US Open. Finał kobiet. Kim do potęgi trzeciej

Zaledwie 59 minut potrzebowała Kim Clijsters, by w finale pokonać bezradną Wierę Zwonariewą 6:2, 6:1 i zdobyć trzeci tytuł w Nowym Jorku. - Nie przejmuj się, Wiera, kiedyś wreszcie ci się uda - pocieszała płaczącą Rosjankę
Kobiecy finał był niezwykle jednostronny. Broniąca tytułu Clijsters od początku dominowała, była szybsza, dokładniejsza, jej mocne forhendy i bekhendy spadały tuż pod linią końcową. Zwonariewa, która w półfinale pokonała Karolinę Woźniacką, zupełnie nie umiała sobie poradzić z agresywną grą Belgijki. Clijsters niemal nie popełniała błędów. - Wiera! Nie poddawaj się! - krzyczeli kibice, którym najzwyczajniej robiło się żal Rosjanki. Zwonariewa psuła, myliła się, pudłowała, aż w końcu w jej oczach pojawiły się łzy. Po niektórych nieudanych zagraniach biła się też rakietą po nogach. Widok jej cierpień rzeczywiście mógł wpędzać w przygnębienie.

Po raz ostatni w kobiecym finale wynik był tak jednostronny, gdy w 1976 r. Chris Evert rozbiła Evonne Goolagong 6:3, 6:0. - Wiera, nie przejmuj się, kiedyś wreszcie się uda. Ciężka praca przynosi efekty, tylko trzeba poczekać. Wiem coś o tym - mówiła potem Clijsters, przemawiając do 23-tysięcznego tłumu na Arthur Ashe Stadium. Belgijka zdobyła trzeci tytuł w Nowym Jorku, po triumfach z 2005 i 2009 r. Zanim jednak wygrała w Szlemie po raz pierwszy, czterokrotnie w finałach przegrywała. Zwonariewa podąża na razie tą samą wyboistą drogą - to jej drugi finał po tegorocznym Wimbledonie. Wówczas surową lekcję tenisa dała jej Serena Williams, teraz dostała kolejną od Clijsters.

- Przynajmniej czegoś się nauczyłam. Teraz już wiem, że trzeba być cierpliwym, na korcie i poza nim - stwierdziła 26-letnia Rosjanka. Rozstawiona z siódemką Zwonariewa kilka tygodni temu pokonała Clijsters w Montrealu, ale okazało się, że wielkoszlemowy finał to zupełnie inny poziom rywalizacji. - Napięcie, nerwy, wszystko było inne - podkreśliła Wiera na konferencji po finale. Przyznała też, że błędem była gra w deblu, w którym doszła do ćwierćfinału, przez co musiała występować codziennie niemal do końca turnieju. To kosztowało ją zbyt dużo sił. Zapowiedziała, że zrezygnuje teraz z debla w Wielkim Szlemie.

Zwonariewa odebrała czek na 850 tys. dol., bez którego pewnie i tak byłoby ją stać na opłacenie studiów w Moskwie. Wiera jest na ostatnim roku stosunków międzynarodowych w akademii dyplomatycznej przy ministerstwie spraw zagranicznych. W Nowym Jorku opowiadała, że w przerwach między meczami i treningami siedziała z nosem w książkach. - Dlaczego się uczę? Żeby nie myśleć cały czas o tenisie - odparła Rosjanka, która prosto z US Open poleciała do Moskwy zdawać zaległe egzaminy.

Clijsters promieniała. Po ostatniej piłce wbiegła na trybuny, żeby wyściskać się z mężem amerykańskim koszykarzem Bryanem Lynchem i resztą rodziny. Potem pozowała do zdjęć ze swoją córeczką Jadą. Dokładnie taki sam widok kibice obejrzeli przed rokiem, różnica była tylko taka, że Jada przez 12 miesięcy urosła, jej loki stały się dłuższe i wygląda już jak miniaturowa wersja Kim. Kiedy fotoreporterzy wycelowali w Jadę swoje obiektywy, dziewczynka zrobiła groźną minę i powiedziała w ich kierunku: - Żadnych zdjęć!

Ale zdjęcia i tak były, bo chciała ich dumna mama. Clijsters, wygrywając przed rokiem, została pierwszą mamą z Wielkim Szlemem od 30 lat i triumfu Evonne Goolagong. Teraz tenisowa mama pokazała, że wygrywać może dalej. I nie wiadomo, kiedy się zatrzyma, bo jest silniejsza niż kiedykolwiek.