "New York Times", którego reporter wybrał się w góry Kopaoniku, gdzie Jelena Gencić, dziś 74-letnia babcia, uczyła kiedyś małego Novaka dwuręcznego bekhendu.

Serbowie, którzy mają w składzie także Janko Tipsarevicia, Nenada Zimonjicia i Viktora Troickiego, są faworytami - tak uważa większość ekspertów, a także bukmacherzy. Poza własną halą, twardą nawierzchnią i Djokoviciem do zwycięstwa ma ich prowadzić wielki głód sukcesu.

Po rozpadzie Jugosławii Serbowie swój tenis budowali od zera. Łatwo nie mieli, bo Djoković, Tipsarević, a także m.in. Ana Ivanović i Jelena Janković, trenowali w Belgradzie pod koniec lat 90. wśród huku wybuchających bomb NATO. - Jechaliśmy trenować tam, gdzie bomby spadły dzień wcześniej. Zakładaliśmy, że nie zbombardują tego samego miejsca dwa razy - opowiadał Tipsarević.

Kiedy kortów zaczęło brakować, do gry w tenisa zaadaptowano olimpijski basen. - Brakowało wszystkiego, ale chcieliśmy się z tego wyrwać, mieliśmy dodatkową motywację do pracy - wspomina Djoković. Za sukcesami wszystkich serbskich tenisistów stoją ich bliscy, którzy często ryzykowali rodzinne fortuny, żeby tylko umożliwić dzieciom treningi. Djokovicia rodzice wysłali do akademii Niki Pilicia w Monachium, Ivanović wylądowała w Szwajcarii, a Janković na Florydzie. Mieli świadomość, że lenić się nie mogą.

W tym samym czasie Francuzi, którzy przyjadą do Belgradu bez kontuzjowanego Jo-Wilfrieda Tsongi, ćwiczyli w swoich lśniących akademiach, w ślicznym ośrodku Rolanda Garrosa, w halach rozsianych po całej Francji, która szczyci się, że ma najlepszy system szkolenia młodzieży na świecie. Rola rodziców jest w nim niewielka, bo federacja ma rozbudowany system stypendiów i grantów. Efekt jest jednak taki, że Francuzi są syci już na starcie. Od czasów Yannicka Noaha, czyli od lat 80., żaden mężczyzna nie wygrał w Wielkim Szlemie. Djoković triumfował w 2008 r. w Australian Open, zagrał też w dwóch finałach US Open, a Zimonjić to dziś najlepszy deblista globu.

Głodny serbski walec w drodze do finału zmiażdżył w tym roku USA, Chorwatów i Czechów. Do niedzieli powinien zrobić to samo z Francuzami. I wtedy dopiero Belgrad pokaże światu, co to znaczy oszaleć ze szczęścia.

Finał Pucharu Davisa.

Piątek: J. Tipsarević - Gael Monfils; Novak Djoković - Gilles Simon.

Sobota: Nenad Zimonjić, Viktor Troicki - Michael Llodra, Arnaud Clement.

Niedziela: Novak Djoković - Gael Monfils; Janko Tipsarević - Gilles Simon.

Zawodniczka roku wg. WTA - Kim Clijsters »
 

Więcej o: