Sport.pl

Bilet na Mauritus

Jeszcze rok temu byłoby to nie do pomyślenia. Mamy Polaka w pierwszej "50" rankingu singlistów, do "100" bardzo głośno dobija się następny, a w deblu rodzi się nam kolejna para na eksport. Czy to pierwsze ostrzeżenie dla reszty świata, dopiero się okaże. Na razie zastanówmy się - jak to się stało?
Gdy powstawał ten tekst, Michał Przysiężny był 104. na świecie, ale jesteśmy prawie pewni, że w czasie, gdy ten numer "Tenisklubu" jechał do drukarni lub już z niej wracał, "Ołówek" zdążył wskoczyć już do grona stu najlepszych. Już przed sezonem wydawało się nam, że to tylko kwestia czasu. On sam nie chciał niczego obiecywać, ale dobrze wiedział, że drzwi do elity nie są przecież zamknięte na amen.

Boczna furtka

W ostatni poniedziałek 2009 roku do "100" brakowało mu co prawda 83 miejsc i 271 punktów, ale ważna była inna statystyka - mówiąca o tym, że przez pierwsze dziewięć miesięcy 2010 roku Przysiężny praktycznie nie musi niczego bronić. - Wszystko, co ugram, to moje - cieszył się przed wylotem do Dohy.

W stolicy Kataru, w swoim pierwszym tegorocznym turnieju, przegrał w drugiej rundzie eliminacji z Benjaminem Beckerem. Taka porażka to nie wstyd, ale od tamtej pory Przysiężny już nie wystąpił w zawodach cyklu ATP World Tour. Postanowił, że do setki pójdzie inną, nieco okrężną drogą - przez mniejsze turnieje challengerowe. Postąpił inaczej niż całkiem niedawno Łukasz Kubot, który im bliżej miał do czołowej setki, z tym większym uporem zgłaszał się do eliminacji dużych imprez. - Trzeba jednak pamiętać, że gra pojedyncza była dla Łukasza tylko dodatkiem, a moja sytuacja jest inna. On w singlu startował z przekonaniem, że nie ma nic do stracenia - zauważa Michał.

W jego karierze nie ma jeszcze spektakularnych sukcesów. Nie wygrał z nikim pokroju Andy'ego Roddicka (tak jak Kubot), a w górę rankingu przesuwał się po cichu. W Kazaniu i St. Brieuc, skąd w tym roku przywoził puchary, pokonywał raczej niżej notowanych rywali. W Kyoto (zaraz po wyczerpujących pojedynkach w Pucharze Davisa) przegrał z mniej znanym Azjatą, a w kanadyjskim Rimouski dał się pokonać zawodnikowi z pogranicza trzeciej i czwartej setki rankingu. Były to jednak porażki półfinałowe, całkiem dobrze punktowane. - Presja? To raczej inni ją na mnie nakładali. Wszyscy w kółko powtarzał, że niedługo będę w setce, ale ja pochodziłem do sprawy ze spokojem - mówi Przysiężny.

Przy okazji zapewnia, co potwierdza jego trener Aleksander Charpantidis, że ostatnio dużo zmieniło się w jego podejściu do meczów i treningów. Nabrał doświadczenia, trzyma nerwy na wodzy, a kiedy przegrywa, umie zachować zimną głowę. Słowem - dojrzał.

Odszkodowanie od losu

Nigdy wcześniej Przysiężny nawet nie otarł się o granicę oddzielającą pierwszą od drugiej setki rankingu. Przeszkadzały mu w tym kontuzje, zakończone operacjami najpierw lewego, potem prawego kolana. Tą drugą przeszedł całkiem niedawno, w 2008 roku. Gdy wspomina tamte chwile, przyznaje, że wówczas najzwyczajniej w świecie odechciewało mu się trenować. Z nogą na wyciągu albo w gipsie trudno nawet o urzędowy optymizm.

Teraz w końcu los wypłaca odszkodowanie za gorsze momenty. Seria dobrych wyników Przysiężnego zaczęła się we wrześniu zeszłego roku w Liverpoolu. Polska grała tam z Wielką Brytanią, jeszcze z Andy'm Murrayem w składzie, o utrzymanie się w grupie I strefy Euro-Afrykańskiej Pucharu Davisa. "Ołówek" zdobył wtedy punkt decydujący o naszym zwycięstwie, pokonując bez straty seta Daniela Evansa (wtedy 305. miejsce rankingu ATP).

Jaki wpływ na późniejsze dobre wyniki Przysiężnego miał tamten wynik? Trener Charpantidis już pod koniec zeszłego roku przyznał, że to pytanie słyszy na każdym kroku. Komentatorzy wysnuli tezę, że mecz z Wielką Brytanią był przełomem w karierze Michała, choć on sam ma własną teorię. - Trudno wyrokować, ale myślę, że forma i tak by przyszła, nawet gdybym przegrał z Evansem - mimo wszystko mówi to po chwili zawahania.

Więcej o tenisie czytaj w serwisie {"mainEntityOfPage":{"url":"https://www.sport.pl/tenis/1,64987,7905626,Bilet_na_Mauritus.html","@type":"WebPage"},"articleBody":null,"headline":"Bilet na Mauritus ","datePublished":"2010-05-19T12:34:00Z","dateModified":"2010-05-19T12:34:33Z","articleSection":"tenis","description":"Jeszcze rok temu byłoby to nie do pomyślenia. Mamy Polaka w pierwszej \"50\" rankingu singlistów, do \"100\" bardzo głośno dobija się następny, a w deblu rodzi się nam kolejna para na eksport. Czy to pierwsze ostrzeżenie dla reszty świata, dopiero się okaże. Na razie zastanówmy się - jak to się stało? ","publisher":{"@type":"Organization","name":"www.sport.pl","logo":{"url":"https://www.sport.pl/logos/25.png","name":null,"width":null,"height":null,"datePublished":null,"@type":"ImageObject"}},"author":{"url":null,"email":null,"name":"Jarosław K. Kowal i Mariusz Rabenda, -Tenisklub.pl","@type":"Person"},"@context":"http://schema.org","@type":"NewsArticle","name":"Bilet na Mauritus ","image":[]}